Archiwum kategorii: Bez kategorii

Trzysta karaluchów mniej

Dalszy ciąg epopei Wiktora Buta, handlarza śmiercią. Wokół ekstradycji Buta powstały dziś nagłe turbulencje. Już miał zostać wydany w ręce amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, już przyleciał po niego specjalny samolot, a ochraniająca super-więźnia gwardia kilkakrotnie ustawiała się w szyku wokół więzienia, szykując się, by eskortować go na lotnisko, gdy oto dziś nadeszła kolejna wiadomość: władze Tajlandii nie zamierzają na razie wydać Buta. Dlaczego? Podobno nadeszły nowe dane o jego nielegalnej działalności i sąd w Bangkoku ma ponownie orzekać o winie Buta, tym razem rozpatrywane mają być oskarżenia strony amerykańskiej o pranie przezeń brudnych pieniędzy, złamanie sankcji ONZ i oszustwa.

Oliwy do ognia dolała jeszcze tajlandzka telewizja, która w krótkim acz wyrazistym, zrealizowanym w formie zbliżonej do klipu, reportażu oznajmiła, że amerykańskie służby specjalne mają dowody na współudział Wiktora Buta w zorganizowaniu zamachów terrorystycznych 11 września 2001 roku w Nowym Jorku. Ani strona amerykańska, ani tajska nie potwierdziły rewelacji przedstawionych w miejscowej telewizji. Widać jedynie to, że jest coraz więcej dymu, a sprawa gmatwa się coraz bardziej.

Za kulisami historii z Wiktorem Butem muszą się toczyć intensywne targi, skoro już przypieczętowany decyzją sądu jego los – natychmiastowa ekstradycja do Stanów Zjednoczonych – został ponownie zweryfikowany. But pozostaje nadal w przyjemnym więzieniu w Bangkoku. Jedyna zmiana ma polegać – wedle słów jego żony – na przeniesieniu go do innej celi, nieco lepszej, „jest w niej może o trzysta karaluchów mniej” – powiedziała pani Ałła But, aktywnie uczestnicząca w zabiegach o uwolnienie męża ze zdradzieckiej niewoli.

Wiktor But wpadł, gdy dobijał targu z południowoamerykańskimi partyzantami na dostawy nowoczesnych rosyjskich ppzr Igła – zestawów rakietowych do zwalczania nisko lecących samolotów, a – jak twierdzi BBC – miał też obiecać, że w każdej chwili może dostarczyć 700-800 rakiet ziemia-powietrze. Zdaniem komentatorów, taka transakcja nie mogła się odbyć bez „klepnięcia” rosyjskiej góry. Jak wysokiego szczebla? Niektórzy wskazują na bardzo wysokie umocowanie takiego „klepnięcia” – nawet na szczeblu wicepremiera (cytowany przez BBC amerykański think tank Stratfor twierdzi, że Wiktor But w Mozambiku służył z człowiekiem o nazwisku Igor Sieczin – ale czy to wystarczająca poszlaka? Zdaniem autora książki o Bucie Duglasa Faraha, But nie mógłby działać w Kongu, Liberii i wielu innych krajach bez współpracy z władzami). Zapewne sprawa sprzedaży ppzr południowoamerykańskim odbiorcom nie wyszłaby na jaw, gdyby partyzanci FARC, zamawiający strzelający towar u Buta byli prawdziwi. Ale w rolę wąsatych partizanos z FARC wcielili się tajnos agentos amerykańskich służb specjalnych. Zastawili pułapkę, w którą But wpadł w 2008 roku w Bangkoku.

Ciekawe wydaje się też – sugerowane przez obserwatorów – powiązanie obecnej sprawy Buta z dwiema niewyjaśnionymi głośnymi na cały świat dostawami dziwną drogą przez dziwne struktury: aferą z tajemniczą misją statku Arctic Sea i zatrzymaniem (zresztą także w Bangkoku) samolotu Ił-26 z 35 tonami broni i amunicji na pokładzie. To tylko spekulacje prasowe, wejrzenie w sedno sprawy być może będzie miał sąd. O ile Wiktor But w ogóle zostanie przed nim postawiony. Rosyjsko-amerykański mecz o duszę Buta trwa w najlepsze, wygląda na to, iż But stał się poniekąd zakładnikiem pieriezagruzki. Niewykluczone, że jego sprawa będzie się ciągnąć tak długo, że uwikłany w ciemne sprawy wielkiej polityki handlarz śmiercią zdąży zawrzeć bliską znajomość ze wszystkimi karaluchami w tajlandzkim więzieniu.

Handlarz śmiercią i afgańska czara ognia

Nieoczekiwanie tajlandzki sąd zdecydował 20 sierpnia o ekstradycji do USA Rosjanina Wiktora Buta, znanego jako „handlarz śmiercią”. But został dwa lata temu zatrzymany w Bangkoku, był ścigany za nielegalne dostarczanie broni dla karteli narkotykowych i partyzantki w Ameryce Południowej. Według amerykańskiego prawa to przestępstwo zagrożone karą dożywocia. But twierdzi, że jest niewinny jak niemowlę, a sąd w Bangkoku działał pod naciskiem Waszyngtonu.

Ambasador Tajlandii w Moskwie został wczoraj wezwany w trybie nagłym do rosyjskiego MSZ, gdzie wyrażono „niezadowolenie i rozczarowanie” władz rosyjskich. Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow zapowiedział, że Rosja będzie zabiegać o możliwość powrotu Buta do kraju. Jego zdaniem, decyzja sądu w Tajlandii ma wymiar polityczny – „sąd podjął decyzję pod bardzo silnym naciskiem z zewnątrz”.

Trudno się z panem ministrem Ławrowem nie zgodzić – sprawa Buta rzeczywiście ma od samego początku wymiar polityczny. Oraz wiele tajemniczych zakamarków. Tajne przez poufne – i od strony rosyjskiej, i od strony amerykańskiej. W ciągu dwóch i pół roku, jakie But spędził w areszcie w Tajlandii, jego sprawa periodycznie wypływała w mediach w związku z kolejnymi konwulsjami –  trwały zawiłe procedury prawne, obrona zabiegała o zwolnienie klienta, a kiedy sąd podejmował decyzję o pozostawieniu Buta w areszcie, obrona ponownie występowała z apelacją i tak w kółko aż do wczoraj, kiedy zapadła decyzja o ekstradycji. Za każdym razem przypominano w mediach bujne życie Wiktora Anatoljewicza. Jego nazwisko pojawiło się w ONZ-owskim raporcie nt. nielegalnego handlu bronią z 2000 roku. Według tego źródła, But (ekspilot lotnictwa wojskowego ZSRR) stał na czele dobrze zorganizowanego i prosperującego „koncernu” dostarczającego do Sierra Leone, Angoli, Konga broń z demobilu po Układzie Warszawskim, a potem także „świeżej” produkcji głównie z Bułgarii, Ukrainy i Mołdawii (oficjalnie But zarządzał przedsiębiorstwem transportu lotniczego). „Walutą” rozliczeniową były najczęściej diamenty, wydobywane w afrykańskich kopalniach znajdujących się pod kontrolą rebeliantów, których But zaopatrywał w granatniki, działa, systemy obrony przeciwlotniczej i in. But miał siedem paszportów i mnóstwo znajomości „gdzie trzeba”. Jego zajmujący żywot człowieka niepoczciwego stał się kanwą hollywoodzkiego filmu „Handlarz śmiercią”, w rolę Buta wcielił się Nicolas Cage.

Warto odnotować ciekawy głos z Waszyngtonu. „Jeśli But pójdzie na współpracę z amerykańskim wymiarem sprawiedliwości, to może okazać się bardzo pożyteczny w prowadzeniu amerykańskiej operacji w Afganistanie” – sugeruje „Washington Post”, powołując się na wysokiego urzędnika z administracji poprzednich prezydentów, Clintona i Busha juniora.  Według tego źródła, Amerykanie zainteresowali się Butem, gdy zauważyli jego powiązania z talibami w 1990 roku. Jego znakomite kontakty, znajomość terenu, ludzi – to wszystko może się teraz Amerykanom przydać. Gazeta wskazuje ponadto, że strona amerykańska chce uniknąć ujawnienia swoich powiązań z Butem. „W ciągu ostatnich kilku lat po wkroczeniu do Iraku – pisze „Washington Post” – logistyczne firmy Buta były wykorzystywane przez Pentagon do dostarczania zaopatrzenia do Iraku i Afganistanu. W 2004 r. prezydent Bush zadekretował, że współpraca z Butem jest bezprawna, jednakże Pentagon przedłużył kontrakty do 2006 roku”.

To spekulacje prasowe, „Washington Post” czasem publikuje prowokacyjne informacje, które intrygują i wprowadzają zamieszanie. Czy tak jest tym razem?

Jeśli chodzi o afgański ślad w działalności Buta, to bodaj najbardziej znanym epizodem, który wyszedł na jaw i trafił na czołówki gazet, była afera z samolotem zatrzymanym w Kandaharze. W 1995 roku samolot należący do tatarskiej firmy Aerostan miał dostarczyć zafrachtowane przez Buta 30 ton ładunku do Kabulu. Były to, jak się miało wkrótce okazać, kałachy dla rządu Rabbaniego, który walczył z Talibanem. Samolot został zmuszony do lądowania w opanowanym przez talibów Kandaharze. Przez rok trwały rozmowy o uwolnieniu Bogu ducha winnej załogi samolotu. Jak pisze miesięcznik „Sowierszenno Siekrietno”, w czasie tego roku Wiktor But z przyjaciela Ahmed Szah Masuda stał się głównym dostawcą mułły Omara, jednego z liderów Talibanu. Załoga , jak podano, uciekła z Kandaharu do siedziby firmy Buta w Szardży (sam But twierdził potem, że żadnej ucieczki nie było, załoga została uwolniona, w rozmowach o uwolnieniu załogi miał Butowi pomagać nieżyjący już dziś wiceminister spraw zagranicznych Rosji Wiktor Posuwaluk). W zeszłym roku na ekrany rosyjskich kin wszedł ojczysty „supierbojewik” Andrieja Kawuna o tej rzekomej brawurowej ucieczce pod tytułem „Kandahar” w gwiazdorskiej obsadzie. Film nieudany, z agitatorską tezą, tworzącą mit.  

Ale to tylko tak na marginesie. A co do samego Buta i jego sytuacji, to w mediach pojawiły się sugestie, że to strona rosyjska obawia się śledztwa i procesu w Ameryce, aby nie wyszły przy okazji jakieś ciemne interesy, które za Moskwę prowadził z szemranymi reżimami Wiktor But. Teraz główne pytanie brzmi, czy But pójdzie na współpracę z Amerykanami. Zdaniem eksperta ds. wojskowych Pawła Felgengauera, But nie ma w obecnej sytuacji innego wyjścia.

Ten years after

Co się stało 12 sierpnia 2000 roku na Morzu Barentsa podczas ćwiczeń Floty Północnej z wielkim atomowym okrętem podwodnym „Kursk”? „Ona utonuła” – powiedział w wywiadzie dla CNN prezydent Władimir Putin. Ale dlaczego „Kursk” zatonął, grzebiąc całą 118-osobową załogę? Przeprowadzono drobiazgowe śledztwo, nakręcono filmy, wydawać by się mogło, że wszystko wzięto pod światło i prześwietlono, tymczasem dziesięć lat po katastrofie pytanie o jej przyczyny ciągle powraca. Może dlatego, że nie odbył się proces, który wyjaśniłby wszystko do końca? A może dlatego, że i wtedy i dziś nie ma politycznej woli, aby wszystko na ten temat powiedzieć do końca?

Dzisiejsze wydanie rządowej „Rossijskiej Gaziety” twierdzi, że ponad wszelką wątpliwość okręt stracił sterowność i opadł na dno z powodu eksplozji torpedy ćwiczebnej. Iwan Jegorow, dziennikarz od samego początku „pilotujący” sprawę okrętu podwodnego „Kursk” powraca do tamtych wydarzeń i dochodzi do wniosku, że nie mogło być żadnej innej przyczyny zatonięcia „Kurska”. Innego zdania jest popularna gazeta „Komsomolskaja Prawda”, na łamach której wypowiadają się wojskowi (m.in. kapitan marynarki wojennej i oficer kontrwywiadu wojskowego). Władimir Jefimowicz uważa, że katastrofę spowodował amerykański okręt podwodny „Toledo” (według innej wersji „Memphis”), który zderzył się z „Kurskiem”, a następnie oddalił z miejsca wypadku: „Chodziły słuchy, że Ameryka potem spisała nam 20 mld długów”. Dowiemy się o tym dopiero za czterdzieści lat, bo – jak twierdzi Wiaczesław Dawletszyn – na aktach sprawy figuruje napis „Ściśle tajne”, odtajnienie może zatem nastąpić dopiero najwcześniej 50 lat po katastrofie.

Z wersją teorii spiskowej polemizują eksperci – znalezione na miejscu wypadku ślady świadczą o tym, że w pobliżu nie było obcych okrętów.

Z perspektywy lat widać, że Rosja nie była wtedy gotowa do niesienia pomocy poszkodowanym, przez długi czas strona rosyjska nie chciała dopuścić zagranicznych jednostek ratownictwa morskiego, obawiając się, że okoliczność ta zostanie wykorzystana, by podejrzeć sekrety rosyjskiej floty. Z tej gorzkiej lekcji rosyjskie władze i dowództwo wojskowe wyciągnęło pewne lekcje: postanowiono przezbroić i dozbroić marynarkę wojenną, zaopatrzyć ją w nowszy sprzęt, w tym także ratowniczy. Zresztą nowy sprzęt otrzymuje nie tylko marynarka, ale i inne rodzaje sił zbrojnych. Kryzys kryzysem, a plany produkcji nowego uzbrojenia dla rosyjskiej armii nie ulegają redukcji, wszystko idzie zgodnie z planem.

Opozycyjna „Nowaja Gazieta” w związku z rocznicą zwraca uwagę na aspekt ludzki i rozmawia z członkami rodzin ofiar „Kurska”. Ci przypominają, że wybuch torpedy przeżyło 23 członków załogi, którzy dziewiątym przedziale czekali na ratunek (dowództwo tymczasem utrzymywało, że zginęli wszyscy w momencie awarii).

Rodziny w większości wierzą w wersję z udziałem amerykańskiego okrętu, w przeciwnym razie wyszłoby na to, że do katastrofy przyczynili się sami członkowie załogi, a z takim poczuciem ciężko się żyje.

Członkowie rodzin są podzieleni. „Raz tylko połączyli wysiłki – pisze „Nowaja”. – Wokół adwokata Borysa Kuzniecowa, który zabiegał o śledztwo w sprawie wyjaśnienia przyczyn katastrofy, proces i ukaranie winnych [śledztwo jednak umorzono. Do procesu nie doszło]. Zabiegał, ale został wypchnięty za burtę Rosji (wszczęto przeciwko niemu śledztwo, adwokat był zmuszony uciekać za granicę i prosić o azyl w USA). Wdowy i rodziców marynarzy „Kurska” podzieliły pieniądze – pierwsze duże pieniądze za śmierć i za milczenie w Rosji. Putin obiecał każdej rodzinie po 720 tysięcy rubli. To wdowy otrzymały te pieniądze, nie wszystkie chciały się podzielić z rodzicami marynarzy. Stąd rozdarcie”. I jeszcze jeden wątek: adwokat Borys Kuzniecow przygotował i skierował do Strasburga skargę ojca jednego z marynarzy, Kolesnikowa, w sprawie wyjaśnienia przyczyn katastrofy i ustanowienia, jak długo żyło jeszcze 23 marynarzy w dziewiątym przedziale, czy można im było przyjść z pomocą. Skarga została przyjęta do rozpatrzenia. Tymczasem Kolesnikow w maju ubiegłego roku skargę wycofał. Mówi, że nikt na niego nie naciskał, sam wycofał, bo adwokat Kuzniecow wyjechał z Rosji, trybunał w Strasburgu nie mógł go odnaleźć. Na placu boju Kolesnikow – bez przygotowania prawniczego – zostałby więc sam. Sprawa w Strasburgu została więc zamknięta.

W rozmowie z dziennikarką „Nowej” Kolesnikow-senior powiedział: „Putin mógłby doprowadzić do tego, że odbyłby się proces, obiektywne wyjaśnienie sprawy. Fakt, że dowódcy marynarki go okłamywali, kiedy mu mówili, że tam wszystkich ratują, a on tego wysłuchiwał i wierzył, i siedział sobie w Soczi… Putin mógłby na początku swojej prezydenckiej kariery dokładnie zbadać sprawę „Kurska”. Ale podjął inną decyzję. Najwidoczniej miał inne plany w odniesieniu do przyszłości Rosji i swojej przyszłości”.

Pożary i zgliszcza

Może to już przełom? Dziś znad Moskwy trochę przewiało smog i dym, temperatura spadła o kilka stopni (choć nadal przekracza 30ºC), liczba nowych pożarów w centralnej części Rosji jest mniejsza niż pożarów ugaszonych – są zatem powody do optymizmu.

Jednak najwięcej optymizmu niewątpliwie dodał wszystkim premier Putin, który osobiście usiadł za sterami specjalistycznego samolotu, gaszącego pożary z powietrza i osobiście własnym palcem nacisnął przycisk spuszczający na płonące połaci riazańskich lasów życiodajną wodę. „Trafiłem?” – spytał świtę profesjonalistów od gaszenia. „Trafił pan, trafił!” – odpowiedziała zgodnym chórkiem zachwycona świta (ciekawe, czy gdyby nie trafił, to świta by szczerze odpowiedziała: „Chybił pan, Władimirze Władimirowiczu”).

Patrząc na ten obrazek, można by dojść do wniosku, że przez dziesięć lat nic się nie zmieniło: Putin nadal lubi sobie polatać. Dziesięć lat temu obejmujący stery nawy państwowej nieznany szerzej człowiek o KGB-owskiej przeszłości był mocno lansowany przez telewizje i pokazywany jako dziarski, rzutki, nieprzejednany przywódca, który niczego się nie boi. Nawet siada w myśliwcu naddźwiękowym śmiało za pulpitem i powozi bez cienia strachu. Co z tego, że piloci uczą się trudnej sztuki pilotażu latami – Władimir Władimirowicz potrafi wszystko od razu. Teraz znowu putinowscy propagandyści ogrywają tę samą sztuczkę: w środku apokaliptycznych pożarów, jakie trawią centralną Rosję, dziarski, rzutki, nieprzejednany przywódca, który niczego się nie boi, znowu osobiście gasi pożary z samolotu. Jeden z blogerów próbował zrozumieć, po co poważnemu politykowi taka klaunada. „Albo Putin po prostu lubi latać samolotami – no bo co w końcu? Fajna to rzecz. Albo Putin przez dziesięć lat rządów tak rozwalił cały kraj, że brakuje ludzi, którzy mogliby pilotować samoloty. Albo Putin tym sposobem próbuje poprawić sobie notowania [według ostatnich sondaży ośrodka badania opinii społecznej, poparcie spadło mu o kilka punktów procentowych]”.

Dziesięć lat temu – po dekadzie chaotycznego poszukiwania postimperialnej drogi –  pipul (to takie nowe rosyjskie słowo, fonetycznie zapisane angielskie people) chciał widzieć na czele państwa nie schorowanego dziadka Jelcyna, a dziarskiego, rzutkiego, nieprzejednanego przywódcę, który niczego się nie boi. Dlatego pipul kupował i putinowskie błatne hasła „dorwać terrorystów nawet w kiblu”, i występy prezydenta w myśliwcu (batyskafie, na motocyklu, koniku wronym itd.). Kolejne wypadki i kataklizmy, które przydarzały się w najnowszej historii Rosji (ataki terrorystyczne, zatonięcie „Kurska”), były przez władze wykorzystywane do (a) przykręcania śruby mediom i rozkręcania PR-kampanii prezydenta, (b) załatwiania różnych ogólnie rzecz biorąc nieprzyjemnych spraw przy okazji likwidowania skutków kataklizmu (np. po ataku w Biesłanie prezydent zniósł wybory gubernatorów, choć jedno z drugim nie miało nic wspólnego).

Czy i teraz – w obliczu wielkich strat spowodowanych pożarami, nieprzygotowania do walki z żywiołem i widocznej gołym okiem niesprawności metody putinowskiego ręcznego zarządzania kryzysem – wypracowana przez te dziesięć lat metoda pokazywania rytuału, politycznego spektaklu zamiast prawdziwego obrazu rzeczywistości jeszcze się sprawdzi? Dziesięć lat temu zatonął „Kursk”. Wydawało się wtedy, że oczywiste błędy i kłamstwa władz cywilnych i wojskowych pociągną na dno całe rządzące towarzystwo. Nic takiego się nie stało. Co więcej: to władze przywołały szybko do porządku telewizje, które pokazywały – wtedy jeszcze bez cenzury – złożoność problemu i błędy wysoko postawionych decydentów. Władze szybko się uczyły na tych błędach. Nie, nie chodziło o to, żeby już więcej takich błędów nie popełniać, a o to, żeby więcej takich błędów nie pokazywać ludziom. Władze wyczuły zapotrzebowanie społeczne: ludzie mieli dosyć oglądania klęsk, chcieli czegoś krzepiącego. „To stało się filarem obecnego systemu. Putin i jego otoczenie przekonali się, że kraj kocha i będzie kochać tylko tych, których kochają federalne kanały telewizyjne – twierdzi Siergiej Szelin. – To oczywiście mit, i nawet dosyć naiwny, ale sprawdził się przez te lata”. Czy mechanizm zadziała jeszcze tym razem? Zdaniem Szelina, skończyła się epoka, kiedy ludzie chcieli mieć mydlone oczy, bo przykre efekty dyletanckich działań niefrasobliwych jednorazowych pilotów samolotów sypią się i na ich głowy. Może zatem kolejny telewizyjny spektakl z Putinem w roli strażaka już nie wystarczy.

I jeszcze jedno: Putin nakazał odbudowanie spalonych domostw na koszt państwa. Piękny gest. Na każdej budowie zostanie wszakże na życzenie Putina zainstalowana kamera, aby premier on line mógł sprawdzać stan robót. Piękny przykład zaufania premiera do władz w terenie, czyli swoich ludzi, którym wydał polecenie wspomożenia pogorzelców.

I jeszcze: wczoraj powrócił z Alp do zadymionej Moskwy mer Jurij Łużkow, krytykowany przez wielu za to, że wczasuje się w czystym powietrzu, gdyby jego miasto dusi się w smogu. Premier zaraz wezwał mera na dywanik: „Dobrze że pan wrócił na czas” – powiedział na dzień dobry (złośliwi komentatorzy zaraz podchwycili, że należy ustanowić nowe odznaczenie dla urzędników: „za powrót z urlopu na czas”). Teraz media spekulują, czy to była zgryźliwa ironia premiera czy autentyczne zadowolenie, że mer jednak wrócił i rzucił się w wir pełnienia obowiązków. Ale faktem jest, że ledwie Łużkow wrócił do Moskwy, powietrze w mieście znacznie się oczyściło, a na rozgrzany asfalt spadł długo oczekiwany deszcz.

Płoną góry, płoną lasy

Centralna część Rosji, wysuszona długotrwałą suszą i anomalnie wysokimi temperaturami, pali się na potęgę. Moskwę spowijają dymy, napływające z okolicznych płonących torfowisk. Lekarze zalecają nie wychodzić z domu, nie otwierać okien. A upał dzień w dzień 35 stopni i więcej. Płoną lasy, uprawy, całe wsie. Zginęło pięćdziesiąt osób. Prognozy pogody nadal nie są pocieszające – ochłodzenie i opady spodziewane są nie wcześniej niż w połowie miesiąca.

Władze początkowo próbowały nie zauważać problemu. Choć susza i wysokie temperatury trwały od ładnych kilku tygodni, nie przedsięwzięto akcji profilaktycznych. Na dobrą sprawę dopiero od kilku dni, kiedy sytuacja stała się naprawdę poważna, ogień zaczął zagrażać miastom i strategicznym obiektom wojskowym, a skali zniszczeń nie dało się przemilczeć, przystąpiono do zmasowanej akcji. Na pomoc rzucono wojsko, dodatkowe jednostki straży, helikoptery. Przystąpiono też do zmasowanej akcji medialnej. Na ekranach telewizorów zaczął się też regularnie pojawiać premier Putin, który osobiście wizytuje zagrożone tereny, rozstawia po kątach bezradnych gubernatorów, uspokaja przepełnionych goryczą pogorzelców, obiecując pomoc państwa i wybudowanie na koszt budżetu federalnego nowych domów już do końca tego roku. Telewizyjna „kartinka” jest bardzo przekonująca: prawdziwy gospodarz dba o ludzi, o ich problemy, za to nie szczędzi biurokratów, którzy zawalili sprawę. Eksperci mówią, że to znakomity zwrot w kampanii prezydenckiej, jaką już miał zacząć „lider narodu”. Nikt jakoś nie zastanawia się natomiast głośno, że obietnice premiera to endemiczny gatunek gruszek na wierzbie.

Tymczasem prezydent Miedwiediew w środku ogniowej apokalipsy nienerwowo wybrał się na wypoczyn do Soczi. W gronie obsługujących Kreml dziennikarzy luźno rozprawiał, jak to pojeździ na rowerze, poćwiczy jogę i pogada sobie z premierem na rybach, bo premier przyjedzie go odwiedzić i też zaliczyć wypoczyn (przywódcy Rosji mają dorocznego pecha z wyjazdami w sierpniu na wczasy, bo zwykle w sierpniu dzieje się coś ekstraordynaryjnego – tonie „Kursk”, zawala się wielka zapora itd. – i przywódca relaksujący się nad morzem nie najlepiej wygląda na tle nieszczęść). Miedwiediew szybko jednak powrócił do zadymionej Moskwy i włączył się w gaszenie pożarów. W porywie słusznego gniewu pościnał głowy dowódców, którzy dopuścili do tego, że pod Moskwą spłonęła baza wojskowa. Siedząc w kremlowskim gabinecie rozmawiał z premierem Putinem, który akurat był w płonącym lesie (znowu odwołam się do telewizyjnej „kartinki”, bo relacja z tej rozmowy była interesująca: premier Putin w błękitnej koszuli zdawał sprawozdanie przez komórkę, a prezydent przy biurku na wysoki połysk przyjmował to sprawozdanie przez przedpotopowy telefon, chyba z czasów późnego Breżniewa). I znowu eksperci podsumowali, że Miedwiediew traci dystans – bo kto wyjeżdża do owiewanego morską bryzą Soczi, kiedy ludzie się palą żywcem, a ponadto zamiast aktywnie włączyć się w działania przeciwpożarowe, wysyła tylko krótkie komunikaty na Twitter.

Tak na marginesie: od kilku tygodni ulubionym tematem rozważań wielu rosyjskich i nie tylko rosyjskich obserwatorów jest domyślanie się, który z panów z rządzącego tandemu wystartuje w wyborach prezydenckich. A może obaj? No to wtedy się zacznie prawdziwa walka. Bardzo ciekawe rozważania, tylko pozbawione sensu. O tym, kto wystartuje w wyborach, a właściwie plebiscycie popularności Putina, zdecyduje on i jego „Sanhedryn”, a nie kto inny, a tym bardziej elektorat.

Ale wróćmy do pożarów. Ciekawym zabiegiem spin doktorów premiera była historia z listem wkurzonego blogera. Otóż, mieszkaniec obwodu twerskiego, narażonego na pożary, bloger top_lap napisał do premiera list, wychwycony przez dziennikarzy rozgłośni Echo Moskwy, a następnie przekazany Putinowi. Bloger w krótkich żołnierskich słowach, w wielu miejscach wykropkowanych litościwie przez publikujące list media, zwracał uwagę, że nic nie jest przygotowane do gaszenia pożarów, że w jego osiedlu nie ma stawów ppoż ani dzwonu, który kiedyś przed laty, za komuny zwoływał ludzi na pomoc, gdy wybuchał pożar. Ludzie przybiegali, pobierali wodę ze stawu i pożar gasili. Teraz znikąd nadziei, znikąd pomocy – stawy zasypano, ryndy (dzwonu) nie ma. Wsio pi**iec.

Premier postanowił sam odpowiedzieć na list. Dobrodusznie, ze zrozumieniem. Owszem, może forma posłania niezbyt była elegancka, ale rację obywatel jak najbardziej ma. „Sam fakt, że premier odpowiedział na ten właśnie list, też ma swój sens. To swego rodzaju sygnał, że tego rodzaju krytyka jest dla władz do przyjęcia: bezpośrednia, ludowa, sprawiedliwa, konkretna do bólu, wulgarna. Ale przecież to język, którym Putin posługuje się w kontaktach z  elektoratem – pisze w komentarzu Tatiana Stanowaja. – To wygodny dla władz partner do prowadzenia sporu, dlatego że daje możliwość, by na pytania udzielić konkretnej odpowiedzi, co ma publicznie zademonstrować aktywność i przydatność rządu i odrzucenie wysuniętych oskarżeń. Dlatego można, a nawet trzeba przyznać zdenerwowanemu blogerowi rację, przyłączyć się do jego słusznego gniewu. Solidarność z narodem – to najbardziej efektowna metoda Putina”.

Premier nakazał miejscowym władzom zawieźć do wsi w obwodzie twerskim i zawiesić w odpowiednim miejscu dzwon ppoż, aby obywatele z odważnym blogerem na czele mogli weń bić, kiedy, nie daj Panie Boże, przyjdzie bieda.

Szpiegowskie wątki w Bollywood

Zanim wybuchł głośny skandal szpiegowski na linii Waszyngton-Moskwa, gładko zakończony wymianą grupy zatrzymanych w Stanach Zjednoczonych rosyjskich agentów na trzy osoby skazane w Rosji za szpiegostwo na rzecz USA i jednego uczonego, skazanego nie wiadomo za co, prasa indyjska już od pewnego czasu maglowała historię Rosjanki Olgi Timoszyk, a jeszcze wcześniej jasnowłosej tłumaczki „Maszy”.

31-letnia krasawica z Krasnojarska Olga Timoszyk prowadziła działalność nieokreślonego rodzaju o nieokreślonym stopniu zagrożenia dla bezpieczeństwa Indii; pod zarzutem szpiegostwa została zatrzymana w połowie czerwca w stanie Radżastan. Przez półtora roku Olga Timoszyk mieszkała w wynajętym mieszkaniu z Niemcem Thomasem Kuehnem, który również został aresztowany pod zarzutem uprawiania szpiegostwa, a któremu Timoszyk miała pomagać.

Timoszyk plątała się w zeznaniach, raz podawała się za dziennikarkę, raz za fotografika, to znowu mówiła, że zajmuje się biznesem w branży tekstylnej. Jak ustaliła indyjska policja, Timoszyk żyła na wysokiej stopie, jeździła po kraju, jednak trudno jest ustalić jej źródła dochodu. Obecnie ambasada rosyjska w Indiach czyni starania, by uwolnić Olgę, zarzuca stronie indyjskiej złe traktowanie, przeciąganie śledztwa i przetrzymywanie obywatelki Rosji bez powodu.

Timoszyk nie jest pierwszą Rosjanką umoczoną w jakieś dziwne sprawy w Indiach i szeroko opisywaną na łamach tamtejszej prasy. Kilka miesięcy wcześniej indyjskie media zajmowały się inną skandaliczną historią. Zarówno poważne wydania, jak i żółta prasa na pierwszych stronach pisały o nowym „szpiegowskim zagrożeniu ze strony Rosji” i „kobietach-szpiegach z zimnego kraju”. Jak streszcza tę historię rosyjski tygodnik „Ogoniok”, chodziło o skompromitowanie poprzez wyciągnięcie na światło dzienne intymnych związków z jasnowłosą „Maszą” wysokiego oficera indyjskiej marynarki wojennej, mającego bezpośredni związek z intratnym kontraktem na zakup przez Indie lotniskowca „Admirał Gorszkow”.

Historia sprzedaży Indiom lotniskowca (a właściwie ciężkiego krążownika lotniczego) „Admirał Gorszkow” jest długa jak brody biblijnych proroków. Zbudowany pod koniec lat 80. niedługo służył w ZSRR (pod nazwą „Baku”), potem w Rosji, w 1994 roku został skierowany do remontu, nie było pieniędzy na jego ponowne uruchomienie, przez chwilę nawet zastanawiano się, czy nie pociąć go na żyletki. Wreszcie znalazł się kupiec – Indie. Ale mijały lata, strony negocjowały, a bohater opowieści starzał się dzielnie, odstawiony do rezerwy. Kontrakt na modernizację podpisano w 2004 roku, według tego dokumentu do 2008 roku Rosja miała zmodernizować okręt za sumę 970 mln dolarów, a Indie miały za taką właśnie kwotę zakupić partię samolotów bojowych. Jak to już nie raz w tej bajce było, niebawem miało się okazać, że na przewidzianą kontraktem modernizację wynegocjowanych pieniędzy nie wystarcza, Rosja chciała podwoić kwotę. Wybuchł skandal. Sprawa znowu utknęła w martwym punkcie. Coś się ruszyło w czasie marcowej wizyty premiera Putina w Delhi. Po rozmowach, jak pisze „Ogoniok”, przedstawiciele rosyjskiej delegacji poinformowali dziennikarzy, że zostało osiągnięte porozumienie w sprawie nieszczęsnego „Gorszkowa”: „Nowy kontrakt został podpisany, cena została uzgodniona [na 2,3 mld dolarów], termin dostarczenia „Gorszkowa” ustalony na koniec 2012 roku”. Indyjscy komentatorzy wyrażali zdumienie, jak stronie rosyjskiej udało się osiągnąć tak korzystne warunki dla zdawać by się mogło beznadziejnej i niemożliwej do uratowania transakcji. Kilka tygodni później w ręce indyjskiej marynarki wojennej, a następnie i na łamy prasy trafiły zdjęcia przedstawiające wysokiego oficera Sukhjindera Singha w sytuacji intymnej z niezbyt urodziwą blondynką, najprawdopodobniej jego rosyjską tłumaczką. Singh przez pewien czas był szefem misji indyjskiej marynarki, mającej za zadanie monitorować prace nad zmodernizowaniem „Admirała Gorszkowa” w Siewierodwińsku. Indyjskie gazety podjęły wątek natychmiast. „Miłość w zamian za lotniskowiec” głosiły nagłówki artykułów, traktujących o związku kapitana z Rosjanką, nie pozostawiały wątpliwości co do charakteru ich znajomości oraz przełożenia tegoż na stan negocjacji w sprawie nagle korzystnych dla Rosji zmian w kontrakcie dotyczącym modernizacji lotniskowca. Dociekliwi dziennikarze zadawali przedstawicielom resortu obrony kłopotliwe pytanie, czy Singh mógł paść ofiarą operacji rosyjskich służb specjalnych, której celem było wywindowanie ceny lotniskowca. Jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie nie otrzymali.

Niemniej indyjscy komentatorzy są przekonani, że łatwowierny Singh padł ofiarą „miodowej pułapki”, w którą został zwabiony przez agentki rosyjskich służb specjalnych. Chodziło o wykonanie kompromitujących zdjęć i szantaż w odpowiedniej chwili.

Scenariusz dla bollywoodzkiej wersji historii szpiegowskiej gotowy: nikt nic nie wie, wszyscy wszystkich podejrzewają, jasnowłosa wysłanniczka północnego mocarstwa wodzi na pokuszenie szlachetnego oficera indyjskich sił zbrojnych, a w tle oczywiście wielkie pieniądze za skorodowany lotniskowiec. Podobno bohaterka rosyjsko-amerykańskiej afery szpiegowskiej Anna Chapman zamierzała sprzedać swoją historię na scenariusz filmowy. Do tej afery i jej dalszego ciągu warto będzie jeszcze oddzielnie wrócić w najbliższym czasie.

Rosja oficjalnie nie zareagowała na skandal z Singhem i „Maszą” w roli głównej.

Trzydzieści lat bez Wysockiego

Minęło trzydzieści lat od śmierci Władimira (Włodzimierza) Wysockiego – poety, aktora teatralnego i kinowego, ale nade wszystko barda. Barda swoich czasów i barda ponad czasem, barda małych tragedii i wielkich uczuć. Ludzie go wielbili, sowieckie władze udawały, że go nie ma. Po jego przedwczesnej śmierci (miał zaledwie 42 lata) w sowieckiej prasie ukazały się tylko dwa niewielkie nekrologi, ale o jego nagłym odejściu dowiedzieli się wszyscy – wszyscy o tym mówili, wszyscy przeżywali. Wspominająca dziś Wysockiego w jednej z wielu okolicznościowych audycji radiowych  Natalia Biełochwostikowa – aktorka, partnerująca Wysockiemu w „Małych tragediach” – dowiedziała się o śmierci Wysockiego od taksówkarza. Sam Wysocki nie myślał o sobie jak o dysydencie. Kiedyś w Ameryce na pytanie dziennikarza: „Czy jest pan dysydentem?” odparł: „Jestem poetą”.

W Moskwie trwały igrzyska olimpijskie, nic nie mogło zamącić tego wielkiego święta sportu (choć było ono już i tak wielce zamącone bojkotem Zachodu, który w ten sposób protestował przeciwko ingerencji wojsk sowieckich w Afganistanie), o śmierci popularnego i ubóstwianego pieśniarza oficjalnie nie mówiło się więc nic. Mimo to tłumy, nieprzebrane rzesze przez kilka dni koczowały w niemiłosiernym upale pod moskiewskim Teatrem na Tagance, którego gwiazdą był Wysocki. Kolejka chętnych, by pożegnać idola, liczyła dziesiątki tysięcy ludzi. Kiedy służby porządkowe zaczęły polewaczkami usuwać stosy kwiatów i wyłamały wiszący na teatrze portret artysty, tłum zaczął skandować: „faszyści”. Kondukt pod taki akompaniament tymczasem ruszył na cmentarz Wagańkowski.

Niedawno jego żona Marina Vlady pokazała w Moskwie spektakl poświęcony ich związkowi, heroicznej walce o życie (jak napisał jeden z felietonistów, „Wysocki pił, żeby nie ćpać i ćpał, żeby nie pić”, Vlady starała się wszelkimi siłami acz daremnie wyrwać męża z objęć śmiercionośnych nałogów), ale nade wszystko to spektakl poświęcony jego piosenkom, jego natchnieniu, jego geniuszowi.

Czy ballad Wysockiego słucha dziś, ogłuszone tanią masową „popsą”, młode pokolenie Rosjan? Na pewno jest wielu takich, którzy znajdują coś ważnego dla siebie w jego „głosie ukrzyżowanym”. Choć na pewno nie jest to już takie upojenie, taki głód jego proroctwa, jak za jego życia.

Pomarańczowa alternatywa w Twitterze

Zamiłowanie prezydenta Miedwiediewa do nowych internetowych zabawek znane jest wszystkim. Ostatnio podczas wizyty w Ameryce rosyjski prezydent z płonącymi z zadowolenia oczami oglądał tamtejsze nowinki i na oczach całego świata założył sobie konto Twitter.

Rosyjska społeczność internetowa w podskokach podchwyciła motyw z prezydenckim Twitterem i bawi się, tworząc „jajeczne” niby-prezydenckie Twittery i blogi, przekręcając „prezydent” na „perzydent”, a „Kremlin” (oficjalny adres prezydenckiego gadżetu) na „Kermlin”. Zamieszczane są tam krótkie wypowiedzi parodiujące styl Miedwiediewa.

Ostatnio internetowa brać wzięła się też za panią prezydentową, a właściwie perzydentową. W sieci mikroblogów Twitter pojawiła się w tym tygodniu parodia blogu żony prezydenta – informuje Newsru.com. Pierwszy wpis na Twitterze „żony prezydenta” pojawił się 19 lipca: „Jeżdżę volkswagenem golfem, 1999 rok produkcji. Co prawda, to już nim nie jeżdżę od dawna. Może oddam Iluszce [synowi]. Albo sprzedam Angeli Merkel”. Jeszcze bardziej sarkastycznie brzmi wpis komentujący niebywałe upały, jakie nawiedziły Moskwę w ostatnich tygodniach: „Żona prezydenta powinna żyć w interesie narodu. Nie może nam być chłodno, kiedy narodowi jest gorąco. Wyłączę klimę w gabinecie męża i w pokoju Iluszki, ucieszą się, jak wrócą wieczorem – ich dzień był poświęcony narodowi”. Albo po wizycie Miedwiediewa w Finlandii, kiedy zostało podane do publicznej wiadomości, że oboje prezydenci byli w saunie, perzydentowa pisze: „Nie wiem dlaczego media nie publikują żadnych informacji o saunie”.

I tak dalej w tym duchu.

Istniejące przed uruchomieniem prezydenckiego Twittera fałszywe quasi-prezydenckie byty zostały starannie usunięte z portali społecznościowych. Następne wyrosły jednak szybko i nadrobiły zaległości. Na razie Twitter „żony perzydenta” zebrał zaledwie dwieście osób (Miedwiediew w swoim Twitterze ma ponad 50 tysięcy „przyjaciół”), ale to dopiero początki.

Spokojnie, to tylko dywersja

Wczorajszy atak i zamach bombowy na Baksańską Elektrownię Wodną w kaukaskiej republice należącej do Federacji Rosyjskiej – Kabardyno-Bałkarii – nie został uznany za akt terroru, a jedynie za dywersję. Jako organizatora napadu i podłożenia ładunków wybuchowych w elektrowni rosyjskie służby specjalne wskazują przywódcę miejscowego dżamaatu – Kazbeka Taszyjewa. Wiele wskazuje na to, że działał on na polecenie Dokki Umarowa, kaukaskiego terrorysty numer jeden. Kilka miesięcy temu Umarow odgrażał się, że zaatakuje Rosjan w czułe miejsca. W zeszłym roku przyznawał się chełpliwie, że awaria na Sajano-Szuszeńskiej Elektrowni Wodnej to jego dzieło, choć po ekspertyzach komisja badająca awarię wykluczyła zamach terrorystyczny jako przyczynę katastrofy.

Kaukaskie podziemie islamskie uderzyło w bardzo czuły punkt – strategiczny obiekt, który powinien być strzeżony jak źrenica oka. Jak twierdzą eksperci, tylko cudem nie doszło do wielkiej tragedii.

Terroryści czy, jak wolą rosyjskie służby specjalne, dywersanci dostali się do hydroelektrowni nocą, zabili ochraniających obiekt milicjantów, a następnie ze znawstwem podłożyli materiały wybuchowe. Bojownicy kaukascy regularnie dokonują napadów – agresję kierują głównie pod adresem milicji i innych struktur siłowych, ale mają na koncie także kilka zamachów na pociągi, gazociągi czy podpalenia sklepów handlujących alkoholem. Ale zaatakowanie ważnego obiektu strategicznego to już inna kategoria. Atak został przeprowadzony profesjonalnie.

Według rosyjskich publicystów, specjalizujących się w tematyce związanej ze służbami specjalnymi, Iriny Borogan i Andrieja Sołdatowa, „atak na elektrownię to zaniedbanie, którego żadną miarą wybaczyć służbom specjalnym nie można. Rosyjscy siłowicy nie potrafią zapobiegać atakom terrorystów-samobójców, działają niezbornie podczas akcji zatrzymania bojowników, przegrywają wojnę propagandową o sympatie ludności muzułmańskiej. Ale ochrona obiektów specjalnego znaczenia – to akurat służby powinny umieć. I kiedyś to doskonale robiły”.

Zwraca uwagę to, że terroryści odeszli od taktyki punktowych uderzeń na posterunki milicji czy linie kolejowe, a zaznaczyli swoją obecność na wielkim obiekcie, mającym ogromne znaczenie dla całego regionu. Według zgodnej oceny rosyjskiej prasy, to nowy etap terrorystycznej wojny przeciwko Rosji. Istnieją obawy, że terroryści mogą zrealizować swoje pogróżki i zaatakować elektrownie jądrowe czy wielkie tamy. Czy zapowiedziane wzmocnienie ochrony wystarczy?

Kaukaz Północny od wielu lat jest przyczyną bólu głowy dla rosyjskich władz. Biedny region, ogarnięty fermentem – wpierw niepodległościowym, teraz islamskim, przeżarty korupcją. Moskwa nie miała i nie ma skutecznego planu leczenia kaukaskich bolączek. Czeczenizacja Czeczenii i oddanie tam pełni władzy w ręce Ramzana Kadyrowa tylko z pozoru uspokoiły sytuację i zażegnały konflikt. Niestabilność stopniowo rozlewa się po całym regionie. Jeszcze do niedawna w Kabardyno-Bałkarii było względnie spokojnie (na tle niespokojnej Inguszetii, Czeczenii czy Dagestanu, gdzie ciągle dochodzi o strzelanin, zabójstw, zamachów, porwań ludzi). Pomysłem na uspokojenie sytuacji miało być menedżerskie podejście nowo powołanego szefa federalnego okręgu kaukaskiego Aleksandra Chłoponina. Pełnomocnik prezydenta i jednocześnie wicepremier szparko zabrał się do pracy i jakiś czas temu przedstawił władzom zwierzchnim plan przekształcenia regionu w kwitnącą strefę turystyczną. Prezydent obejrzał makiety planowanych obiektów, z aprobatą pokiwał głową. Bardzo piękny obiekt, niech tu sobie stoi w zieleni. Minęło jeszcze zbyt mało czasu, aby zawyrokować, jaki skutek odniosą utopijne projekty Chłoponina. Eksperci wzruszają ramionami – czy w ten sposób można załatwić choć jeden problem regionu? I zadają pytanie kluczowe: czy władze zdążą zrobić cokolwiek sensownego do 2014 roku, kiedy mają się odbyć w Soczi zimowe igrzyska olimpijskie, czy poradzą sobie przynajmniej ze zbrojnym podziemiem, które na pewno będzie sobie ostrzyć zęby na obiekty olimpijskie, które znajdują się po sąsiedzku. To przecież też obiekty strategiczne.

Najpierw żniwa, potem wybory

Kolejna warstwa przekładańca w informacyjnej wojnie Mińska i Moskwy – emisja drugiej części thrillera politycznego „Chrzestny Bat’ka” w rosyjskiej telewizji NTW – każe się zastanowić nad politycznymi konsekwencjami tych zabaw medialnych wewnątrz Państwa Związkowego.

W filmie „Chrzestny Bat’ka-2” przypomniano pokrótce grzechy Alaksandra Łukaszenki z pierwszego okresu jego bezkresnych rządów, przedstawione już w pierwszej części (wypowiedzi sławiące Hitlera, niewyjaśnione do dziś zaginięcia biznesmenów, polityków, dziennikarzy) i dodano nowe wątki: m.in. życie rodzinne, dziecię z nieprawego łoża, niesłowność (po wojnie Rosji z Gruzją Łukaszenka zachwycał się, jak to pięknie Rosja załatwiła sprawę Abchazji i Osetii, a potem zaczął się targować – uznać ich niepodległość czy nie uznać i za jaką cenę), dotacje z rosyjskiego skarbca na rzecz podupadającej, zacofanej gospodarki białoruskiej, niewdzięczność. Przypomniano też obalonego i wygnanego z kraju w kwietniu br. prezydenta Kirgizji Kurmanbeka Bakijewa, któremu Łukaszenka udzielił schronienia. W filmie znalazła się i historia jakichś zakulisowych targów Łukaszenki z USA za pośrednictwem przebywającego na emigracji niegdyś wszechwładnego rosyjskiego oligarchy Borysa Bieriezowskiego. Białoruska widownia, na co dzień oglądająca NTW bez przeszkód, nie obejrzała ani pierwszej, ani drugiej części filmu (prezydent Łukaszenka czuwa, by Białorusini nie przeżywali szoku, oglądając telewizję sojuszniczego kraju, pokazującą wstydliwe bebechy reżimu). W weekend białoruskie opozycyjne strony internetowe były niedostępne. Ale film można obejrzeć na Youtube.

Warto jednak podkreślić, że choć poszczególne sekwencje filmu podano w sosie odkrywczej sensacji, są one dobrze znane od lat. I w kraju, i za granicą. Ciekawy jest natomiast moment. Rosyjskie kanały telewizyjne (nie tylko NTW tym filmem, ale szerzej – rosyjskie media o największym zasięgu rażenia) podjęły próbę skompromitowania Łukaszenki – szefa państwa pozostającego przecież w najściślejszym sojuszu z Rosją. W jakim celu?

Od czasu do czasu agencje informacyjne dostarczają wiadomości z frontu kolejnej potyczki Łukaszenki z resztą świata, a w szczególności ze wschodnim sąsiadem. Boksowanie się z Moskalami jest jednym ze stałych fragmentów gry Łukaszenki o polityczny byt – a to „Bat’ka” walczy o mleko w proszku, a to o cenę gazu, a to o pieniądze za jego tranzyt, a to – jak ostatnio – o unię celną; Moskwa przykręca kurek, nie wpuszcza białoruskich towarów, naciska w sprawie przejęcia kolejnych fajnych zakładów przemysłowych na Białorusi, obiecanych jej już kilka razy w uprzednich odsłonach przez Łukaszenkę. Najpierw są potężne wyładowania atmosferyczne, potem następuje chwilowa idylla w związku, a potem znowu burza.

Ostatnia wojenka przybiera kształt sandwicza: raz przykłada Moskwa, raz przykłada Łukaszenka. Moskwa wymusza podpisanie kodeksu celnego nowej unii celnej, Łukaszenka głośno wyraża niezadowolenie – NTW emituje część pierwszą swego filmu – Łukaszenka spotyka się z Saakaszwilim, w białoruskiej telewizji ukazuje się wywiad z gruzińskim prezydentem (pisałam o tym w poprzednim poście) – NTW emituje część drugą filmu. Czy serial „Ząb za ząb” będzie miał kontynuację? Niektórzy moskiewscy komentatorzy podpowiadają, że teraz Łukaszenka powinien odpowiedzieć pięknym za nadobne i podobny film nakręcić o swoich partnerach na Kremlu i ich ciemnych sprawkach. Łukaszenka na razie zachowuje spokój: Białoruś nie będzie „odpowiadać brudem na brud”, z tym że jak przyjdzie co do czego, to i on otworzy Rosjanom oczy. Zdaniem Bat’ki, „kompromat” zamówili jego rosyjscy koledzy. Skarżył się na niezrozumienie z ich strony. „Najwidoczniej mamy inne podejście, inne zasady. Oni są bardzo bogaci, supermiliarderzy. O czym mam z nimi rozmawiać? Jestem dla nich obcy…”.

Czy jednak na tyle obcy, by Kreml chciał wysadzić go z siodła? Eksploatowanie w filmie wątku obalonego prezydenta Bakijewa mogłoby sugerować taki obrót spraw. Czy Moskwa ma jednak alternatywę dla Łukaszenki? Nie widzę, nie słyszę. Niektórzy z komentatorów zauważają, że przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi na Białorusi Rosja może poprzeć innego kandydata (np. mało znanego Andrieja Sannikowa), choć wydaje się to dziś wątpliwe. Białoruska opozycja zaktywizowała się ostatnio, po emisji filmów zażądała wkroczenia prokuratora i wyjaśnienia m.in. tajemniczych zaginięć sprzed lat. Czy skutecznie?

Bardzo możliwe, że poza samą przyjemnością gry Moskwie chodzi o przyciśnięcie Łukaszenki i wymuszenie na nim kolejnych ustępstw. Siedzenie na podpiłowywanej stale gałęzi nie jest wygodną pozycją przetargową nawet dla tak zaprawionego w bojach gracza jak Łukaszenka. Z drugiej strony wyemitowanie materiałów kompromitujących Łukaszenkę stawia i sam Kreml w dwuznacznej sytuacji – no bo skoro tak nagrzeszył, to czy można podawać mu rękę (Saakaszwili np. należy według logiki Kremla do kategorii polityków, któremu władcy Rosji ręki nie podają)?

Łukaszenka w czasie ostatniej gospodarskiej wizyty w obwodzie homelskim powiedział, że na razie o wyborach nie myśli: „Najpierw żniwa, potem wybory”. I dodał jeszcze głosem mocnym, że Białoruś musi dążyć do dywersyfikacji dostaw nośników energii, gdyż jest to fundamentem niepodległości Białorusi: „Jeśli teraz padniemy na kolana, całe życie będą nas trącać. Dlatego nie mogę sobie pozwolić na to, aby przed nimi klęczeć i walić czołem o mur Kremla”. Nie ma się też co oglądać na Unię Europejską z jej Partnerstwem Wschodnim. Trzeba liczyć tylko na własne siły.

A gdzie w tym wszystkim Państwo Związkowe?