Archiwa tagu: Władimir Putin

Putin i trybunał

17 lipca. Wracam ponownie do tematu katastrofy Boeinga 777 w niebie nad Donbasem. Nie ma spokoju pod kremlowskimi oliwkami – do gry wszedł sam głównodowodzący, prezydent Władimir Putin. We wczorajszej rozmowie z premierem Holandii Markiem Rutte Putin dobitnie powiedział, że Rosja uważa za „przedwczesne” i „kontrproduktywne” propozycje utworzenia międzynarodowego trybunału, który miałby ustalić winę i pociągnąć do odpowiedzialności osoby, winne śmierci pasażerów samolotu Malezyjskich Linii Lotniczych, zestrzelonego nad wschodnią Ukrainą. Stanowisko Rosji już znamy z oświadczeń kilku dyplomatów, przygotowujących grunt pod oświadczenie Putina. Od mieszania tego gorzkiego cukru w szklance słodyczy nie przybywa, nie przybywa też po stronie rosyjskiej argumentów, które miałyby kogokolwiek przekonać, że taki międzynarodowy arbitraż jest zbędny w tej zawiłej historii.

Putin nie usynowił oficjalnie zielonych ludzików, którzy wjechali na terytorium Ukrainy, by wywołać i wesprzeć zbrojnie separatystyczną rebelię. Co więcej, wyparł się ich kilkakrotnie, nawet gdy zostali złapani za rękę (zabłądzili; z ukraińską armią walczą traktorzyści i górnicy Donbasu – to słyszeliśmy od Putina). Konwoje, które dowożą do Donbasu Bóg wie co, nazywa się oficjalnie humanitarnymi, Putin nie przyznał się, że wysyła na Ukrainę czołgi i wyrzutnie rakiet. W czerwcu ubiegłego roku rosyjska telewizja donosiła: „Nieba nad Donieckiem bronić będą wyrzutnie Buk”, które separatyści mieli przejąć w zdobytej bazie ukraińskiej armii. http://www.vesti.ru/doc.html?id=1741703

Prezydent Putin w rozmowie z holenderskim premierem wyraził też wielkie niezadowolenie z powodu „wrzutek” medialnych różnego rodzaju wersji, „noszących jawnie upolityczniony charakter”. Niepokój prezydenta Rosji wywołały zapewne liczne publikacje, opierające się na przeciekach z raportu międzynarodowej komisji śledczej. Prace nad raportem zakończono 1 lipca, z publikacji wynika, że komisja ustaliła: rakietę ziemia-powietrze wystrzelono z Buka, który znajdował się na terytorium kontrolowanym przez separatystów. Rosyjskie media tymczasem już od roku kolportują rozliczne wersje autorstwa katastrofy i wcale się nie ograniczają. Widzowie i czytelnicy najpopularniejszych rosyjskich mediów mogli się dowiedzieć, że: samolot zestrzeliło ukraińskie lotnictwo (myśliwiec lub rakieta powietrze-powietrze wystrzelona z samolotu), Buk był ukraiński, celem ostrzału był prezydencki samolot, wiozący akurat Putina na pokładzie itd. Jeśli nie są to wrzutki medialne noszące jawnie upolityczniony charakter, to co nimi jest?

Jeszcze jeden aspekt rozmowy. Jak można przeczytać na stronie internetowej Kremla, podczas rozmowy „zaakcentowano, że mechanizm sądowy i pociągnięcie do odpowiedzialności winnych […] powinny być obiektywne […] oraz w pełnej zgodzie z rezolucją 2166 Rady Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych z 21 lipca 2014 przyjętej z inicjatywy Rosji”. Zajrzałam do tej rezolucji (http://www.un.org/ga/search/view_doc.asp?symbol=S/RES/2166(2014)&Lang=R), nie ma w niej nic, co byłoby sprzeczne z obecnymi inicjatywami Malezji czy Holandii, natomiast w kilku miejscach mówi się o udostępnieniu miejsca katastrofy śledczym, pełnej współpracy itd. Kreml informuje, iż rezolucja 2166 została przyjęta z „inicjatywy Rosji”. Przejrzałam doniesienia medialne sprzed roku. Projekt rezolucji wniosła Australia. Rosja dołączyła swoje poprawki (http://mir24.tv/news/world/10922892). Przedstawiciel Rosji przy ONZ Witalij Czurkin popisał się skrzydlatą frazą: „Nie należy zmieniać dyskusji o tragedii w farsę”. Pinokio ze swoim długim nosem kłamczucha to płaskonosy pekińczyk przy tych mistrzach.

W dzień rocznicy w gazetach i portalach internetowych jest bardzo wiele materiałów poświęconych katastrofie i śledztwu w sprawie wyjaśnienia okoliczności. Borys Sokołow w opozycyjnych „Graniach” pisze: „Najwięcej emocji towarzyszy trybunałowi […]. Malezja, do której należał zestrzelony samolot i której obywatele zginęli, Holandia, która straciła w katastrofie swoich obywateli, Ukraina, nad której terytorium miała miejsce katastrofa, a także inne kraje popierają inicjatywę utworzenia trybunału. Przeciwko jest tylko jeden kraj – Rosja, która konsekwentnie podkreśla, że nie ma nic wspólnego z katastrofą Boeinga. Ale jeśli tak rzeczywiście jest, to zupełnie niezrozumiałe jest, dlaczego na Kremlu tak się wszyscy denerwują. Przecież samolot nie należał do Rosji, nie był w Rosji wyprodukowany ani skonstruowany, jej obywateli nie było na pokładzie, samolotu nie zestrzelono nad rosyjskim terytorium. Wydawałoby się, cóż, niech innych o to głowa boli. Tymczasem najważniejsze osoby w Rosji angażują się i wyrażają zaniepokojenie, dlaczegóż to rosyjskich ekspertów nie dopuszcza się do materiałów śledztwa i z Rosją nie konsultuje się wstępnie kwestii trybunału międzynarodowego. Kiedy w 1988 roku Amerykanie zestrzelili nad Zatoką Perską irański samolot […], Moskwa nie wyraziła życzenia, by wziąć udział w śledztwie. A na ten właśnie wypadek powołują się [minister spraw zagranicznych] Ławrow i Putin, sprzeciwiając się stworzeniu trybunału – argumentują, że wtedy nikt nie dopominał się trybunału. Owszem, nie dopominał się, gdyż USA od razu przyznały się, wzięły na siebie odpowiedzialność i […] wypłaciły Teheranowi rekompensatę. W przypadku malezyjskiego Boeinga tragedia wydarzyła się na terytorium, którego nie kontrolowały ukraińskie władze, a donieccy separatyści, których ścisłe związki z Rosją nigdy nie były tajemnicą. […] Ukraiński rząd na obszarze, kontrolowanym przez prorosyjskie siły, nie może prowadzić czynności śledczych. Holandia i Malezja też nie, gdyż marionetkowych Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych nikt na świecie nie uznaje. I właśnie tu jest miejsce na międzynarodowy trybunał. […] Dla Putina ważne jest niedopuszczenie do utworzenia międzynarodowego trybunału. Bez trybunału raport śledztwa zostanie opublikowany, Rosję pokrytykują, a następnie o temacie zapomną. Inna sprawa, jeżeli będzie pracował trybunał międzynarodowy. Będzie zbierał materiały dowodowe, przesłuchiwał świadków, cały czas będą powody do poruszania tego tematu w mediach. Może powstać pytanie, a co ci ludzie z Bukiem robili na terytorium Ukrainy, kto ich tam posłał? […] Powstanie męcząca dla Putina analogia z trybunałem w Hadze, przed oblicze którego trafili Milosević, Karadżić, Mladić. Można nie mieć wątpliwości, że Rosja zablokuje w Radzie Bezpieczeństwa ONZ powołanie trybunału […]. I trudno będzie uciec od wrażenia, że na złodzieju czapka gore. Wniosek o trybunał można poddać pod głosowanie Zgromadzenia Ogólnego, gdzie Rosja nie ma prawa weta.[…] Ale taka rezolucja nie nakłada na członków ONZ obowiązku współpracy z trybunałem. Za Putina Rosja współpracować z trybunałem nie będzie”.

Na koniec jeszcze kilka informacji związanych z tragiczną rocznicą.

Dzisiaj australijskie wydanie gazety „The Daily Telegraph” opublikowało wideo z miejsca katastrofy, zrobione przez separatystów tak zwanej Donieckiej Republiki Ludowej bezpośrednio po wypadku (film można obejrzeć m.in. tutaj: http://echo.msk.ru/blog/echomsk/1586384-echo/). Wstrząsające.

Zestawienie rozbieżności pomiędzy Rosją a resztą świata zamieścił dziś rosyjski portal RBC: http://top.rbc.ru/politics/17/07/2015/55a75ab59a79476cfe87c4ce

Agencja RIA Novosti wykazała się dziś niezwykłym cynizmem: ogłosiła konkurs wiedzy o katastrofie. Prawidłowe odpowiedzi nagradzano radosnym: „gratulujemy!” Po kilku godzinach ze strony internetowej agencji zniknęła informacja o konkursie, kierownictwo zamieściło przeprosiny. (http://www.svoboda.org/content/article/27133998.html).

G2 i wystarczy

11 czerwca. I znowu nie udało się zdążyć na czas. Na spotkanie z papieżem Franciszkiem prezydent Władimir Putin przybył z prawie godzinnym opóźnieniem. Półtora roku temu też tak było (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2013/11/26/putin-na-mons-vaticanus/). Swego czasu i do królowej angielskiej Putin przyjechał z piętnastominutowym opóźnieniem. Do pełnej kolekcji spektakularnych spóźnień brakuje mu tylko spóźnienia na własny pogrzeb i Sąd Ostateczny – kpią komentatorzy. „Prokremlowski prawosławny” komentator Kiriłł Frołow orzekł, że w spóźnieniu nie ma nic zdrożnego: „Władimir Putin jest następcą świętego, równego apostołom wielkiego księcia Włodzimierza. Spóźnienie do papieża to śmiały czyn głowy wielkiego państwa, Trzeciego Rzymu”. Gdzie Trzeci Rzym, gdzie Trzeci Krym, w którym podobno książę Włodzimierz zrobił pierwszą przymiarkę do ochrzczenia się. Odkąd rosyjska propaganda dokonała tego krymskiego odkrycia, Putin obwołał Krym „kolebką rosyjskiego chrześcijaństwa”. Kijów automatycznie przestał się liczyć.

Zapewne nie tylko z powodu braku elementarnej kindersztuby, jakim po raz kolejny wykazał się drogi gość, papież nie był wylewny (jak to ma w zwyczaju). W komunikacie po rozmowach nie znalazło się słowo „cordial” (serdeczny), częstokroć używane przez watykańskie biuro prasowe na określenie atmosfery papieskich audiencji. Spotkanie w papieskiej bibliotece odbywało się za zamkniętymi drzwiami, treść rozmów nie została podana do publicznej wiadomości. Ogólnikowo stwierdzono tylko, że tematem była sytuacja na Ukrainie i pokój na świecie. Papież Franciszek miał – według słów jednego z watykańskich duchownych – wezwać wszystkie strony, mające coś wspólnego z konfliktem na Ukrainie, do przestrzegania porozumień rozejmowych Mińsk-2. Do tej pory papież wypowiadał się w sprawie Ukrainy bardzo ostrożnie. Tak było i tym razem, jeśli sądzić po skąpych przeciekach zza drzwi biblioteki. Pontifex podarował prezydentowi Putinowi (który wypiera się wysyłania rosyjskich wojsk na Ukrainę) medal z wizerunkiem anioła niosącego pokój.

Na pożegnanie papież Franciszek poprosił o przekazanie najserdeczniejszych pozdrowień dla moskiewskiego patriarchy Cyryla. Nie wiadomo, jak Cyryl odniósł się do tych pozdrowień. Na stronie internetowej Patriarchatu Moskiewskiego nie znalazłam wzmianki o spotkaniu Putina z papieżem i przekazanych pozdrowieniach. Dzisiaj patriarcha był zresztą zajęty – z deputowanym Nikołajem Wałujewem dyskutował poważny problem rozwoju w Rosji hokeja na trawie. (https://twitter.com/NickValuev)

Stosunki Watykanu i Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego nadal pozostają w temperaturze ciekłego azotu. Putin był w Watykanie pięciokrotnie. Dialog z Kościołem rzymskim jest podtrzymywany przez Moskwę na najwyższym szczeblu od czasów Michaiła Gorbaczowa. Ale jedynie na najwyższym szczeblu politycznym, bo ani do wizyty patriarchy Moskwy i Wszechrusi w Rzymie, ani do wizyty Pontifexa w Moskwie nie doszło. I na razie się nie zanosi.

Zanim Putin dotarł na Wzgórze Watykańskie, oglądał obrazki z wystawy. Wystawy Expo 2015. Spotkał się też z premierem Włoch Matteo Renzim. Wizyta we Włoszech nastąpiła po szczycie G7, na który Putina nie zaproszono. Włoskiej wyprawie prezydenta towarzyszyła w Rosji namaszczona oprawa medialna – oto Putin znowu w centrum zainteresowania, o żadnej izolacji ze strony paskudnego Zachodu nie może być nawet mowy. W relacjach telewizyjnych dominował przekaz, że Watykan i Rosja prezentują identyczne stanowisko. Według dziennika telewizyjnego „Wiesti”, na papieża niebywałe naciski wywierają Stany Zjednoczone (aby potępił politykę Moskwy wobec Ukrainy), ale papież oparł się tym niebywałym naciskom. Niebywałe znaczy takie, których nie bywało? Na czym opierają swoje twierdzenia dziennikarze telewizji rosyjskiej, nie wiemy.

Ale wróćmy na świeckie podwórko. W korespondencji dziennika „Moskowskij Komsomolec” czytamy: „Rzym cierpi z powodu antyrosyjskich sankcji bardziej niż Moskwa. Do takiego wniosku po rozmowach z Renzim i zwiedzeniu Expo doszedł Władimir Putin. Rozmowa obu polityków nie mogła nie dotyczyć sankcji. O możliwości ich zniesienia, ma się rozumieć, nie mówiono – to temat poza kompetencją włoskiego gabinetu ministrów. Ale straty są dotkliwe dla obu stron: w 2014 roku obroty w handlu spadły o 10%, w I kwartale 2015 – o 25%”. No, Włochy się chyba nie podniosą. Putin wyliczył, że na skutek zamrożenia kontraktów straciły miliard euro. Jako pozytyw określono wspólną produkcję ciężkich śmigłowców. „Żeby się nie skończyło jak z Mistralami” – skomentował korespondent gazety.

Ale to jeszcze nie koniec. Na konferencji prasowej rosyjski prezydent pytany o perspektywy współpracy z G7 wykonał firmowe wzruszenie ramionami, oznaczające zwykle rozdrażnienie i chęć przywalenia ostrym narzędziem (politycznym). „Nie mamy żadnych stosunków z siódemką, jakie możemy mieć stosunki? Przecież to nie jest organizacja, tylko klub zainteresowań. Wcześniej wydawało mi się, że to ma jakiś sens, bo prezentowaliśmy przynajmniej alternatywny punkt widzenia. Nasi partnerzy [to słowo Putin ostatnio wycedza przez zaciśnięte zęby] uznali, że nie potrzebują takiego alternatywnego punktu widzenia”. Następnie zgłosił inicjatywę podjęcia współpracy z każdym krajem „po otdielnosti”, a także w ramach G20, Szanghajskiej Organizacji Współpracy i BRICS.

Świetny humor, jaki prezentował wykrzywiony w botoksowym grymasie, czyli uśmiechu, gość z Rosji, trochę mu zapewne popsuły demonstracje uliczne (wzdłuż trasy przejazdu stała grupka zwolenników Putina, ale większość obecnych stanowili przeciwnicy jego agresywnej polityki: http://www.svoboda.org/media/photogallery/27063986.html).

I na koniec nareszcie coś dla umęczonej duszy: rendez vous z drogim przyjacielem Silvio Berlusconim. Padli sobie w ramiona, serdecznie się uściskali. Część włoskiej prasy mocno skrytykowała pomysł tego spotkania, Berlusconi po licznych aferach finansowych i obyczajowych nosi – zasłużenie – łatkę obciachowca. „Postawienie w jednym szeregu papieża i Berlusconiego to duży nietakt” – podkreślano w rzymskich komentarzach.

W kpiarskim tonie używali sobie na Putinie i Berlusconim również rosyjscy komentatorzy wypowiadający się bez urzędowej cenzury na portalach społecznościowych. Podkreślali, że wizyta we Włoszech pomoże reputacji Putina jak umarłemu kadzidło – nie świadczy bowiem o przełamaniu ostracyzmu. „Zamiast spotkań ze światową czołówką – pocałunki z Berlusconim. Nie ma szans na G7, niech będzie przynajmniej G2”.

Niewinni czarodzieje z Petersburga

23 maja. To nieprawda, to oczernianie Władimira Putina, mające na celu jego zdyskredytowanie w oczach rosyjskiego społeczeństwa. Ale to się nie uda!

Najpierw rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow, a potem wyższa szarża – szef Administracji Prezydenta Siergiej Iwanow wystąpili w popularnych mediach z komunikatami, że to, co zamierzają opublikować zachodnie gazety o aferach, w których miał niegdyś uczestniczyć Putin i osoby z jego bliskiego otoczenia, to wierutne bzdury.

Pieskow ujawnił, że Kreml otrzymał pewne materiały z redakcji „szanowanej londyńskiej gazety” z prośbą o skomentowanie podejrzeń i słuchów pod adresem Putina i jego współpracowników. Podobny zestaw pytań przyszedł z redakcji pewnej amerykańskiej gazety. To wydało się kremlowskim urzędnikom podejrzane. Nie spodobało się im również to, że pytania „zostały sformułowane w stylu prokuratorskim” (np. „Czy pan Putin był/jest udziałowcem firmy Gunvor?”). Zachodnich dziennikarzy interesowała działalność Giennadija Timczenki i wspomnianej w pytaniach jego firmy Gunvor, a także powiązania tychże z Putinem.

Siergiej Iwanow stwierdził, że nie wierzy w czyste intencje dziennikarzy, którzy interesują się tematem korupcji w Rosji. Jego zdaniem, ci dociekliwi pismacy mają za zadanie zdyskredytować rosyjskich polityków, ale posługując się niesprawdzoną informacją, dyskredytują sami siebie. Z Kremla wszelako żadnej sprawdzonej informacji nie otrzymają. Kreml na prawie wszystkie pytania odpowiedział twardym „Niet” (z wyjątkiem jednego, przy którym poza „Niet” dodano skąpą odpowiedź).

„Na czym ma polegać moje skorumpowanie, gdzie są moje olbrzymie dochody, gdzie moje domy w USA czy Wielkiej Brytanii?” – pyta teatralnie Iwanow w wywiadzie dla RT i dodaje, że również może poręczyć za uczciwość ludzi, bliskich prezydentowi Putinowi – ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, ministra obrony Siergieja Szojgu, dyrektora FSB Aleksandra Bortnikowa i doradcy prezydenta ds. obronności Nikołaja Patruszewa. Nie wiadomo, czy te świadectwa korupcyjnego dziewictwa kilku wymienionych osób zadowolą niewymienione z nazwy zachodnie redakcje. Nie wiadomo, dlaczego Iwanow poręczył za tych akurat parteigennossen, a nie innych (za Timczenkę nie ręczył).

To rzecz bez precedensu – rzecznik Kremla ani tym bardziej szef Administracji Prezydenta (w hierarchii ważnych urzędników – wielka szycha) nigdy wcześniej nie wykonywali tak spektakularnych akcji prewencyjnych wobec zapowiadanych publikacji zachodnich mediów na temat Putina.

„Prokuratorskie pytania” zachodnich redakcji dotyczyły głównie mętnych powiązań Władimira Putina z czasów jego pracy w merostwie Petersburga w latach dziewięćdziesiątych. To nie jest temat nowy. O machlojkach, wyprowadzaniu na lewo wielkich sum i niedotrzymywaniu umów przez Putina w czasach jego petersburskiej przygody z merostwem pisała między innymi deputowana petersburskiego Zgromadzenia Parlamentarnego Marina Salje (zmarła trzy lata temu). W ostatnich dniach temat machinacji i podejrzanych powiązań znowu wypłynął w związku z procesem, jaki wytoczył Gazpromowi i ŁUKoilowi niejaki Maksim Freidson (Friejdzon), w dawnych latach noszący ksywkę „Maksim Orużejnyj” (Maksym od broni). Freidson – właściciel udziałów w kilku firmach – postanowił dochodzić swoich praw po latach, wskazując, że obie pozwane firmy gwałtem pozbawiły go udziałów w biznesie naftowym, korzystając z kryszy. Proces ma się toczyć przez sądem w Nowym Jorku. Próby dochodzenia sprawiedliwości w Rosji spaliły na panewce.

Dużo ciekawsze niż przedstawiane przez Maksima Freidsona zawiłe schematy przejmowania udziałów w firmach wydały się mediom jego wspomnienia sprzed lat z Petersburga. W wypowiedzi dla Radia Swoboda Freidson mówi: „Mieliśmy produkować broń dla policji […] W związku z tym programem spotykaliśmy się z Władimirem Władimirowiczem Putinem, który zajmował się kontaktami z zagranicą [oraz programami utylizacji broni i amunicji]. Zapłaciliśmy łapówkę. Pieniądze zwykle brał asystent Putina, Losza Miller [Aleksiej Miller, obecnie szef Gazpromu]. A Władimir Władimirowicz w sposób charakterystyczny dla funkcjonariuszy służb specjalnych w czasie rozmowy jedynie wypisywał na kawałku papieru sumę”. Kiedy projekt z bronią z różnych przyczyn nie wyszedł, Freidson zajął się biznesem naftowym. Wedle jego opowieści, przy rejestracji firmy dostarczającej paliwo dla samolotów i firmy wysyłającej produkty naftowe na eksport, również długo targowali się z Putinem o „dolę”. Freidson w tym biznesie współpracował z Giennadijem Timczenką, który „czesał kasę” za pilnowanie wspólnych przedsięwzięć. Całość wywodów Freidsona na stronie Radia Swoboda: http://www.svoboda.org/content/article/27031833.html

„Zapewne niebawem zobaczymy w prasie detaliczne, pełne treści publikacje dotyczące osobistego biznesu Władcy oraz tego, jak Jego Cesarska Wysokość popierał biznesy swoich bliskich przyjaciół” – pisze w komentarzu Siergiej Parchomienko z rozgłośni Echo Moskwy. „Teraz gazety, które przygotowują te publikacje, w ramach przygotowań do przyszłych spraw sądowych, zadają służbie prasowej Kremla pytania związane z wątkami, które zostały już opracowane i sprawdzone. W takich wypadkach najważniejsze jest to, że pytanie zostało zadane i że otrzymano formalne „tak” lub „nie” lub nie otrzymano żadnej odpowiedzi. […] Sama informacja już dziennikarzy nie interesuje – wszystko zostało już pozbierane i prześwietlone. Na Kremlu doskonale o tym wiedzą i zdają sobie sprawę, że nie uda się zdementować tej informacji ani zapobiec opublikowaniu materiałów. Dlatego mówią, że to wszystko jest niewiarygodne, zanim ktokolwiek będzie miał sposobność przeczytać materiał”.

Publikacja rozmowy na stronie Radia Swoboda wielkich sensacji nie przynosi. Czemu w takim razie tak mocno zareagował Kreml, wypuszczając kłęby dymu? Dlaczego zawczasu stara się odgrodzić rosyjskie społeczeństwo od zgubnego wpływu zachodnich publikacji? Czyżby Rosjanie na co dzień czytali w oryginale „Financial Times” i „New York Times”, a nie „Komsomolską Prawdę”, która raczej nie przedrukuje rewelacji zachodnich kolegów? Znowu prokuratorskie pytania…

PS z 24 maja: Radio Swoboda usunęło wywiad z Maksimem Freidsonem ze strony internetowej rozgłośni. Miał o to poprosić sam Freidson.

Hokej. Rosja na ławce kar

18 maja. Niepowodzenie rosyjskiej drużyny narodowej w hokeju na lodzie podczas zeszłorocznego olimpijskiego turnieju w Soczi było wielkim rozczarowaniem nie tylko dla kibiców, ale także najwyższych władz, które specjalnie przyjeżdżały kibicować hokeistom w przerwach pomiędzy naradami o metodach uspokojenia kijowskiego Majdanu. Nie otarło ogólnonarodowych łez nawet pierwsze miejsce całej reprezentacji narodowej w generalnej klasyfikacji medalowej igrzysk. W tegorocznych mistrzostwach świata w Pradze hokejowa sborna miała sobie olimpijską klęskę powetować. Nie bez wybojów (np. przegrany mecz grupowy z USA) Rosja doszła do finału, w którym zagrała z reprezentacją Kanady. I przegrała z wynikiem dalekim od marzeń 6:1.

Po syrenie kończącej spotkanie zgodnie z ceremoniałem odbywa się wręczenie medali, odegranie hymnu, przekazanie pucharu, zdjęcia, ogólna feta. Rosyjska drużyna odebrała swoje srebrne medale i… wyszła do szatni, nie czekając na dalszą część uroczystości: dekorację zwycięzców i hymn Kanady. Trybuny wygwizdały tę zaskakującą demonstrację przegranych.

Na lodzie zostało tylko siedmiu sprawiedliwych, m.in. Aleksandr Owieczkin i Jewgienij Małkin, którzy próbowali zatrzymać kolegów, opuszczających lodowisko. Hokeiści zeszli na polecenie trenera Olega Znaroka lub – wedle innej wersji podawanej przez media – kapitana drużyny Ilji Kowalczuka. Najstarsi górale nie pamiętają, by coś podobnego zdarzyło się podczas mistrzostw.

Przewodniczący Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie Rene Fasel nie wierzył własnym oczom: „To, co zrobiła rosyjska drużyna, jest nie do przyjęcia. Podczas meczu mogą się dziać różne rzeczy, nawet bójki, ale okazanie braku szacunku wobec rywala po meczu – to rzecz niesłychana”. Władze IIHF zapowiedziały, że Rosja może zostać za tę demonstrację ukarana.

„Opuszczenie lodowiska przez rosyjską drużynę przed hymnem Kanady wpisuje się w logikę rosyjskiej polityki. Ciągle dopominając się szacunku dla naszych wartości i zwycięstw, coraz częściej zapominamy nie tylko o szacunku, ale nawet elementarnym takcie w stosunku do cudzych wartości i zwycięstw. Wyobraźmy sobie taką sytuację: w finale wygrywa Rosja, a Kanadyjczycy (Amerykanie, Czesi, Białorusini i in.) opuszczają lód, gdy grają rosyjski hymn. Jak zareagowałaby Rosja? Nie ma najmniejszych wątpliwości, że przegranym przypomniano by wszystkie grzechy.[…] Słusznie by powiedziano, że cham nie gra w hokeja, że nie należy mieszać sportu i polityki, że nie umieć godnie przegrać to oznaka słabości, a nie siły” – napisała internetowa „Gazeta.ru” w komentarzu redakcyjnym.

Wysoka fala quasi-patriotycznej histerii najwidoczniej odbiera niektórym zdolność logicznego myślenia. Jak pisze Anton Oriech w swoim blogu, drużynę wysyłano jak na wojnę „naszego dobra z zachodnim złem. Przysięgi na grobie Charłamowa [legendarny hokeista ZSRR], wstęgi św. Jerzego, miłosne wyznania pod adresem opiekuna reprezentacji Rotenberga [w przeszłości sparing partner Putina w dżudo, obecnie przedsiębiorca cieszący się względami kremlowskiego dworu], codzienne narzekania na antyrosyjskie spiski sędziów”. I co? I wstyd. Chociaż srebrny medal to znakomity rezultat, zwłaszcza że rosyjska reprezentacja nie jest w cudownej formie.

Postawa rosyjskiej drużyny została skwitowana w sieciach społecznościowych tysiącami komentarzy. Jeden z użytkowników Twittera napisał: „Według doniesień, lodowisko kazał opuścić główny trener rosyjskiej sbornej Barack Obama”. Ale za najważniejszy komentarz można uznać depeszę agencji TASS: „Hokeistów wracających z mistrzostw świata nie wyjechał witać ani jeden kibic”. Kurtyna nader wstydliwie opada, jak pisał Konstanty Ildefons Gałczyński.

Użytkownik używający nicku MickTacker w tekście „Trzy razy hańba” napisał, że przegrana Rosjan jest karą boga hokeja, który nie zdzierżył znęcania się nad duchem sportu w meczu weteranów hokeja w ramach tzw. Nocnej Ligi Hokeja (wymyślona cztery lata temu inicjatywa Putina dla zasłużonych gwiazd lodowego sportu i polityków). W meczu zagrali m.in. minister obrony Siergiej Szojgu i prezydent Władimir Putin. Putin strzelił osiem bramek. „Gdyby nie było obrońców i bramkarza, strzeliłby zapewne mniej” – skomentowali złośliwcy po obejrzeniu popisów głowy państwa.

Minister obrony został uznany za najlepszego gracza tegorocznej Nocnej Ligi Hokeja. W nagrodę otrzymał skierowanie na wczasy na Krymie.

Quo vadis, asine?

28 kwietnia. Kino jest najważniejszą ze sztuk. Wiedział o tym towarzysz Lenin, a ostatnio osobiście zasmakował w tej sztuce Władimir Putin. Jak oznajmiła dziś rozentuzjazmowanym głosem spikerka programu informacyjnego Wiesti na kanale Rossija, dwa największe przeboje srebrnego ekranu w Rosji to dzieło „Krym. Powrót do ojczyzny” i zaprezentowany w ostatnią niedzielę film „Prezydent”. Obejrzało je czterdzieści procent widzów. W obu filmowych hitach główną rolę gra oczywiście Władimir Władimirowicz.

Do utrwalonych gatunków pojawiania się Putina w „jaszcziku” (jak Rosjanie nazywają telewizor), czyli „bezpośrednich linii”, wielkich konferencji prasowych oraz codziennych porcji sprawozdawczości ze spotkań w najważniejszym gabinecie czy wyczynów w plenerze doszlusował nowy gatunek okazywania wodza spragnionej jego widoku publiczności: tasiemcowe telenowele obficie zaprawione wazeliną.

Film „Prezydent” to laurka na piętnastolecie prezydentury Putina. Przypomniano najważniejsze wydarzenia, podkreślono nieomylność wodza, poddawanego nieustannie ciężkim próbom i wychodzącego z nich nieodmiennie obronną ręką. Zero kontrowersji, zero wątpliwości, droga prosta jak drut, decyzje kryształowo uczciwe, a wszystko dla dobra tego ludu pracującego, który z przyjemnością ogląda bombastyczne utwory kremlowskiej monumentalnej propagandy i nie pragnie niczego więcej. Może celuloidowej obsłudze marzy się stworzenie dzieła malującego epokę Putina, która wejdzie do historii jak propagandowe obrazy w reżyserii Leni Riefenstahl, ale na razie się na to w najmniejszym stopniu nie zanosi. Długaśne serwilistyczne i kłamliwe filmidła mają wdzięk polnych kamieni.

Oleg Kaszyn w swojej recenzji na portalu Colta napisał: „W połowie poprzedniej dekady rosyjska telewizja pokazała w najlepszym czasie antenowym dwa dziwne filmy: „Wielka tajemnica wody” i „Pleśń” odpowiednio o tajemnicach wody i pleśni. Wtedy komentatorzy zachodzili w głowę, co to za popularnonaukowy monument, po co filmy zostały zrealizowane, kto to wszystko wymyślił. A teraz twórczyni obu tych obrazów, Saida Miedwiediewa, zrobiła „Prezydenta”. Można założyć, że „Woda” i „Pleśń” były testem nowego formatu, uznanym najwidoczniej za udany. No, a skoro film tak się podoba [widzom], to zapewne twórcy się nie uspokoją i zrobią jeszcze wiele, wiele filmów o wielkim Putinie. Z biegiem lat to stanie się oddzielną gałęzią przemysłu. O ile oczywiście, jeszcze mają przed sobą jeszcze wiele lat”.

Nie oglądałam dwóch poprzednich arcydzieł pani Miedwiediewej o wodzie i pleśni, mogę więc sądzić o rozmiarach jej talentu jedynie po 2,5-godzinnej „lekturze” dzieła o piętnastoleciu Putina. Byłam pod wrażeniem – „Prezydent” to dworska oda wyrastająca z najlepszych tradycji wylizywania władcy od stóp do głów, zasłaniania lub pomijania jego potknięć, kreowania osiągnięć. Czy dzieło kogoś przekonało, że Putin wielkim mężem stanu jest? Może to było potrzebne jemu samemu. Michaił Chodorkowski był zniesmaczony tym, że w filmie nakłamano o sprawie Jukosu. „Putin zaprezentował [w filmie] niezdolność do przyjęcia paradygmatu rozwoju cywilizacji: że ważni są ludzie, wartości, wiedza, zaś terytoria i państwa to rzecz drugorzędna. Najwyraźniej on się już nie zmieni”. A po co miałby się zmieniać, skoro tak świetnie mu idzie i skoro poddani darzą go miłością?

O zasługach tytułowego bohatera opowiadają w filmie gadające głowy (jego sekretarz prasowy, dziennikarz z kremlowskiej obsługi, zasłużony pisarz, minister obrony, ujarzmiony oligarcha itd., żadnego opozycjonisty oczywiście nie ma) oraz sam bohater pytany przez kapłana cotygodniowych telewizyjnych talk show, prowadzonych w najlepszych orwellowskich klimatach. Zdaniem Kaszyna, to już nie propaganda, a psychoterapia.

Ci z widzów, którzy dotrwali do końca tego telewizyjnego objawienia, musieli chyba przecierać oczy ze zdumienia, oglądając ostatnią sekwencję filmowej ody. Mnich z klasztoru na świętej górze Athos opowiada, że kiedy Putin do nich przyjechał, to na drodze przed jego samochodem szedł osiołek i jak gdyby prowadził prezydenta do celu. Nabożny mnich wypowiada przypuszczenie, że ten osiołek to cud, który sprawiła Matka Boska. „Ta historia, opowiedziana w finale filmu, sprawia dziwne wrażenie: przez piętnaście lat Putin prowadził Rosję za sobą, a tymczasem okazuje się, że sam podążał za osłem” – podsumowuje Kaszyn.

Inny z komentatorów w podsumowaniu był jeszcze bardziej bezlitosny: „Putin zastał Rosję biedną, rozpadającą się i bez perspektyw, a zostawi ją biedną, rozpadającą się i bez perspektyw”.

Monolog człowieka chrząkającego

16 kwietnia. Niewolnik na galerach ma raz do roku przyjemność porozmawiania z tymi, którzy go do tych galer przykuli – czyli narodem. Z roku na rok przyjemność jest coraz bardziej uteatralizowana. W tegorocznym spektaklu pod tytułem „Bezpośrednia linia z prezydentem Putinem” na spontan pozostawiono niewielki margines. Za to wazelina lała się strumieniami ze wszystkich szczelin. Jednak mimo usilnych starań, zza zasłony pochlebstw otoczenia co rusz wyzierała trudna rzeczywistość kryzysu. Prezydent starał się zahipnotyzować audytorium, uspokoić przytaczaniem skwapliwych statystyk, obiecał, że już zaraz, za chwilę, najwyżej za półtora roku kryzys się skończy, rząd ma świetny pomysł na pokonanie przejściowych trudności, a w obecnej sytuacji to lepiej się nie ruszać. Przetrwamy kryzys i będzie świetnie, tylko się nie denerwujcie, grażdanie.

Prezydent Putin cierpliwy był, łaskawy był, nie unosił się gniewem, wszystko znosił, wszystkiemu wierzył, we wszystkim pokładał nadzieję, jak powiada Pismo. Starał się nie poruszać ostrych tematów, raczej uspokajać niż rozjątrzać, pochylał się z gospodarską troską nad poziomem udoju w obwodzie kostromskim, weteranowi Wielkiej Wojny Ojczyźnianej obiecał przyzwoite mieszkanie (znowu, po tylu latach). Najwidoczniej obawa, że jak będzie jeszcze gorzej w gospodarce (a będzie) i nastroje społeczne spadną, spędza sen z podciągniętych świeżym liftingiem powiek Władimira Władimirowicza. Dlatego tak ważna jest sakralizacja wysokiego rankingu prezydenta. Ale czy same rytualne zaklęcia wystarczą? Na biegnącym w dole ekranu pasku z pytaniami nadchodzącymi od widzów na bieżąco (studio stworzone specjalnie do przyjmowania pytań odnotowało, że wpłynęło ponad trzy miliony zapytań) wyświetlił się w pewnym momencie tekst: „Putin, przyślij pieniądze, ciężko tu”.

Putin najwyraźniej manewruje pomiędzy chęcią uspokojenia wojowniczych nastrojów a próbą utrzymania wysokiego poparcia dzięki mocnej polityce wobec Ukrainy. Jeśli zacznie zbyt gwałtownie wycofywać się z kursu na przymuszanie Ukrainy do pozostania w obszarze rosyjskiej cywilizacji i zacznie czule przemawiać do Ameryki, to może stracić względy zwolenników silnej ręki. A Putin nie może sobie pozwolić na spadek notowań. Jednak podczas telekonferencji mówił o Ukrainie w sposób bardziej miękki i oględny niż w wielu poprzednich wystąpieniach. Powtarzał oczywiście firmowe kłamliwe mantry, ale bez piany. Po raz kolejny zakomunikował: „Ja w ogóle nie robię różnicy między Ukraińcami i Rosjanami, uważam, że to w ogóle jeden naród”. Przerzucił całą odpowiedzialność za wywołanie wojny w Donbasie na Kijów (nie użył ani razu pojęcia „Noworosja”). A na pytanie, czy rosyjskie wojska walczyły na wschodzie Ukrainy, odpowiedział wprost: rosyjskich wojsk tam nie ma. [Twitter pracował podczas telekonferencji Putina z całych sił. Na to stwierdzenie zaraz pojawiła się reakcja: https://twitter.com/sranysovok/status/588671920968572928, „Władimirze Władimirowiczu, potwierdzam, nas tu nie ma”].

Cały czas prezydent pokasływał i pochrząkiwał. Temat zdrowia Putina był niedawno w centrum zainteresowania w związku z tajemniczym dziesięciodniowym zniknięciem z radarów. Spekulacjom nie było końca. I oto taki rarytas, jak możliwość oglądania pacjenta przez cztery godziny bez przerwy (tyle trwał show). Wygląd: wymuskany. Gdy prezydent reagował bardziej żywiołowo, twarz wykrzywiała mu się w nienaturalnym grymasie (ach, ten botoks bezlitosny). Zaraz po telewizyjnej transmisji „bezpośredniej linii” odbyło się w pierwszym programie telewizji omówienie z udziałem politologów, polityków i dziennikarzy. Uczestnicy audycji jeden przez drugiego rwali się zapewniać, że ten seans łączności ze społeczeństwem pokazał, że prezydent jest zdrowy i pełen sił. Choć patrząc na przypudrowanego, zmęczonego prezydenta, wcale nie miałam wrażenia, że oglądam pełnego temperamentu, przepełnionego entuzjazmem i rwącego się do działania polityka, dobrego na trudne czasy, wodza, który przeprowadzi ufny w jego siły naród przez burzliwe czasy. Pokasłujący, osłabiony i miejscami wyraźnie znudzony Putin nie wypadł przekonująco.

Nakarmieni konserwami

17 marca. Przez dziesięć dni prezydent Putin przebywał w swoim zakonspirowanym Matrixie. W tym czasie jego rzecznik prasowy Dmitrij Pieskow serwował nieświeże kotlety sprzed kilku dni jako aktualne świadectwa rzekomej aktywności prezydenta. Kłębiący się przed drzwiami carskiej sypialni dziennikarze podawali ochłapy rzucane przez Pieskowa spragnionej gawiedzi jako wiadomości z ostatniej chwili. Zaraz jednak inni dziennikarze demaskowali podejrzanie zalatujące dania – okazywało się, że kremlowskie służby preparują jedynie stare zdjęcia, gdyż najnowszymi nie dysponują. Dowcipni komentatorzy znaleźli nazwę dla tej praktyki: „Pieskow karmi nas konserwami”. No i na tych konserwach jakoś te dziesięć dni wszyscy przetrwali. Znamienne jest to, że – przynajmniej w sferze publicznej – ludzie z otoczenia Putina nie pękli, nie wychylili się z nieostrożną radością. Wszyscy dzielnie trwali w imitującym lojalność stuporze. Może wiedzieli, że Putin wróci. No i wrócił.

Wczoraj pojawił się w Pałacu Konstantynowskim w Petersburgu, przed kamerami uścisnął dłoń prezydenta Kirgistanu. Bez słowa wyjaśnienia. Pytanie o stan zdrowia i spekulacje wokół tego tematu zbył żartem: „Bez plotek byłoby nudno”.

Zanim nastąpił powrót osobisty, dzień wcześniej miał miejsce powrót telewizyjny. Kreml szykuje się do świętowania pierwszej rocznicy zaanektowania Krymu, odbywają się okolicznościowe uroczystości, rozdawane są odznaczenia (np. Ramzan Kadyrow otrzymał od władz Krymu medal „За верность долгу” za wkład w rozkwit Krymu), na jutro planowany jest gigantyczny koncert rocznicowy pod murami Kremla. W ramach przygotowań do obchodów rosyjska telewizja nadała w niedzielę film „Krym. Droga do ojczyzny” z Władimirem Putinem w roli głównej.

Putin gra w filmie samego siebie – prezydenta Rosji, pomysłodawcę, inspiratora, patrona i wykonawcę operacji „Krym”. W każdym zdaniu podkreśla, że to on, to on, to on wszystko to sprawił: i rozpracował sytuację na Ukrainie po Majdanie, i wymyślił plan zagarnięcia Krymu, i rozmontował Ukraińcom łączność rządową, i wysłał wojskowych weteranów, i dodatkowe wzmocnienie dla stacjonujących na Krymie jednostek armii rosyjskiej, i kazał im ratować zagrożonych „benderowską” dżumą z Kijowa biednych mieszkańców Krymu, a wszystko to grzecznie, uprzejmie. Nie omieszkał zaznaczyć, że gdyby poszło coś nie tak, to był gotów postawić siły jądrowe w stan gotowości. Ten passus był zapewne przeznaczony dla Baracka Obamy: jeśli zechcecie odebrać mi Krym, to ręka nad guzikiem atomowym mi nie zadrży.

Jednym słowem – tą triumfalistyczną narracją w osobie pierwszej prezydent sam przeczy swoim wcześniejszym zapewnieniom (nie po raz pierwszy), że Krym zajęli krymscy „opołczency” wyposażeni w zielone kurtki zakupione w sklepie z militariami, a nie rosyjski specnaz. To też można odczytać jako komunikat dla świata: mówię, co chcę, robię, co chcę, a wy nic nie możecie z tym zrobić.

Rocznicowy film „Krym. Droga do ojczyzny” był zapowiadany jako „dokumentalny”. Historyk Borys Sokołow zwrócił uwagę, że w owym dokumencie nie ma dokumentalnych zdjęć – wszystkie scenki są rekonstrukcją. Toporne inscenizacje przetykane są wywiadami dziennikarza-autora filmu (Andriej Kondraszow) z kilkoma osobami, które odegrały ważne role w wydarzeniach sprzed roku. Przy czym są to wyłącznie przedstawiciele strony rosyjskiej – m.in. Siergiej Aksionow (dziś premier Krymu) czy prokurator Natalia Pokłonska, zwana pieszczotliwie „Niasz-miasz” z uwagi na delikatną dziewczęcą urodę (kiedy się jej słucha, trudno oprzeć się wrażeniu, że to miła przedszkolanka, a nie groźna i bohaterska pani prokurator, pogromczyni wszelkiego zła i bandytyzmu, jak chcą ją przedstawić rosyjskie media).

Duży fragment filmu poświęcony jest poprzedzającej aneksję Krymu ucieczce Wiktora Janukowycza. Dziennikarka Radia Swoboda Jelena Rykowcewa przewrotnie dostrzegła w opowieści Putina dramat Janukowycza, gonionego przez… rosyjskie służby specjalne (całość wywodu: http://www.svoboda.org/content/blog/26902357.html).

Z ust Putina dowiadujemy się, że Janukowycz zadzwonił do niego z Kijowa wieczorem 21 lutego [2014], oznajmił, że chce pojechać do Charkowa na konferencję regionalną. Putin mu doradził, by nie ruszał się ze stolicy. Janukowycz nie posłuchał jednak „Wujka Dobra Rada”, opuścił Kijów, a opozycja w tym czasie zajęła prezydencką kancelarię. Następnego dnia Janukowycz znów zadzwonił, już z Charkowa, poprosił o spotkanie. Putin się zgodził. Ale Janukowycz jakoś nie spieszył się z wyznaczeniem miejsca spotkania. Po co w takim razie dzwonił do Putina i się napraszał? Gdy Janukowycz tak zwleka i zwleka, Putin dochodzi do wniosku, że „przygotowują jego fizyczną likwidację” [kto? gdzie? – nie wiadomo]. „I dalszy rozwój sytuacji to potwierdził” – konkluduje Putin nie wiedzieć na jakiej podstawie. Kolejny telefon od Janukowycza – tym razem już z Doniecka. [Napięcie rośnie, nieprawdaż?], i znowu prośba o spotkanie. – No to mu zaproponowałem, spotkajmy się w Rostowie [na terytorium Rosji, przy granicy z Ukrainą] – opowiada Putin. – A on, nie uwierzy pan, znowu nic. Powiada, że ma problemy, nie mogą wystartować.

Coś w tej opowieści nie gra – po co Janukowycz ciągle dzwoni i proponuje Putinowi spotkania, ale nie chce się spotykać? Tymczasem, wedle słów Putina, w Kijowie dochodzi do przewrotu. „Strzelali do kolumny samochodów. Strzelali do prokuratora Pszonki”. Janukowycz ciągle nic nie rozumie, ale dalekowzroczny Putin już to widzi: zamach stanu w Kijowie. Więc „szefowie czterech struktur siłowych Rosji otrzymują rozkaz uratowania prezydenta Ukrainy, służby specjalne szukają Janukowycza [czyżby tak bardzo chciał się spotkać z Putinem, że mu nawiał z celownika?]. Po nieudanej próbie wylotu z Doniecka prezydencka kolumna gdzieś zniknęła we wschodniej Ukrainie” – mówi lektor.

Wygląda na to, że Janukowycz chciał się ukryć przed okiem rosyjskiego Saurona, ale pogoń dyszała mu w kark. Dzięki podsłuchowi rozmów telefonicznych Janukowycza [tym razem już nie dzwonił do Putina z prośbą o spotkanie, tylko rozmawiał z innymi osobami] rosyjskie służby go namierzyły. Putin: – Pokazano mi mapę, zrozumiałem, że on [Janukowycz] wkrótce wpadnie w zasadzkę. Według naszych informacji, tam były rozstawione karabiny maszynowe. Poinformowaliśmy członków jego osobistej ochrony, że nie mogą dalej jechać. […] Dlatego przygotowaliśmy się, by wyjąć go prosto z Doniecka. Lądem. Morzem. I z powietrza.

Janukowycz najwyraźniej próbuje nawiać swojemu przyjacielowi zza wschodniej granicy, a ten nie odpuszcza i śledzi go ze sputnika itd.

– Zawrócili – kontynuuje Putin. – Przekazaliśmy im wskazówki, gdzie mają podjechać do brzegu i wysłaliśmy grupę śmigłowcem, z oddziałem specnazu na pokładzie.

Z dalszej relacji wynika, że Janukowycz już w rękach tego specnazu jeszcze się opierał i nie chciał jechać do Rosji, pojechał na Krym i dopiero, jak mówi Putin, kiedy ostatecznie zrozumiał, że w Kijowie nie ma z kim gadać, zgodził się na wyjazd do Rosji.

Rykowcewa podsumowuje: „Po pustych drogach Ukrainy za Wiktorem Janukowyczem gonią powietrzne, morskie i naziemne formacje specjalne Federacji Rosyjskiej. Próbuje się wymknąć, ale siły są nierówne. Zostaje złapany. Janukowycz błaga, by go nie wywozić do Rosji, by zostawić na Krymie, kilka dni na wolnym ukraińskim Krymie to ostatnia łaska, jaką Putin darowuje Janukowyczowi. […] Po co Putin chciał izolować Janukowycza? O tym właśnie traktuje ten film: żeby nie przeszkadzał w przeprowadzeniu operacji Krym. W końcu to jednak prezydent. Stał na zawadzie. Nie ma prezydenta – nie ma problemu”.

Dzisiaj z Kijowa nadeszła wiadomość, że słynna złota bułka Janukowycza [ważąca dwa kilogramy wykonana ze złota teczka na dokumenty, zarekwirowana w rezydencji prezydenta Meżuhirje, symbol przepychu, jakim się otaczał] gdzieś przepadła.

W oczekiwaniu na „Jezioro łabędzie”

13 marca. Poszukiwania prezydenta Putina trwają od dwóch dni. Złote usta jego rzecznika wydają mgliste komunikaty, co jeszcze dolewa oliwy do ognia i pozwala mnożyć się pogłoskom, słuchom i teoriom spiskowym o poważnej chorobie, może nawet zgonie, a może spisku niewiernych twardogłowych generałów, którzy obalili Putina, by rozpętać wojnę. Doniesienia o spiskach szczególnie przypadają do gustu spragnionej sensacji publiczności. Rosyjską łódką buja na całego, nie ma się więc co dziwić, że ziarna nawet najbardziej nieprawdopodobnych domysłów padają na podatny grunt i jeszcze bardziej rozgrzewają atmosferę.

W warunkach zatkania kanałów komunikacji społecznej powraca stary sowiecki nawyk wnioskowania o układzie sił na Kremlu z tego, kto koło kogo stał na mauzoleum Lenina podczas odświętnych defilad. Nikt więc nie bierze na serio opowieści prezydenckiego rzecznika (np. o tym, że Putin jest zdrowy i tak silny, że może złamać rękę przy shake hand), tylko stara się odczytać sygnały pośrednie, świadczące o tym, że Kreml prawdy nie mówi, ukrywa stan faktyczny. Przecież od dawna nikt na dobrą sprawę nie wie, jak działa Kreml, co tam się dzieje, jak zapadają najważniejsze decyzje w państwie, wszystko odbywa się za kulisami, zgodnie z prawidłami operacji specjalnych. Niemniej od kilku dni kancelaria prezydenta rzeczywiście bawi się w podchody, myli ślady, unika odpowiedzi wprost, dodatkowo rozpalając umysły i domysły. Dlaczego? Ano właśnie.

Może rzeczywiście coś się stało, coś nieoczekiwanego, na co służby prasowe głowy państwa nie były przygotowane, nie ma więc od nich wiarygodnych wyjaśnień. Co to mogło być? Na przykład nagłe pogorszenie się stanu zdrowia szefa. To jedna z wielu hipotez, nic więcej. Media społecznościowe szaleją, podpowiadają, że jedna pani drugiej pani przekazała z pierwszej ręki, że Putin (a) ma raka, (b) przeszedł kolejny wylew, (c) zrobił sobie za mocny lifting i teraz czeka, aż mu siniaki zejdą, (d) został wyeliminowany przez którąś z rywalizujących grup wpływu, (e) sam spiskuje przeciwko tym, którzy wobec niego spiskują i wystawia ich na próbę, a także – wiadomość z ostatniej chwili (f) przybył obejrzeć nowo narodzonego syna (szwajcarska prasa plotkarska donosi, że Alina Kabajewa właśnie powiła niemowlę płci męskiej w prywatnej klinice Santa Anna, a inne tabloidy dopowiadają, że to już trzecie dziecię pary Putin-Kabajewa).

Żadna z tych wieści nie znajduje oficjalnego potwierdzenia i nie należy się spodziewać, że je znajdzie. Jedynym sposobem uspokojenia publiczności będzie osobiste i niepodważalne pojawienie się Putina. Publiczność może się po tym „objawieniu” i uspokoi, ale sytuacja na pewno nie. Bo Rosja „po Krymie” weszła w strefę intensywnych turbulencji.

Kiedy w sierpniu 1991 roku nastąpił pucz Janajewa, Gorbaczowa uwięziono w Foros, a na ulice Moskwy wyjechały czołgi, telewizja nic początkowo o tym nie mówiła, tylko nadawała „Jezioro łabędzie”. Dziś jezioro jest niespokojne, na jego wodach rządzi czarny łabędź.

Wspomnienia zielonego mundurka

11 marca. Coraz bliżej pierwsza rocznica aneksji Krymu przez putinowską Rosję, coraz więcej pojawia się publikacji na temat wydarzeń sprzed roku. Coraz wyraźniej widać zarys długiego i stale rosnącego nosa Pinokia, zajmującego poczesne miejsce na twarzy prezydenta Rosji.

Internetowa „Meduza” zamieściła relacje kilku kawalerów medalu „Za przywrócenie Krymu”, którzy wspominają krymską przygodę (https://meduza.io/special/polite). Oleg Tieriuszyn, sierżant z brygady desantowo-szturmowej z Uljanowska: „na Półwyspie Krymskim byliśmy jednymi z pierwszych, 24 lutego [2014 roku]. Dwa dni wcześniej zarządzono alarm w jednostce i wysłano nas samolotami do Anapy [miasto w Kraju Krasnodarskim, na południu Rosji]. Z Anapy ciężarówkami zostaliśmy przewiezieni do Noworosyjska, skąd wielkim okrętem desantowym popłynęliśmy do Sewastopola. Nikt poza dowództwem nie miał pojęcia o operacji przywrócenia Krymu w skład Rosji. Posadzili nas pod pokładem okrętu, a o poranku wyszliśmy na pokład i zorientowaliśmy się, że jesteśmy w bazie Floty Czarnomorskiej. Jak tylko zeszliśmy na ląd, polecono nam zdjąć z mundurów wszystkie dystynkcje, aby nie afiszować naszej obecności na półwyspie i nie siać paniki. Rozdano nam kominiarki, ciemne okulary, nakolenniki i osłony na łokcie. Byliśmy pierwszymi z tych, których potem nazwano uprzejmymi ludźmi”.

Określenie „uprzejmi ludzie” (вежливые люди) wprowadził do obiegu bloger z Sewastopola Borys Rożyn, zostało ono natychmiast podchwycone i rozpropagowane przez rosyjskie media, oprawiające propagandowo operację Krym.

Wszystko to już wiemy od roku. Ale jeszcze rok temu władze Rosji zaprzeczały w żywe oczy temu, że wysłały regularne wojsko na Krym i gwałcąc prawo międzynarodowe, dokonały aneksji terytorium sąsiedniego państwa. Prezydent Putin opowiadał, że takie kombinezony, w jakie przyobleczone są chmary „zielonych ludzików” paradujących po Krymie, można sobie kupić w sklepiku z militariami.

Wymiana ciosów z tymi, którzy nie chcą uznać samozwańczej jurysdykcji Moskwy nad Krymem, trwa od roku. Jedna część adeptów szkoły kremlinologii stosowanej wyjaśnia ten ciąg wydarzeń tak: dla Putina uderzenie na Krym, a potem wschodnią Ukrainę to była odpowiedź na to, co stało się w Kijowie, odpowiedź godna mocarstwa, broniącego swojego prawa do dyktatu na terytorium, uznawanym przezeń za kanoniczne. A zatem z punktu widzenia Kremla, zaczął przepychankę Zachód, który rozniecił powstanie w Kijowie, aby knowaniami i podżeganiem konfliktu „wyjąć” Ukrainę ze strefy wpływów Rosji. Dla Zachodu aneksja Krymu była początkiem, który uruchomił (niechcianą, a wymuszoną agresją Rosji) lawinę: sankcje, wojnę, sankcje, rozejm i tak dalej. Druga część kremlinologów uważa, że „operacja Krym” była przygotowywana już wcześniej. Trudniej wprawdzie w tej wersji ustalić motywy. Rok temu prezydent Putin był w znakomitej formie, otwierał i zamykał igrzyska w Soczi, które przepychem miały olśnić cały świat. Naród go popierał, budżet się – mimo narastających trudności – dopinał. Żyć nie umierać, a jednak…

Dziś jednak uwagę mediów i publiczności w Moskwie zaprzątały wcale nie wspominki z zeszłorocznej hucpy na Krymie, a świeże doniesienia o zagadkowym zniknięciu prezydenta Putina.

Najpierw agencje podały informację, że Putin „chyba jest chory” i dlatego nie pojedzie na planowane w Astanie na 12-13 marca spotkanie z prezydentami Kazachstanu i Białorusi. Potem przemówił rzecznik prezydenta, który zdementował wiadomość o chorobie szefa. Dodał, że do Astany prezydent doleci, ale w późniejszym terminie. Napięcie rosło, w przestrzeni medialnej pojawiały się coraz to nowe słuchy. Po obiedzie na stronie internetowej Kremla opublikowano stenogram spotkania Putina z prezydentem Republiki Karelia Aleksandrem Chudilainenem. Pod tekstem znalazło się zdjęcie przedstawiające obu polityków, datowane na 11 marca. Szybko jednak okazało się, że spotkanie Putin-Chudilainen odbyło się 4 marca. Ostatnie publiczne pojawienie się Putina miało miejsce 5 marca, gdy spotykał się z premierem Włoch, goszczącym w Moskwie.

No i się zaczęło: dociekano, dlaczego służby prasowe Kremla świadomie kłamią, zamieszczając nieprawdziwą datę pod fotografią Putin-Chudilainen? Analizowano każdy detal. Wyciągnięto między innymi to, że według strony internetowej Kremla Putin spotkał się z gubernatorem Jamału 10 marca. Ale pan gubernator tego dnia na Kremlu nie gościł. I tak dalej w tym duchu.

Informacje o stanie zdrowia Putina nie po raz pierwszy elektryzują światowe, a przede wszystkim rosyjskie media. Nic dziwnego – stara kremlowska tradycja nakazuje trzymanie informacji o stanie zdrowia głowy państwa w ścisłej tajemnicy. A zdrowie dyktatora zawsze jest kluczową kwestią dla systemu, na którym satrapa się wspiera i który wspiera się na satrapie. Zadaniem służb prasowych Kremla jest w razie pojawiania się pogłosek o pogorszeniu się stanu zdrowia szefa usilne dementowanie takich wieści i zapewnianie, że wszystko jest w najlepszym porządku. Tak było np., gdy prezydent Jelcyn przeszedł kolejny zawał i nie pojawiał się publicznie, a jego sekretarz mówił przed kamerą, że jest super, tylko prezydent nie przyjeżdża na Kreml, a „pracuje w domu z dokumentami”. Kiedy Putina dopadła tajemnicza dolegliwość kręgosłupa po brawurowym locie na czele stada żurawi śnieżnych, też oficjalnie mówiono, że nic takiego, nic, nic. Ostatnio rzecznik Putina wyśmiewał oficjalnie wiadomości o chorobach Putina, podawane przez źródła amerykańskie.

Baśń z jednej nocy

9 marca. Wśród wielu ról, w jakie lubi się wcielać prezydent Rosji, jeszcze nie było roli Szeherezady. I oto na naszych oczach ten dotkliwy brak zostanie zapełniony. Telewizja „Rossija-1” zapowiedziała, że wkrótce wyemituje film Andrieja Kondraszowa „Droga do ojczyzny”, w którym Putin opowie o zeszłorocznej operacji „Krym”. Dla zaostrzenia apetytu do mediów wrzucono już fragment tego wiekopomnego dzieła. Władimir Władimirowicz uchylił rąbka tajemnicy, jak i z kim spędza noce, w każdym razie – jedną noc. Tę jedną noc.

„Zaprosiłem na Kreml kierownictwo naszych służb specjalnych, ministerstwa obrony i postawiłem przed nimi zadanie uratowania życia prezydenta Ukrainy [Janukowycza], jego by po prostu zlikwidowali. […] Przygotowaliśmy się do wywiezienia go prosto z Doniecka lądem, morzem [sic] i drogą powietrzną. To była noc z 22 na 23 lutego [2014], zakończyliśmy koło siódmej rano. Gdy się żegnaliśmy, powiedziałem kolegom: musimy zacząć prace nad przywróceniem Krymu Rosji”.

Co ma piernik do wiatraka, nie wiadomo (dlaczego musieli?). To znaczy może dowiemy się tego z pełnej wersji filmu. Według enuncjacji prasowych, jakie pojawiały się w ostatnich miesiącach, operacja „Krym” była zamyślana i opracowywana już wcześniej, przed „tą nocą” z wiernymi parteigenossen. Operacja wymagała niebagatelnych przygotowań. Niemniej kiedy Janukowycz uciekł z Kijowa, trzeba było działania przyspieszyć. „Bloomberg” w grudniu pisał, że Putin już wcześniej konsultował się w sprawie skutków aneksji półwyspu dla gospodarki z doradcami ekonomicznymi. Mieli go oni pono zapewnić, że rezerwy walutowo-złotowe Rosji pozwolą jej wytrzymać ewentualne sankcje, które nastąpią po aneksji. Wygląda na to, że Putin w te zapewnienia uwierzył. Po roku rezerwy ciągle jeszcze są, choć znacznie nadwątlone. Na jak długo wystarczą?

„Powiedziałem kolegom: musimy zacząć prace nad przywróceniem Krymu Rosji”. Kto by się pytał, po co, na co. Wszystko jasne. Musimy, to musimy. „Powiedziałem kolegom, że musimy zacząć prace nad przywróceniem Sudetów” – tak skwitował słowa Putina jeden z komentatorów.

Od soboty sączy się w uszy cierpliwej publiczności jeszcze jedna baśń. Dyrektor Służby Bezpieczeństwa Bortnikow oznajmił, że śledczy ustalili krąg osób, które zorganizowały i przeprowadziły zamach na Borysa Niemcowa. Wymienił nazwiska kilku Czeczenów, w tym szefa szwadronu śmierci, Zaura Dadajewa. Dadajew służył przez dziesięć lat w specjalnym batalionie MSW w Czeczenii, ramię w ramię z Ramzanem Kadyrowem zaprowadzał porządek w republice, za co został odznaczony rosyjskimi i czeczeńskimi odznaczeniami. Jakiś czas temu miał się rzekomo zwolnić ze służby. Do zastrzelenia Niemcowa namówić miał swoich krewnych, m.in. dwóch od lat mieszkających pod Moskwą, dobrze znających miasto. Dlaczego postanowili zabić Niemcowa? Bo poparł „Charlie Hebdo”, a oni ścierpieć nie mogli, że tam się ukazują karykatury Proroka. I już. (Swoją drogą nigdy bym się nie spodziewała, że w Czeczenii istnieje tak liczne grono czytelników prasy francuskiej). Komitet Śledczy nie ma wątpliwości, że motyw „religijny” tłumaczy wszystko (choć Niemcowowi niepodobna przypisać islamofobii); szerokiej publiczności podano do wierzenia jeszcze jeden aksjomat: że Zaur Dadajew osobiście wszystko zorganizował, a nie wykonywał czyjeś polecenia z góry. Nici na górę odcięte, już nikogo więcej nie będziemy podejrzewać. Opozycja położyła uszy po sobie. Raport Niemcowa o wojnie w Donbasie gdzieś się rozpłynął po rewizji w jego mieszkaniu. Na moście posprzątane, można 18 marca urządzić tam pod murami Kremla koncert z okazji pierwszej rocznicy anschlussu Krymu. Ura.

Dadajewa i jego wspólników zakuto w kajdany, sąd nakazał zamknięcie ich w areszcie. Można się spodziewać pokazowego procesu, podczas którego zostaną „na połnom sierjozie”, bez cienia żenady zaprezentowane wszystkie grube nici, którymi uszyto tę sprawę.

Jeszcze ciekawsza była reakcja Ramzana Kadyrowa na aresztowanie ziomków (zaraz po zabójstwie Kadyrow twierdził, że zamach na Niemcowa to robota CIA, teraz zmienił zdanie). Napisał m.in.: „Znałem Zaura jako prawdziwego patriotę Rosji. […] był odznaczony medalami Za Odwagę, Za Zasługi dla Czeczenii, był szczerze oddany Rosji, był gotów życie oddać za ojczyznę. […] Wszyscy, którzy znają Zaura, twierdzą, że jest głęboko wierzącym człowiekiem, a także, że on, jak wszyscy muzułmanie, był zszokowany działalnością Charlie i komentarzami popierającymi publikacje karykatur”.

„Prawdziwy patriota Rosji”. Niesamowite. Ten prawdziwy patriota strzela do polityka, który zawadza Kremlowi. To teraz prawdziwy patriotyzm? Michaił Sokołow na stronie Radia Swoboda pisze: „Oficjalnie narzucona wszystkim (z pomocą środków masowego przekazu Federacji Rosyjskiej i pożytecznych idiotów) wersja jest korzystna dla tych, którzy zlecili zabójstwo Borysa Niemcowa. Aresztowani zgodnie z dobrą kaukaską tradycją będą mówić [przed sądem] tylko to, co jest dobre dla ich zwierzchności albo po prostu milczeć. Ich rodziny są zakładnikami. Jeśli coś pójdzie nie tak, to ich krewni stracą pracę, a może nawet – jak to przyjęto niedawno – zostaną zburzone domy wszystkich członków niepokornego tejpu [klanu]”.

Jeszcze nie przebrzmiały doniosłe słowa Ramzana Kadyrowa o pełnych żarliwego patriotyzmu podwładnych, jak z agencji informacyjnych zaczęły spływać doniesienia o nagrodzeniu prezydenta Kadyrowa przez prezydenta Putina. „Za osiągnięcia w pracy, działalność społeczną i wieloletnią sumienną pracę” Ramzan Achmatowicz otrzymał Order Honoru. Na liście nagrodzonych znalazł się również deputowany Dumy Państwowej Andriej Ługowoj, podejrzewany przez brytyjskie organy ścigania o otrucie w Londynie w 2006 roku radioaktywnym polonem Aleksandra Litwinienki, wroga Kremla. Ładna lista nagrodzonych. Do pucharu cynizmu kroplę ze swej strony dodał dziś jeszcze sekretarz prasowy Putina. Dmitrij Pieskow oznajmił w wywiadzie dla RBK, że „nagrodzenie Kadyrowa w dzień po ogłoszeniu wyniku śledztwa w sprawie Niemcowa to czysty przypadek”. Czysty jak łza.