Archiwum kategorii: Bez kategorii

Konstytucjo, pozwól żyć

Duma Państwowa w trzecim i ostatnim czytaniu przyjęła dziś poprawki do konstytucji Federacji Rosyjskiej, wydłużające kadencję parlamentu do pięciu, a prezydenta do sześciu lat.

Inicjatywę zgłosił w orędziu 5 listopada prezydent Dmitrij Miedwiediew. Rzucony z wysokiej trybuny pomysł szparko podjęli deputowani, najpierw w entuzjastycznym porywie chcieli niemal nazajutrz przyjmować wszystkie niezbędne akty w trzech czytaniach jednocześnie. Ale okazało się, że muszą się wstrzymać z ochoczym podnoszeniem rąk „za”, bo odpowiednie jaczejki prawne nie zdążą nawet pobieżnie przejrzeć tych wszystkich papierów, które należałoby przygotować, by dokonać zamówionej przez prezydenta zmiany. 392 deputowanych głosowało dzisiaj za przyjęciem poprawek (niezbędne minimum wynosi 300). Doskonały wynik, doskonałe tempo. „To nie reforma, to tylko niezbędna korekta konstytucji” – zapewnił Miedwiediew.

Władze mają poważny kłopot z zasadnym wyjaśnieniem, po co te zabiegi. Dyżurne gadające głowy mówią o konieczności zsynchronizowania dwóch trzyletnich budżetów. Jeśli tak, to do sześciu lat wydłużyć należałoby kadencję Dumy, to ona męczy się z budżetem, prezydent tylko podpisuje. Budżet nie ma nic do rzeczy. Zwłaszcza że w obecnych warunkach trzeba go nieustannie korygować. „Dłuższa kadencja prezydenta lepiej posłuży Rosji w najbliższych kilkudziesięciu latach. Bardzo możliwe, że ostatecznie kadencja zostanie skrócona, ale teraz racjonalnym jest jej wydłużenie” – wydukał dziś jeden z doradców prezydenta.

Kadencja może być dłuższa, może być krótsza – bez różnicy. W końcu dlaczego tylko sześć lat? Leonid Breżniew rządził 21 lat i nikt go nie śmiał niepokoić wyborami. Panowie dziś rządzący Rosją są młodzi, wysportowani, dadzą radę porządzić i dłużej niż nieodżałowany stetryczały gensek. Trochę tylko zaczynają mieć kłopoty z pamięcią. Minęło zaledwie półtora roku od pewnego lipcowego dnia, kiedy ówczesny prezydent Putin na spotkaniu z aktywistami ruchu młodzieżowego sformułował jedną ze swoich słynnych zjadliwych uwag pod adresem Zachodu: Wielka Brytania „udziela nam obraźliwych rad, abyśmy zmienili konstytucję. Niech sobie lepiej mózgi wymienią, a nie naszą konstytucję”.

Tymczasem Miedwiediew w czasie źle wyreżyserowanego spotkania z dziennikarzami w Iżewsku 18 listopada przyznał, że o zmianie konstytucji zaczął myśleć już pięć lat temu. Może i myślał, ale nic nie powiedział. Wbrew prezydentowi myślał, bo Putin jeszcze półtora roku temu uważał, że konstytucji nie trzeba, ba, wręcz nie można zmieniać. Zmienił w czasie swej prezydentury niemal wszystko, utworzył nowe organy administracyjne, odebrał prawo do bezpośredniego wybierania władz regionalnych itd., ale konstytucji nie ruszył. Nawet nerwowy czas operacji „Sukcesja” nie zachwiał niezłomnym przekonaniem, że konstytucji nie wolno zmieniać. Putin wykonał stójkę na rzęsach, żeby odejść z prezydenckiego stolca, ale władzy nie oddać. Nie zmienił jednak przy tym konstytucji. Czemu teraz wspólnik z tandemu, Miedwiediew, wystąpił z taką inicjatywą?

W artykule „Kryzysowa konserwa” w Tygodniku Powszechnym zasugerowałam, że elita rządząca poczuła się zaniepokojona, może nawet zagrożona kryzysem, który nadciąga, a właściwie już nadciągnął. I grupa trzymająca władzę robi wszystko, żeby przetrwać te straszne czasy. Ekwilibrystyka przy konstytucji to jeden z uchwytów, którego zamierzają się trzymać – dłużej niż do tej pory. Czy skutecznie?

We wczorajszym wystąpieniu na zjeździe rządzącej partii Jedinaja Rossija premier Putin zapewniał, że choć kryzys jest (przedtem władze unikały jak ognia wypowiadania tego strasznego słowa na sześć liter), to ludzie nie odczują jego skutków, bo władza działa i ochrania. Kryzys będzie wielkim wyzwaniem dla ekipy Putina, rządzącej w ostatnich latach w warunkach miłego komfortu i dążącej do maksymalnego ograniczenia życia politycznego, do kontroli nad gospodarką, do stabilizacji na granicy marazmu. Mózgi społeczeństwa miały błogo spać, trzymać się z dala od polityki. Z ekranów telewizorów błyskano usypiająco specjalną broszką jak zaczarowany dorożkarz z wiersza Gałczyńskiego. Czy teraz tych błysków broszki wystarczy, by utrzymać się na szczycie piramidy władzy?

Tak czy inaczej epoka kąpieli w petrodolarowych bąbelkach minęła i nie wiadomo, kiedy nadejdzie następna. Trzeba coś zmienić – stojąc przed wyborem, czy wymienić mózgi, czy konstytucję, na razie wskazano na konstytucję.

Nowe kino rosyjskie

Waleria Gaj Germanika (Valeria Gaia Germanica) ma 24 lata i świetnie się zapowiada. Robi kino szczere do bólu. W galarecie królujących na rosyjskich ekranach strzelanek, podeszłych fałszem agitek i mdłych seriali jej film „Wsie umrut, a ja ostanus” (Wszyscy umrą, a ja zostanę) jest mocnym akcentem, może nawet przełomem. Prowokuje i zmusza do myślenia.

Zanim nakręciła „reality movie”, jak określono gatunek jej debiutanckiego fabularnego filmu, Waleria Gaj Germanika zajmowała się filmem dokumentalnym („Siostry”, „Dziewczynki”, „Chłopcy”, „Odjechał”, „Urodziny infantki”). Podobnie jak we „Wsie umrut…”  bohaterami i bohaterkami jej dokumentów byli młodzi i bardzo młodzi ludzie. „Po pokazach podchodzili do mnie uczniowie starszych klas i rozmawiali z takim autentycznym żarem, zrozumiałam, że nikt nie robi dla nich filmów, nikt nie robi filmów o ich sprawach, o tym, co ich nurtuje, a oni tego właśnie potrzebują. Postanowiłam, że muszę taki film nakręcić” – wyjaśnia w jednym z wywiadów.

O czym jest „Wsie umrut…”? Trzy dziewczyny z klasy dziewiątej, mieszkające w jednej z „sypialnych dzielnic” Moskwy, szykują się na dyskotekę. Są przyjaciółkami, związanymi przysięgą („Chłopaków sobie nie odbijać i przyjaźnić się aż do dorosłości”) i wspólnym życzeniem „żeby wszyscy dorośli zdechli”.

Dyskoteka ma być w szkole w sobotę, a w poniedziałek jedna z nich popada w banalny konflikt z nauczycielką, następnie z rodzicami, ucieka z domu, dyskoteka być w związku z jej zachowaniem odwołana. Przyjaciółki odwracają się od niej, zmuszają do powrotu do domu, aby uratować dyskotekę. Dyskoteka jest inicjacją dla każdej z nich – podeptane pierwsze zauroczenie, zdrada, picie na umór, palenie trawki, pierwsze doświadczenie seksualne, ogólne sponiewieranie, upodlenie miłości, wielkie rozczarowanie, jeszcze głębszy konflikt z rodzicami, nauczycielami i w ogóle światem dorosłych, do którego już bliżej niż do porzuconego świata dzieciństwa. Świat uczniów, zdominowany przez silnych i plugawych, też nie jest rajem dla rwących się w dorosłość dziewcząt. Raju nie ma nigdzie. Ta dorosłość będzie zapewne tak samo plugawa, zdominowana przez silnych.

Między tymi powszednimi, zwyczajnymi wydarzeniami, które nie wyróżniają się ani szczególną oryginalnością, ani nawet jakąś niezwykłą dramaturgią, dzieje się coś szalenie istotnego i szalenie autentycznego – bohaterki dorastają. Germanice udało się złapać i pokazać ten nieuchwytny moment, kiedy zrywamy jabłko z drzewa wiadomości złego i dobrego.

Świetne kreacje młodych aktorek (Polina Fiłonienko, Agnija Kuzniecowa, Olga Szuwałowa), znakomite tło dorosłych aktorów (dorośli są właśnie tłem, nie są ani szczególnie źli, ani szczególnie natarczywi, ani szczególnie umoralniający, są i tyle, nie liczą się). Roztrzepane zdjęcia, trochę w stylu Dogmy, Aliszera Chamidżodżajewa wzmagają poczucie zagubienia, szkicowości najważniejszych spraw w naszym życiu.

Film został dostrzeżony w Cannes, otrzymał specjalną nagrodę jury za debiut.

Czy dostrzeżono jego wagę w Rosji? Sądząc po „prokatie” (dystrybucji), na większe fawory mogą liczyć quasi-patriotyczne superprodukcje typu „Admirał” o Kołczaku. Germanikę obejrzałam w niedużym kinie poza centrum Moskwy, „Admirał” był grany natomiast od rana do nocy we wszystkich największych kinach rosyjskiej stolicy, choć twórcy tego obrazu – będącego nadętą wersją odłożonej lekcji historii – mają do zaprezentowania widzom wyłącznie wydmuszkę nieokreślonych kształtów i atrakcyjne wybuchy min podwodnych.

Jeżeli jakimś cudem w programie przeglądu filmów rosyjskich, a może w repertuarze kin, a może w telewizji znajdzie się „Wsie umrut, a ja ostanus”, to proszę nie przegapić. „Admirała” można sobie natomiast spokojnie darować.

Rocznica rewolucji, mauzoleum i Instytut Mózgu

W tym roku po raz czwarty oficjalnie nie świętowano w Rosji rocznicy rewolucji październikowej. Czerwoną kartką w kalendarzu, dniem wolnym od pracy jest teraz 4 listopada – Dzień Jedności Narodowej.

Niemniej 7 listopada 2008 roku na placu Czerwonym odbyła się defilada – z okazji rocznicy słynnej parady listopadowej w 1941 roku, kiedy to pod Moskwę podchodzili Niemcy, a wielu uczestników tamtej parady ruszyło wprost na front. W związku z defiladą na kilka dni zamknięto plac, zwiedzający nawet 7 listopada nie mogli odwiedzićstojącego w centrum placu mauzoleum wodza rewolucji. Komuniści byli oburzeni.

Jednym z tematów okolicznościowych wałkowanych przez lata przy każdej kolejnej rocznicy rewolucji, rocznic urodzin i śmierci Lenina, Stalina i in. jest kwestia zlikwidowania Mauzoleum Lenina. Tym razem głos zabrał Arsenij Roginski ze stowarzyszenia Memoriał: „Rewolucja październikowa w świadomości społecznej odeszła na dalszy plan. Nie jest już uważana za najważniejsze wydarzenie XX wieku. Choć to wcale nie znaczy, że została zweryfikowana opinia o niej. O rewolucji zapomniano, ale nie oceniono jak należy”. Kilka miesięcy temu wypowiadali się deputowani Dumy. Władimir Medinski z rządzącej „Jedinej Rossii” twierdził, że władze powinny zlikwidować mauzoleum: „Ideologiczny artefakt w centrum stolicy to akt amoralny, szkodliwy – i dla władz, i dla krewnych Lenina, i dla ludzi, którzy nie wyznają ideologii komunistycznej”. Wiernymi obrońcami mumii Lenina są nieodmiennie członkowie Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej z Giennadijem Ziuganowem na czele i bodaj jedyna żyjąca bliska krewna wodza rewolucji – Olga Uljanowa. Kiedy Michaił Gorbaczow wezwał do pochówku Lenina i zniesienia mauzoleum, komuniści zapowiedzieli, że wystąpią o pozbawienie go Nagrody Nobla.

Socjologiczne Centrum Lewady w styczniu tego roku przeprowadziło badanie sondażowe: 34 proc. pytanych odpowiedziało, że Lenina należy zostawić w mauzoleum, 31 proc. – że należy go pochować w Petersburgu (pono taką ostatnią wolę wyraził sam Lenin).

Sprawa dotyczy zresztą nie tylko samego mauzoleum, ale cmentarza pod murem kremlowskim, przylegającego do mauzoleum. Spoczywają na nim najwyżsi dygnitarze sowieckiego państwa (m.in. Stalin, Dzierżyński, Breżniew, także żona Lenina, Krupska). Już w 1997 roku Borys Jelcyn podjął decyzję o utworzeniu pod Moskwą cmentarza dla zasłużonych, w 2001 roku prezydent Putin wydał dekret o ulokowaniu cmentarza we wsi Sgonniki k. Mytiszczy, cmentarz ma mieć 53 hektary powierzchni, na miejsce mogą tu liczyć rosyjscy prezydenci, premierzy, marszałkowie i inni wysocy urzędnicy państwowi. Mówi się, że prochy przywódców ZSRR, złożone pod kremlowskim murem, powinny być przeniesione do Mytiszczy. Lenin też.

Na razie jednak – póki rosyjskiego Arlington nie zbudowano – wódz rewolucji październikowej nadal zajmuje poczesne miejsce na głównym placu stolicy. O ciało Lenina nadal dba dwunastu specjalistów, przeprowadzają oni niezbędne zabiegi. Co półtora roku przeprowadzane jest balsamowanie. Ciało wyjmowane jest z sarkofagu i zanurzane w wannie, napełnianej specjalnym roztworem. Metoda opracowana przez profesorów Worobjowa i Zbarskiego jest pilnie strzeżoną tajemnicą. Raz na trzy lata zmieniane jest ubranie.

Podobno od 1991 roku za utrzymanie ciała Lenina w odpowiedniej formie płaci nie budżet państwa, a specjalna Fundacja Mauzoleum Lenina, zbierająca wpłaty od osób prywatnych.

W mauzoleum spoczywa ciało. Mózg wodza rewolucji został zdeponowany w moskiewskim Instytucie Mózgu. Naukowcy mieli zbadać nie tylko przyczyny śmierci Lenina (wódz miał w chwili śmierci zaledwie 53 lata), ale także jego mózg jako źródło geniuszu. Nie spieszono się z opublikowaniem rezultatów pierwszych oględzin. Dlaczego? Po pierwsze, przyczyna śmierci nie była jasna – oficjalnie wskazywano na arteriosklerozę, ale dopuszczano i inną chorobę mózgu. Choroba mózgu i genialna myśl nieomylnego wodza? – To nie mogło iść w parze. Po drugie, okazało się, że mózg Lenina ważył 1340 g, czyli mniej niż średni mózg mężczyzny. Dziś powszechnie wiadomo, że sprawność tego organu nie zależy od ciężaru, jednak ówczesne władze wolały nie rozgłaszać danych o parametrach mózgu Lenina. Jak wytłumaczyć, że mózg geniusza był przeciętny? „Na pomoc przyszła ideologia – pisze historyk Monika Spiwak, badająca losy mózgu Lenina, w obszernym opracowaniu „Władimir Iljicz Lenin w moskowskom Institutie Mozga”. – Chorobę mózgu przedstawiano jako wynik nadzwyczajnej, nieprzerwanej, wytężonej pracy mózgu wodza”. W pracach medyków tamtych czasów można znaleźć kwieciste poematy na temat mózgu Lenina: „Nieśmiertelny duch Lenina wcielił się w ludzkie ciało, owszem, nadzwyczaj krzepkie i zdrowe, ale jednak nie nieśmiertelne. Cielesność nie wytrzymała wewnętrznego duchowego napięcia”. „Ten człowiek spalił się, on swój mózg, swoją krew oddał klasie robotniczej bez reszty” – wtórowali wierni towarzysze.

Mózg Lenina był przez długie lata najważniejszym eksponatem instytutu na ulicy Dmitrowka w Moskwie. W 1925 roku powstała specjalna pracownia zajmująca się wyłącznie badaniem mózgu Lenina. Na jej czele stanął niemiecki neurolog Oskar Vogt. Wykonano 34 tysięcy preparatów mikroskopowych zawierających fragmenty mózgu wodza światowego proletariatu. Rezultaty prac zespołu profesora Vogta zadowoliły partię: mózg Lenina był wrażliwy, niezwykły, jego posiadacz miał bogatą psychikę, jednym słowem – są wszelkie podstawy, by stwierdzić, że był genialny. Pracownię w 1928 r. przekształcono w Instytut Mózgu. Instytucja rozwijała się, przybywało personelu. W późniejszych latach w instytucie zdeponowano mózgi m.in. Stalina, Krupskiej, Gorkiego, a także Majakowskiego, Andrieja Sacharowa. Instytut zajmował się nie tylko kolekcjonowaniem najwybitniejszych mózgów kraju i ich porównywaniem, ale przede wszystkim badaniami naukowymi nad mózgiem.

Co dziś dzieje się z mózgiem Lenina? Czy nadal spoczywa w specjalnym sejfie Instytutu Mózgu?

Tak czy inaczej sprawa należnego miejsca wiecznego spoczynku Lenina nadal pozostaje przedmiotem sporu w Rosji. Być może – jak sugeruje wielu komentatorów – władze chcą z rozwiązaniem jeszcze odczekać, aby wystudzić ciągle jeszcze gorące emocje.

Nowe rozdanie – transza 2

Liczę na konstruktywny dialog z Panem na bazie zaufania i uwzględniania interesów obu stron” – napisał prezydent Dmitrij Miedwiediew w depeszy gratulacyjnej do amerykańskiego prezydenta elekta Baracka Obamy.

Kilka godzin wcześniej rosyjski prezydent w ramach tworzenia tej „bazy zaufania” poddał Stany Zjednoczone druzgoczącej krytyce – w orędziu wygłoszonym przed połączonymi izbami parlamentu, używając ostrej, konfrontacyjnej retoryki obwinił USA o spowodowanie ogólnoświatowego kryzysu finansowego poprzez nieodpowiedzialne ekonomicznie posunięcia, służące wyłącznie amerykańskim interesom; obarczył Waszyngton odpowiedzialnością za wojnę w Gruzji; skrytykował za dążenie do rozszerzenia NATO na wschód. Co w tej sytuacji zamierza zrobić Rosja? Między innymi zrezygnować z planowanej redukcji sił rakietowych, rozmieścić Iskandery (rakiety krótkiego zasięgu) w obwodzie kaliningradzkim i zagłuszać obiekty tarczy antyrakietowej przy pomocy urządzeń radioelektronicznych.

Trzeba przyznać, że to mocne otwarcie licytacji. I niezbyt przyjazne, sygnalizujące, że Kreml zamierza rozmawiać z pozycji gróźb.

Rosyjska propaganda od dłuższego czasu międli slogan o słabości Ameryki i gloryfikuje używanie siły jako skutecznej metody odzyskiwania przez Rosję należnego miejsca na arenie międzynarodowej. Mieszanka pojęciowa wysoce niepokojąca.

Orędzie Miedwiediewa było kilkakrotnie przekładane, w końcu wybrano południe 5 listopada, termin zaraz po ogłoszeniu wstępnych wyników wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Może to przypadek, a może nie. Zanim jeszcze Obama zdążył otworzyć usta i podziękować za ciepłą depeszę gratulacyjną od gospodarza Kremla, już dostał odeń propozycję nie do odrzucenia, aby właśnie z Rosją (w bardziej ambitnym ujęciu – wyłącznie z Rosją), zdecydowaną dawać odpór wpływom USA u siebie i wokół swoich granic, zasiąść do stołu i pogawędzić o przyszłości świata. Wydaje się jednak, że wyzywający język konfrontacji, zaprezentowany dziś przez rosyjskiego prezydenta, nie będzie nośnym środkiem budowy zaufania z nowym amerykańskim przywódcą.

Dawnym marzeniem Moskwy jest wbijanie klina pomiędzy Europę i USA. Tymczasem można się spodziewać, że dla Obamy układanie nowych stosunków z Europą, zacieśnianie współpracy transatlantyckiej będzie jednym z priorytetów jego polityki zagraniczną (w czasie kampanii wyborczej odwiedził Europę, podkreślając jej wyjątkowe znaczenie dla Ameryki). Trudno też oczekiwać, że z entuzjazmem odniesie się do wizyt rosyjskich bombowców strategicznych u amerykańskich wybrzeży czy okrętów wojennych w Wenezueli, prób wypychania USA z Ameryki Południowej, nawiązywania bliskiej współpracy Rosji z Iranem w ramach programu jądrowego etc.

Cierpki komentarz dotyczący perspektyw stosunków rosyjsko-amerykańskich zamieścił w opozycyjnej wobec Kremla gazecie internetowej „Jeżedniewnyj Żurnał” Aleksandr Golc:

George Bush zrobił niemało, aby stosunki pomiędzy USA i Rosją były najgorsze od momentu rozpadu ZSRR. I chodzi wcale nie o rozmieszczenie w Europie tarczy antyrakietowej, nie o stworzenie baz wojskowych w Bułgarii i Rumunii i nie o próby jak najszybszego wciągnięcia Gruzji i Ukrainy do NATO. I nawet nie o to, że Bushowi jako jedynemu na świecie rozmówcy Władimira Putina, udało się dostrzec w jego oczach duszę.

Bush odegrał decydującą rolę w kształtowaniu wyobrażeń Putina i jego drużyny na temat porządku świata. Po uderzeniu na Irak na Kremlu ostatecznie zrozumiano, że prawo i wolności to tylko słowa, słowa, słowa. Te pojęcia można stosować do zakamuflowania swoich zamierzeń, ale wierzyć w nie – to głupota.

Zdaniem rosyjskiej elity, świat urządzony jest tak jak leningradzkie podwórko – to znaczy rządzą nim prawa dyktowane przez chłopców z ferajny. Słabych się bije. A własną siłę trzeba demonstrować – czyli od czasu do czasu stłuc słabszych. Polityka to w tym ujęciu nieustająca bójka o kontrolę nad dzielnicą z chłopakami z konkurencyjnej ferajny. Biada im, jeśli wieczorem będą mieli czelność zjawić się na naszej ulicy. Bitwa ustaje tylko na moment, kiedy wszystkie miejskie chłopaki jednoczą się, by spuścić manto „wsiochom”, którzy bezczelnie przyszli na miejskie tańce. Zdobycie autorytetu i pozycji w takim świecie możliwe jest tylko w jeden sposób: zaczepiać, drażnić i obrzucać błotem najsilniejszą bandę w mieście, ale starannie unikać z nią konfrontacji.

Owe porządki chłopców z ferajny rosyjscy dyplomaci dla zmylenia przeciwnika nazywają „wielobiegunowym światem”. Kreml wcale nie chce, aby wszystkie kraje miały równe prawa i równą ponosiły odpowiedzialność. Chłopaki wolą usiąść z innymi chłopakami i jeszcze raz podzielić świat na „strefy uprzywilejowanych interesów”, dla Europy stworzyć kolejną Radę Bezpieczeństwa, w której Rosja miałaby prawo weta.

A teraz zadajmy sobie proste pytanie: jaką politykę powinien prowadzić nowy amerykański prezydent, aby sprostać wyzwaniom rosyjskich chłopców z ferajny?

Po pierwsze: nie patrzeć z wysoka na rosyjską suwerenną demokrację i nie mieć uwag do stanu praw człowieka, na dodatek zatkać usta tym kongresmanom i senatorom, którzy krytykują Rosję.

Po drugie: przestać obrażać Rosję planami przyjęcia do NATO Gruzji i Ukrainy.

Po trzecie: nowy prezydent powinien traktować Rosję jak wielkie mocarstwo militarne, jedyny w świecie kraj, mogący zniszczyć Stany Zjednoczone.

A teraz proszę odpowiedzieć na drugie proste pytanie: czy istnieje taki amerykański polityk, który będzie działał według zasad chłopców z ferajny?”.

Nowe rozdanie – transza 1

Gdyby prezydenta USA wybierali Rosjanie – głosowaliby na Obamę, w sondażu Centrum Lewady zdobył on 27%, podczas gdy republikanin John McCain zaledwie 15.

Rosjanie są przekonani, że z demokratami łatwiej jest się Moskwie dogadać, za najlepsze czasy rosyjsko-amerykańskiej przyjaźni uchodzą dwie kadencje prezydentury Billa Clintona. Zarówno opinia publiczna, jak i rosyjskie elity polityczne przykleiły McCainowi etykietkę zatwardziałego rusofoba; smakowano jego antyrosyjskie wypowiedzi o konieczności wykluczenia Rosji z G7 i postawienia jej do kąta za agresywną politykę wobec krajów obszaru WNP i innych sąsiadów. „McCain ciągle jeszcze wini Rosję za to, że spędził długi czas w niewoli. Jego wybór byłby gwarancją zastoju” – to opinia wpływowego politologa Wiaczesława Nikonowa (wnuka Wiaczesława Mołotowa). Natomiast Obama to „czysta karta, szansa na to, że nastąpi zmiana” – przewiduje Nikonow.

Na razie brak oficjalnej reakcji rosyjskich polityków. Ale dzisiaj z dorocznym orędziem przed połączonymi izbami parlamentu ma wystąpić prezydent Dmitrij Miedwiediew. Należy się spodziewać, że nakreśli również linię polityki Moskwy wobec USA.

Zapewne – jak podpowiada Nikonow – Moskwa spodziewa się zmiany. Na czym miałaby ona polegać i czy Obama faktycznie spełni oczekiwania? Moskwa domaga się uznania przez Waszyngton jej prawa do współdecydowania o losach świata, wzrostu znaczenia na arenie międzynarodowej (tendencje te nasiliły się zwłaszcza w dobie kryzysu finansowego w USA i po zwycięskiej dla Rosji wojnie na Kaukazie).

Zaczekajmy na słowa prezydenta Miedwiediewa – czy jego oferta wobec Baracka Obamy będzie szła w stronę budowy zaufania czy w stronę bezpłodnego domagania się postawienia Rosji w centrum zagadnień polityki zagranicznej waszyngtońskiej administracji? Obama na razie niewiele powiedział o swoich zamiarach zagranicznych, jeśli już mówił o świecie, to odnosił się raczej do Europy jako najbliższego sojusznika i w ogóle punktu odniesienia.

To tyle na gorąco. Ciąg dalszy nastąpi.

Przestronny namiot pułkownika

Lider Libijskiej Dżamahirii pułkownik Muammar Kadafi przybył z wizytą do Moskwy. Obleczony w piękne beduińskie szaty, stąpający dostojnie libijski przywódca spotyka się z przywódcami Rosji – prezydentem Miedwiediewem i premierem Putinem. Gospodarze pozwolili gościowi na rozbicie w Parku Tajnickim moskiewskiego Kremla tradycyjnego beduińskiego namiotu, w którym ekstrawagancki pułkownik będzie mieszkał i przyjmował gości (Kadafi podczas wizyt zagranicznych zawsze wozi ze sobą namiot i odmawia nocowania w rezydencjach i hotelach).

Poprzednia wizyta Kadafiego w Moskwie miała miejsce w 1985 roku. Sprężysty, tryskający witalnością młody Kadafi w zielonkawym mundurze ekstatycznie ściskał dłonie członkom Biura Geriatrycznego, jak nazywano wówczas Biuro Polityczne KC KPZR, złożone z leciwych działaczy. Kadafi nabrał wtedy ile wlezie radzieckiej broni (na łączną sumę 4,5 mld dolarów), ale za nią nie zapłacił. W 1991 roku rozpad ZSRR odebrał jako osobistą tragedię, wybierał się nawet do Moskwy, by na placu Czerwonym przemówić do rozsądku obywatelom upadającego kolosa. Nie udało się. A niespłacone długi nie pozwoliły na ułożenie stosunków z nową Rosją.

Przełom nastąpił w kwietniu tego roku, kiedy prezydent Putin zawitał w Trypolisie i w namiocie libijskiego przywódcy złożył deklarację o darowaniu niebagatelnego długu Libii. Ale czego się nie robi dla biznesu, który rosyjskie firmy mają rozwinąć w Libii za pozwoleniem łaskawego przywódcy. Zwłaszcza jeśli biznesem tym zawiadywać mają bliscy koledzy Władimira Władimirowicza – kontrakty gazowe Gazpromu w Libii pilotuje Aleksiej Miller, a budowę kolei szef Rosyjskich Kolei Władimir Jakunin. Teraz Muammar Kadafi przyleciał do Moskwy, by porozmawiać o dostawach rosyjskiej broni. Prasa informuje, że chodzi o kontrakty opiewające na kwotę 2 mld dolarów (samoloty Su-30, czołgi T-90, kompleksy rakietowe Tor-M2E; Libia ma pono jeszcze apetyty na śmigłowce bojowe, okręt podwodny i systemy Grad). Po zdjęciu w 2003 roku sankcji ONZ wobec Libii nie budzi to już jednak na świecie takich emocji. Emocje budzić może za to informacja, podana przez dziennik „Kommiersant”: Libia gotowa jest rozmieścić na swoim terytorium rosyjską bazę wojskową (w Bengazi nad zatoką Syrta). Po co? Kadafi nie ukrywa pobudek: Rosjanie mieliby być żywą tarczą, broniącą Libię przed „zdradzieckimi atakami Stanów Zjednoczonych”. Dlaczego Rosjanie mogą się zgodzić, by zostać tą żywą tarczą? Czy tylko po to, by móc prezentować na co dzień rosyjską banderę na wybrzeżu Morza Śródziemnego? Nie tylko. Skoro rosyjskie projekty mają rozwijać się pomyślnie, to trzeba zapewnić im bezpieczeństwo. Do prasy przeniknęły jeszcze sugestie, że jednym z tematów rozmów w Moskwie ma być „program atomowy” Libii, oczywiście wyłącznie pokojowy (Rosja miałaby pomóc Libii w zbudowaniu elektrowni jądrowej).

Wczoraj odbyła się pierwsza tura rozmów na najwyższym szczeblu (Miedwiediew przyjął Kadafiego w rezydencji w Barwisze pod Moskwą, Putin w towarzystwie koncertującej akurat w rosyjskiej stolicy piosenkarki Mireille Mathieu odwiedził namiot gościa na Kremlu, obaj politycy wysłuchali przedtem koncertu francuskiej gwiazdy), dzisiaj odbędzie się druga tura.

Następnie Kadafi udać się ma do Mińska (broń?), a potem do Kijowa (broń?).

Czy wizyta w Moskwie popchnie jakoś do przodu wszystkie ambitne plany biznesowe i wojskowe? Na razie trudno powiedzieć – od kwietniowej wizyty Putina poza deklaracjami ze strony libijskiej nic więcej nie nastąpiło w sferze konkretów.

Pożegnania. Ciepły baryton

Przed tygodniem w wieku 66 lat zmarł Muslim Magomajew. Był bożyszczem radzieckiej estrady, uwielbianym śpiewakiem operowym, oklaskiwanym w La Scali i paryskiej Olimpii. Kiedy zaśpiewał w 1969 roku na festiwalu w Sopocie, zachwycił publiczność, a od jury otrzymał pierwszą nagrodę. Wspaniały, silny głos, liryka, subtelność, a jednocześnie gorący temperament, odziedziczony po kaukaskich przodkach – to było połączenie wyjątkowe. Jego dziadek, również Muslim Magomajew, był azerbejdżańskim kompozytorem, założycielem bakińskiego konserwatorium i opery, rodzice związani byli z teatrem, matka była aktorką, ojciec – scenografem. W czasie pobytów w Polsce Muslim usilnie poszukiwał grobu ojca, który zginął na wojnie na dwa dni przed jej zakończeniem.

Nazywano go radzieckim Sinatrą. Był jednym z tych nielicznych, którzy nadawali zwykłej piosence, masowym przebojom rys szlachetności. Za to go uwielbiano nie tylko w ZSRR. Kiedy śpiewał „Ja tiebia lublu”, słuchacze wierzyli w to wyznanie jak nikomu innemu. I sami zaglądali w swoje serca.

Kiedy odszedł, Moskwa – miasto, w którym spędził większość życia – oddała mu ostatni hołd pięknie i wzniośle. Uroczystości pożegnalne odbyły się w słynnej Sali imienia Czajkowskiego, gdzie Magomajew 45 lat temu zadebiutował jako śpiewak i niemal z dnia na dzień stał się sławny. By dostać się do środka i pokłonić przed wystawioną na scenie trumną, ludzie z kwiatami stali na ulicy w kolejce, której końca nie było widać. Na zwykle zakorkowanej, zatłoczonej i wiecznie spieszącej się moskiewskiej ulicy na długo zatrzymano ruch. Na asfalcie, po którym miał przejść kondukt, leżały czerwone goździki. Tłumy stały i odprowadzały pełnymi wzruszenia oklaskami ukochanego artystę. Stojący w gigantycznych zatorach kierowcy tym razem nie psioczyli, jak to mają w zwyczaju, gdy ulice blokuje się z powodu przejazdu uprzywilejowanych kolumn rządowych i prezydenckich samochodów. Słuchali puszczanych przez radio przebojów zmarłego (wiele z nich napisała znakomita Aleksandra Pachmutowa). Odprowadzano Magomajewa – piosenkarza, który dostarczył ludziom pięknych wzruszeń, dawał radość. W moskiewskim metrze rozbrzmiewały tego dnia jego piosenki. W swojej karierze nagrał ich ponad sześćset, wiele z nich stało się wielkimi przebojami.

Po moskiewskim pożegnaniu było jeszcze pożegnanie w Baku – rodzinnym mieście, gdzie spoczął obok krewnych. Ze łzami w oczach żegnało go dosłownie całe miasto.

W ostatnich latach Magomajew wycofał się ze sceny, chorował na serce, stwierdził, że głos odmawia mu już posłuszeństwa. Jego środkiem komunikowania się ze słuchaczami była jego strona internetowa.

Bard powraca

Aleksander Galicz należał do „wielkiej trójki” rosyjskich bardów – obok Bułata Okudżawy i Władimira Wysockiego. Właśnie mija dziewięćdziesiąta rocznica jego urodzin; zmarł, a właściwie zginął tragicznie na wygnaniu w 1977 roku.

Pieśni zaczął pisać w latach pięćdziesiątych, akompaniował sobie na gitarze o siedmiu strunach. Pisał sztuki teatralne, które zdejmowano z afisza za zbytnią śmiałość w opisie niechlubnej rzeczywistości, stopniowo schodził do podziemia – jego wiersze i piosenki funkcjonowały w drugim obiegu. Jak sam napisał w jednej z ballad, były przepisywane przez kalkę, najlepiej na maszynie „Erica”, gdyż „brała nawet osiem kopii”. W 1971 r. Galicza wykluczono ze Związku Pisarzy, rok później – ze Związku Pracowników Kinematografii, utwory wpisano na indeks. W 1974 r. bard wyjechał z ZSRR – najpierw do Norwegii, potem RFN, wreszcie do Paryża. Okoliczności jego śmierci nie zostały do końca wyjaśnione – zmarł porażony prądem, nie rozwiano wątpliwości, czy niesprawność sprzętu nie była „spreparowana”.

Ballady Galicza o bezimiennych ofiarach GUŁagu, pieśni wzywające do myślenia, opowiadające historię kraju i jego mieszkańców, wiersze o wolności, która jest wieczna, o odwadze, którą trzeba mieć, aby „wyjść na plac”. I wspaniały poemat o Januszu Korczaku „Kadisz”.

To był głos myśliciela, ironicznego obserwatora wzlotów i upadków ludzi zwykłych (ich przedstawicielem był w pieśniach Galicza Klim Pietrowicz) i niezwykłych. A ci ludzie znali je na pamięć, cytaty z utworów Galicza weszły do codziennego języka. Jego ostatnia napisana w ZSRR „na pososzok”, przed wymuszonym odjazdem rozdzierająca, ale pełna nadziei pieśń „Kiedy powrócę” stała się hymnem emigrantów.

W Moskwie i Petersburgu odbywają się dziś okolicznościowe koncerty, wystawy i spotkania. Bard powraca. Żyje dobra pamięć o nim w tych, którzy przepisywali jego teksty na „Erice” albo z wypiekami na twarzy słuchali potajemnie nagrań z nieoficjalnych koncertów. Młode pokolenie zaś może odnaleźć w strofach, opisujących dawne życie skotłowanego, zniewolonego inteligenta w ZSRR, aktualne wątki. Napisana po interwencji wojsk Układu Warszawskiego w 1968 r. w Czechosłowacji pieśń: „Obywatele, ojczyzna w niebezpieczeństwie! Nasze czołgi na cudzej ziemi!” cytowana była alarmistycznie w sierpniu tego roku – ale nie z racji okrągłej rocznicy wydarzeń w Pradze, a jako gorzkie wezwanie do przemyślenia roli Rosji w najnowszej wojnie na Kaukazie.

Rosyjska miłość polodowcowa

Dlaczego Rosja chce ratować Islandię po załamaniu się tamtejszego systemu bankowego?

Wczoraj do Moskwy przyjechała kilkuosobowa delegacja islandzkich bankierów i urzędników ministerstwa finansów, aby omówić warunki kredytu. Po rozmowach wydano zdawkowy komunikat: rozmawiano konkretnie, w przyjaznej atmosferze. Do prasy nie przedostały się jednak żadne konkrety. W dalszym ciągu więc nie wiadomo, czy Rosja wspomoże krainę gejzerów.

Wiadomość, że w ogóle do takich rozmów dojdzie, wywołała wielkie zainteresowanie zarówno w samej Rosji, jak i poza jej granicami. Wśród rozlicznych spekulacji królowały dwie tezy: geopolityczna i oligarchiczna.

Według geopolitycznej – w zamian za kredyt Rosja zażyczy sobie po pierwsze poparcia Islandii dla swoich ambicji zarządzania złożami arktycznego szelfu, a po drugie możliwości lądowania na wyspie strategicznych bombowców, które ostatnio w ramach przyjaźni z umiłowanym amigo Hugo Chavezem swoją obecnością u wybrzeży USA mają wkurzać Jankesów. Gazeta „Komsomolskaja Prawda” zamieściła nawet kolorową mapkę obrazującą trasę lotu rzeczonych bombowców na drugą półkulę z przystankiem na Islandii: gdyby Islandczycy wydzierżawili Rosjanom opuszczoną dwa lata temu przez Amerykanów bazę Keflavik, rosyjskie bombowce mogłyby latać w odwiedziny do Chaveza bez dodatkowych postojów na tankowanie – marzy gazeta.

Islandia pozostaje jednak członkiem NATO i dzierżawienie przez nią Keflaviku Rosji jest z tego punktu widzenia niemożliwe. Islandia nie ma własnej armii, związana jest porozumieniem sojuszniczym z USA, które przyjęły na siebie zobowiązanie do obrony wyspy. Owszem, Keflavik jest technicznie przygotowany na przyjmowanie wielkich strategicznych bombowców, ale czy rosyjskich? Można wątpić.

Natomiast można nie wątpić, że Rosjanie – o ile zdecydują się na udzielenie kredytu – będą chcieli zapuścić jak najgłębiej swoją sondę pod islandzki lodowiec i zapewnić sobie obecność na wyspie w sferach, w których do tej pory obecni nie byli. W każdym razie nie było tego widać gołym okiem.

I tu dochodzimy do drugiej tezy: oligarchicznej. Mianowicie kryzys bankowy na Islandii pokazał, że z wygodnego internetowego islandzkiego systemu korzystali również rosyjscy depozytariusze. Teraz mają oni naciskać rząd, by udzielił wsparcia Islandii i tym samym uratował ich biznes przed stratami.

Pomysł, by wpompować w Islandię 4 mld dolarów ma w Rosji sporą opozycję. Eksperci od ekonomii przeważnie wzruszają ramionami i nie widzą sensu, zwłaszcza w obliczu niepokojących ruchów tektonicznych na rosyjskim rynku.

FED reaktywacja

Chciałbym, aby ten pomnik powrócił na swoje miejsce – my dostajemy medale, a on gdzie jest? W magazynie leży?” – to słowa Władimira Kolesnikowa z frakcji putinowskiej partii „Jedinaja Rossija” w Dumie Państwowej, członka komitetu bezpieczeństwa rosyjskiego parlamentu.

O jaki pomnik chodzi? O pomnik twórcy Czeki, symbolu bolszewickiego terroru, Feliksa Dzierżyńskiego. Pomnik został zdemontowany w 1991 roku. Stał od 1958 roku w glorii pod siedzibą KGB (wcześniej Czeka, GPU, OGPU) na placu Łubiańskim w centrum Moskwy. Po demontażu został wstawiony do parku przy Nowej Trietjakowce, gdzie stoją też inne zdemontowane pomniki umiłowanych przywódców ZSRR. Niedawno zmienił miejsce dyslokacji – jego piękna sylweta w długim szynelu jest niewątpliwą ozdobą Nieskucznego Sadu. A zatem FED (Fieliks Edmundowicz Dierżynskij) nadal przebywa na świeżym powietrzu, a nie kurzy się w magazynach, jak użala się pan Kolesnikow.

Podczas posiedzenia komitetu bezpieczeństwa Dumy Państwowej Władimir Kolesnikow został odznaczony medalem „130 lat od dnia urodzin F.E. Dzierżyńskiego”. 19 września prezes Związku Weteranów Służb Bezpieczeństwa Państwowego Walentin Timofiejew wręczył odznaczenia związku jeszcze kilku zasłużonym deputowanym.

Rzucona w stanie emocjonalnego pobudzenia propozycja Kolesnikowa trafiła na podatny grunt. Inicjatywę podchwycili inni deputowani. Wiceprzewodniczący Dumy Iwan Mielnikow (partia komunistyczna) obiecał powrócić do sprawy i omówić inicjatywę na posiedzeniu Moskiewskiej Dumy Miejskiej. Komuniści od ładnych paru lat domagają się postawienia pomnika na opuszczonym miejscu na Łubiance. Co ciekawe – do dziś pozostał na placu usypany pod pomnik kopczyk, nikt przez te kilkanaście lat nie wyrównał terenu.

Przeciwko idei przywrócenia pomnika zaprotestowali obrońcy praw człowieka.

Natomiast kontrowersyjny pisarz Władimir Sorokin w audycji radia „Echo Moskwy” w komentarzu na temat propozycji przestawienia FEDa z powrotem na Łubiankę poszedł dalej: „Jeszcze trochę i wykopią samego Stalina i wstawią go znów do mauzoleum”. To było nie tylko o odradzającej się w pewnych kręgach miłości do Feliksa Edmundowicza, ale o obserwowanym od jakiegoś czasu „oswajaniu” epoki stalinowskiej w ogóle, a postaci Stalina w szczególności.

Władimir Putin – dziś premier, a przez ostatnie osiem lat prezydent – wielokrotnie potwierdzał swoją fascynację osiągnięciami ZSRR (rozpad ZSRR uznał za największą tragedię XX wieku), przywrócił stalinowski hymn, brał w obronę takie osiągnięcie stalinowskiej dyplomacji jak pakt Ribbentrop–Mołotow. Jednym z pierwszych posunięć Putina jako prezydenta było przywrócenie na ścianie siedziby KGB na Łubiance tablicy ku czci wieloletniego szefa organów bezpieczeństwa ZSRR Jurija Andropowa (tablicę zdjęto w czasach Borysa Jelcyna).

W rosyjskiej telewizji zaprezentowano ostatnio kilka filmów i seriali prezentujących stalinowską epokę i Ojca Narodów przez sentymentalną pończoszkę. W kilku miastach odsłonięto popiersia Stalina. Popiersie Dzierżyńskiego stanęło niedawno pod siedzibą milicji na legendarnej Pietrowce 38 w Moskwie.

W zeszłym miesiącu zaprezentowano koncepcję podręcznika do historii najnowszej (pierwsza połowa XX wieku), z którego uczniowie rosyjskich szkół mają czerpać wiedzę historyczną. Głównym przesłaniem autorów koncepcji (pod kierunkiem Aleksandra Filippowa) jest to, że Stalin był „efektywnym specjalistą od zarządzania”, a stalinowski terror – „efektywnym instrumentem rozwoju ZSRR”.

Jak napisał w analizie koncepcji podręcznika opublikowanej na łamach gazety „Wriemia Nowostiej” Anatolij Bernstein: „autorzy podkreślili, że uczniowie powinni zwrócić szczególną uwagę na wyjaśnienie motywów i logiki działania władz. To oznacza, że historia, której mają się uczyć młode pokolenia Rosjan, to przede wszystkim historia władzy. Historii ludzie tam nie ma. Pozostały tylko cele i środki państwa. Jest to zatem historia „usprawiedliwiania” zastosowanych przez władze środków. Trudno sobie wyobrazić, że istnieje w ogóle jakaś władza, która nie potrafi wyjaśnić swoich wysokich pobudek podejmowanych działań lub przyznaje się, że działa nielogicznie. […] Autorzy podręcznika historii faktycznie szukają „racjonalnych” uzasadnień działań władz, zmierzających do unicestwienia milionów swoich obywateli. […] ten podręcznik ma być wydrukowany w milionach egzemplarzy i służyć jako podstawa wiedzy o historii młodym pokoleniom. Podstawowym przesłaniem koncepcji jest zaprzeczenie istnieniu totalitaryzmu w ZSRR. […] W zeszłym roku podręcznik historii najnowszej autorstwa Filippowa został poddany miażdżącej krytyce, szczególnie za próbę pomniejszenia skali represji stalinowskich i specyficzne potraktowanie osobowości samego Stalina („efektywny menedżer”). Minął rok. Efektywny menedżer przeszedł lekką metamorfozę i został nazwany „efektywnym specjalistą od zarządzania”. A masowy terror zyskał „racjonalne” uzasadnienie.

Co takiego wydarzyło się przez ten rok w Rosji, że autorzy mogli sobie pozwolić na takie chytre zabiegi?”.

W myśl tez podręcznika – Feliks Edmundowicz „racjonalnie zarządzał terrorem”, należy mu się zatem pomnik jako „efektywnemu menedżerowi”.

A autorom książki dla młodych pokoleń Rosjan należy się co najmniej medal „130 lat od dnia urodzin F.E. Dzierżyńskiego” od Związku Weteranów Służb Bezpieczeństwa Państwowego. A może nawet dwa medale. Bo napisanie odpowiedniego podręcznika kształtującego myślenie młodego pokolenia to sprawa dużo ważniejsza niż inicjatywa deputowanego z partii premiera Putina w sprawie przeniesienia pomnika Dzierżyńskiego na Łubiankę.