Archiwum kategorii: Bez kategorii

Ile jeszcze spokoju w Inguszetii?

Po zabójstwie w niewyjaśnionych okolicznościach Mahomeda Jewłojewa, właściciela strony internetowej Ingushetiya.ru, wokół której skupiły się siły niechętne lokalnym władzom, sytuacja w najmniejszej republice Federacji Rosyjskiej – Inguszetii jest napięta do granic możliwości.

W minioną sobotę wieczorem na stronie Ingushetija.ru pojawiły się wyniki odrębnego śledztwa, prowadzonego przez współpracowników i przyjaciół Jewłojewa. Opublikowano listę trzynastu osób, którym autorzy publikacji przypisują udział w zabójstwie. Listę otwiera nazwisko prezydenta Murata Ziazikowa. Wedle inguskich obyczajów podlegają oni zemście rodowej.

W ciągu ostatnich tygodni doszło w Inguszetii do serii zamachów. Ich ofiarami byli krewni Ziazikowa i wysoko postawieni przedstawiciele organów śledczych i spraw wewnętrznych. Władze ogłosiły, że to akcje terrorystów i islamskich bojowników i rozpoczęły „operację antyterrorystyczną”, według licznych przekazów medialnych operację wspierała rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa. Podczas spektakularnych akcji „antyterrorystycznych”, zamachów i strzelanin zginęło kilkanaście osób.

Nic nie wskazuje na to, by ktokolwiek miał pomysł na uspokojenie sytuacji. Władze centralne wspierają nadal Murata Ziazikowa, przeciwnicy prezydenta należący do klanu Jewłojewa polują nań, w republice dochodzi nadal do porywania ludzi (intratna działalność), co dzień i co noc wybuchają ładunki, padają strzały. To nie jedyny ból głowy republikańskich władz. Po uznaniu przez Rosję niepodległości Osetii Południowej i Abchazji, na Kaukazie Północnym odżywają dyskusje o problemach granic, ustanawianiu praw do ziemi, o konfliktach o te ziemie. W Inguszetii na fali ogólnego fermentu coraz częściej przypominany jest też zadawniony, nierozwiązany konflikt Inguszy z Osetyjczykami.

Jeśli ktoś kiedyś powiedział, że Kaukaz Północny jest jak beczka z prochem, to właściwie nic nie powiedział. Małe narody żyjące w tym surowym terenie, różniące się od siebie często kulturą, wyznaniem, językiem (np. Osetyjczycy są wyznawcami prawosławia, posługują się językiem z grupy języków irańskich, ich bezpośredni sąsiedzi Ingusze wyznają islam, są blisko spokrewnieni z Czeczenami) często mają sobie wiele do zarzucenia. Wiele z dzisiejszych animozji i konfliktów bierze swój początek w okresie stalinowskim. Ingusze (podobnie jak Czeczeni) zostali w 1944 roku przez Stalina uznani za kolaborantów i przymusowo wysiedleni do Azji Centralnej. Opuszczone ziemie – między innymi rejon prigorodny (podmiejski) – przyznane zostały Osetii Północnej. W 1992 roku pomiędzy Inguszami i Osetyjczykami wybuchł krwawy konflikt o rejon prigorodny, Osetyjczycy otrzymali wsparcie Moskwy (która postawiła się w roli jedynego sprawiedliwego arbitra, ale konfliktu nie rozwiązała po dziś dzień), do Inguszetii uciekło wówczas ok. 30 tys. uchodźców, granic jednak nie przesunięto, rejon prigorodny pozostał przy Osetii Północnej. W 1997 roku znowu doszło do incydentów zbrojnych, ale na uregulowanie konfliktu nadal nikt nie miał pomysłu. Przez kilkanaście lat powróciło do poprzednich miejsc osiedlenia około 10 tys. inguskich uchodźców.

Rozchwiana sytuacja w Inguszetii, znajdującej się właściwie na krawędzi domowej, każe zadać pytanie o możliwość rozlania się konfliktu. Przypomnienie sobie i rozgłoszenie animozji i krzywd pomiędzy Inguszami a Osetyjczykami to zapewne tylko kwestia czasu.

Sytuacja w Osetii Północnej też daleka jest od stabilności. Ciągle krwawi tu rana Biesłanu (wielu Osetyjczyków uważa za głównych sprawców tragedii Inguszy – kilku ludzi tej narodowości faktycznie wchodziło w skład terrorystycznego komanda), ciągle żywe są też obawy o to, że Ingusze przyjdą upominać się o prawa do ziemi, z której zostali wygnani ponad sześćdziesiąt lat temu przez Stalina. No i jest jeszcze jedna okoliczność: pobratymcom z Osetii Południowej – autonomii należącej do Gruzji – Moskwa przyznała prawo do niepodległego państwa. Co dalej?

Niedźwiedzi protektorat

17 września na Kremlu wśród błysków fleszy zamaszyście i uroczyście zostały podpisane porozumienia o przyjaźni, współpracy i pomocy wzajemnej pomiędzy Federacją Rosyjską, Abchazją i Osetią Południową. Moskwa tym samym uznała swoje uznanie niepodległości tych dwóch gruzińskich prowincji za uznane. W Abchazji i Osetii Płd. powstaną rosyjskie bazy wojskowe. Założenie rosyjskich baz wojskowych na Kaukazie ma, jak powszechnie wiadomo, wyłącznie pokojowy charakter. Oficjalne zapewnienia Kremla mówią o konieczności dalszej obrony łykniętych terytoriów przed zakusami zbrodniczego reżimu „politycznego trupa”, jak był łaskaw nazwać Micheila Saakaszwili prezydent Dmitrij Miedwiediew.

Prezydent Miedwiediew w każdym zdaniu okolicznościowego przemówienia wymieniał jakiś paragraf jakiegoś statusu, konwencji lub traktatu – bo, jego zdaniem, wszystko, co robi Rosja, jest zgodne z literą prawa międzynarodowego. Zgodnie z wykładnią Moskwy, Abchazja i Osetia Płd. są niepodległymi państwami. A jako takie mogą zawierać umowy międzynarodowe i zapraszać na swoje terytorium rosyjskie czołgi w dowolnej ilości. Czołgi będą nadal bronić już raz skutecznie obronionych obywateli Abchazji i Osetii Płd., którzy mają również w miażdżącej większości obywatelstwo rosyjskie. Czołgi będą też bronić wspólnej waluty wszystkich trzech państw – Rosji, Abchazji, Osetii Płd. – rubla.

Prezydenci Abchazji i Osetii Płd. oświadczyli, że następnie z entuzjazmem wstąpią do Państwa Związkowego Białorusi i Rosji (Białoruś do tej pory nie uznała niepodległości Abchazji i Osetii Płd.) oraz Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, czyli postsowieckiego odpowiednika NATO, jak dumnie mówi o OUBZ wiernopoddańcza propaganda rosyjska, czyli sojuszu wojskowego sześciu państw WNP. Z tym że na razie żaden z członków tej organizacji również nie uznał niepodległości moskiewskich pupilków.

Sowiety Stalina 17 września sześćdziesiąt dziewięć lat temu wystąpiły w obronie ludów zachodniej Białorusi i Ukrainy. Ci ludzie nie mieli wprawdzie sowieckich paszportów, które ułatwiłyby uzasadnienie interwencji, ale zostali miłościwie uznani za wartych obrony, no, właśnie, tylko przed kim – bo przecież nie przed przyjacielem Adolfem Hitlerem z Berlina, który od dwóch tygodni pustoszył polskie ziemie i nie mógł się doczekać, by towarzysz Stalin zgodnie z paktami przystąpił po jego stronie do wojny. Nie, ZSRR bronił ludzi z zachodniej Ukrainy i Białorusi przed „politycznym trupem”, jakim był w pojęciu Moskwy ówczesny polski rząd.

Historia na szczęście nie lubi się powtarzać, a historyczne analogie często nie są trafnym punktem odniesienia. Tylko czasem trudno się od nich uwolnić – jakaś zbieżność dat, jakaś zbieżność języka, jakaś zbieżność wydarzeń, sposobu myślenia…

W historii z uznaniem niepodległości Abchazji i Osetii Płd. przez Moskwę najważniejsze nie są jednak żadne mniej lub bardziej udane historyczne analogie, lecz to, że Rosja tym samym podważyła fundamenty, na których wspierała się stałość granic ustanowionych na obszarze postradzieckim w 1991 roku. Rosja była gwarantem nienaruszalności tych granic. Co teraz?

Moskiewska giełda w świetle konspirologii stosowanej

16 września odnotowano gwałtowne spadki na moskiewskich giełdach. Indeksy cofnęły się do poziomu z grudnia 2005 roku. Akcje lokomotyw rosyjskiej gospodarki – firm naftowych i gazowych – straciły po 20-30 proc. Kapitalizacja rynku spadła o 10 proc. Trzęsienie ziemi w finansach ogarnęło również rosyjski rynek bankowy. Mimo znaczącej interwencji ministerstwa finansów paniki nie udało się opanować. Notowania na giełdzie zamknięto.

Premier Putin i jego finansowi ministrowie prezentowali dyżurne uśmiechy i niezmącony spokój. Władimir Władimirowicz zapewnił, że państwo rosyjskie wytrzyma kryzys. Wieczorem zwołano jednak w trybie nadzwyczajnym naradę wszystkich świętych finansowo-bankowych z ramienia rządu i banków.

Ciepłe zapewnienia premiera o „poduszkach bezpieczeństwa” nie poskutkowały. Dzisiaj indeksy pikowały w dół nadal, sesja zaczęła się wprawdzie optymistycznie, ale zaraz potem wszystko zaczęło lecieć na łeb, na szyję. Notowania ponownie zamknięto.

Jeszcze trzy miesiące temu indeks moskiewskiej giełdy RTS wynosił ok. 2500 punktów, dzisiaj zamknięto notowania przy 1100 punktach. Od maja kapitalizacja rosyjskiego rynku stopniała co najmniej o jedną trzecią. Kapitalizacja Gazpromu – tego wielkiego pompowanego miłością władz giganta – obniżyła się z 350 mld dolarów w maju do 150 mld obecnie.

Eksperci finansowi jako przyczyny spadków na rosyjskich giełdach wskazują:  problemy finansowe w USA, spadek cen ropy naftowej i wzrost ryzyka inwestycyjnego w Rosji po wojnie na Kaukazie. Zapewniają też, że nie ma powodów do tak wielkich przecen rosyjskiego rynku, że kryzys zostanie niebawem zażegnany i będzie można odbić się od dna.

Można założyć, że premier Putin zacznie teraz wyciągać ze stabilizacyjnych pończoch odłożone na czarną godzinę petrodolary i ratować wielkie państwowe banki i surowcowych pupilków władzy. Czy te kompanie, które nie mają chodów u premiera, są skazane bankructwo? Kto zostanie na placu po tej „prowierce bojem”?

Nutę konspirologii wnosi do opisu sytuacji ekonomiczny komentator internetowej gazety „Grani.ru”, Nikita Warinow: „W latach 2006-2007 w Rosji najważniejsi politycy w państwie namawiają ludzi do nabywania akcji Rosniefti, Wniesztorgbanku i Sbierbanku [największa kompania naftowa i dwa największe banki w Rosji]. Tych trzech graczy łączy jedno: emisja akcji jest bardzo korzystna dla emitenta, a inwestorzy obserwują następnie postępujące zmniejszenie notowań. W pierwszej połowie 2008 roku Sbierbank opuszczają dwaj najwięksi strategiczni inwestorzy – Sulejman Kerimow i Jelena Baturina [żona mera Moskwy, najbogatsza kobieta Rosji] – a także szereg top-menedżerów, będących udziałowcami mniejszościowymi. Dalej mamy aferę z firmą Mieczeł. Jedno nieostrożne słowo Władimira Putina pozbawia firmę jednej trzeciej kapitalizacji [pisałam o tym ciekawym przypadku w poście „Premier grozi, premier mrozi” z 29 VII]. Topienie kompanii Mieczeł, a przy tym ciągnięcie w dół indeksów rynkowych nie ma najmniejszego sensu, wszystkie problemy nieprzezroczystego formowania cen na węgiel można załatwić w kuluarach. Ale premier lekceważy spadki na giełdzie, ważniejszy jest publiczny efekt.

Wszystkie wymienione fakty łączą się w logiczną całość, jeśli zrobi się jedno konspirologiczne założenie: główne osoby tego dramatu wiedziały, że giełda siądzie. W tym wypadku widać jak na dłoni cyniczny zamysł emitentów, by zwyczajnie okraść prostych obywateli i zarobić ile się da przed zbliżającym się kryzysem. Pozostaje tylko pozazdrościć oligarchom, że zostali dobrze poinformowani i zdążyli zebrać śmietankę z wieloletniego wzrostu kapitalizacji najważniejszego banku Rosji. Skąd wąski krąg ludzi wiedział, że akcje spadną? Możliwe, że z dogłębnej analizy rynku ropy i perspektyw gospodarki USA. Ale jeszcze zwiększymy ładunek konspirologii. Rosyjski rynek na przestrzeni sześciu lat demonstrował wzrost. Mniej więcej rok temu zaczął stygnąć. Dla zagranicznych inwestorów przyszedł czas na realizowanie zysków. Zaczęli oni sprzedawać papiery, po czym ruszyli na poszukiwania nowych inwestycji. Albo na ratunek starym inwestycjom w sytuacji braku pieniędzy w USA. Wszystko byłoby jasne i proste, gdyby nie jedno „ale”. Rosja nie jest krajem, z którego można wyprowadzić miliardy dolarów bez wiedzy władz. Prezydent i premier musieli o tym wiedzieć. Może pewność, że wielcy inwestorzy i tak „wyjdą” z Rosji rozwiązała im ręce w podjęciu wojennych działań w Gruzji bez oglądania się na Zachód? I jeszcze jedno na koniec: być może ktoś w Rosji wiedział o zbliżającym się krachu na giełdzie. Ci ludzie powinni podjąć działania, by mu zaradzić. Ale woleli zarobić na tym pieniądze”.

Tyle rosyjska konspirologia. Jak zastrzegł się autor, można w nią wierzyć albo nie. Ale giełda to miejsce, w którym zaufanie i wiara mają kolosalne znaczenie. Jeśli zaufania i wiary jest mało, to indeksy nie rosną.

Jeszcze nie wiemy, jakie konkretne skutki przyniesie obecny kryzys Rosji, kto zbankrutuje, kto się utrzyma, jak długo potrwają spadki. Widać jedno: sny prezydenta Miedwiediewa, że Rosja stanie się niebawem jednym z najważniejszych centrów finansowych świata, na dłuższy czas można zaliczyć do kategorii „niespełnione sny o potędze”.

Trzeba się liczyć?

„Pokazaliśmy, że z Rosją trzeba się liczyć” – te słowa prezydent Miedwiediew powtórzył ostatnio dwukrotnie. Próba generalna nowej maksymy odbyła się podczas spotkania prezydenta z przedstawicielami elit regionalnych Rosji, na której Miedwiediew tłumaczył swoim gubernatorom, dlaczego Abchazja i Osetia Płd. zostały uznane za niepodległe państwa. W tym towarzystwie to stwierdzenie było kolejną porcją propagandowego balsamu, jaki wylewa się obficie na spragnione takich komunikatów rosyjskie społeczeństwo, potwierdzeniem, że „słuszną linię ma nasza partia”, logicznym ukoronowaniem akcji uświadamiającej pod wspólnym szyldem „Rosja wstaje z kolan”.

Drugi raz jednak prezydent Miedwiediew ustrojony w szaty groźnego bossa ładu światowego wygłosił sentencję o konieczności liczenia się z Rosją na konferencji prasowej z prezydentem Sarkozym i przewodniczącym Barroso po rozmowach o uregulowaniu sytuacji w Gruzji. Ta mocna deklaracja była już obliczona nie tylko na wewnętrzne podwórko, ale przede wszystkim na polityczną publiczność Europy.

Chciałabym precyzyjnie zrozumieć, co to znaczy, kiedy prezydent Miedwiediew dobitnie mówi, że z Rosją trzeba się liczyć?

Czy to oznacza, że Rosja uskrzydlona zwycięstwem w małej kaukaskiej wojnie, kiedy dała popalić „amerykańskim lokajom” w Gruzji, zamierza dać popalić jeszcze komuś? Komu?

Czy to oznacza, że Rosja będzie się odtąd domagać żelazną pięścią uznania dla jej racji?

A może to oznacza tylko tyle, że Rosja bluffuje? Że usiadła do karcianego stolika z dość kiepskimi kartami, ale licytuje wysoko, robiąc groźne miny i zniechęcając pozostałych graczy do powiedzenia „sprawdzam”.

Rosyjska elita polityczna pokazała, że jest zdolna podjąć ryzyko takiego bluffu. Może wierzy, że nikt nie odważy się zajrzeć jej w karty. Obnażenie braku atutów oznaczałoby dla władców Rosji  fiasko ich polityki budowania wielkiego imperium.

Biesłan. Cztery lata później

Wczoraj w centrum Moskwy zebrało się około stu osób – aktywistów organizacji opozycji i obrońców praw człowieka, by uczcić ofiary tragedii w biesłańskiej szkole. O godzinie 13.02 (dokładnie o tej godzinie zaczął się tragiczny szturm zajętej przez terrorystów szkoły) zaczęto wyczytywać nazwiska ofiar. Dziennik „Nowyje Izwiestia” podał, że urzędnicy prefektury uznali spotkanie na Czystych Prudach za „antyrządową akcję” i nie pozwolili wziąć w niej udziału kadetom z pobliskiej szkoły. W kilku rosyjskich miastach odbyły się okolicznościowe spotkania lub wiece, wszystkie miały nieoficjalny, cichy charakter. W petersburskich szkołach uczczono pamięć ofiar minutą ciszy.

Na uroczystości w Biesłanie przyszło całe miasto. Tu nie obyło się bez politycznych komentarzy. Mieszkańcy zauważyli brak przedstawicieli władz federalnych. W poprzednich latach przyjeżdżali – był m.in. przewodniczący Dumy Państwowej, pełnomocnik prezydenta. Nowy pełnomocnik – Władimir Ustinow – zapewne nie miał odwagi przyjechać. Przedtem był prokuratorem generalnym, to pod jego kuratelą śledztwo w sprawie biesłańskiego zamachu wyjaśniło tak niewiele, że teraz kobiety zrzeszone w organizacjach „Głos Biesłanu” i „Matki Biesłanu” zaczęły zbierać podpisy pod petycją o przeprowadzenie międzynarodowego śledztwa.

Od najwyższych władz – ani słowa. Premier Putin od 1 września akurat wolał wizytować Daleki Wschód. Wszystkie rosyjskie telewizje pokazały zapierające dech w piersiach wydarzenie: podczas przechadzki premiera po ussuryjskim rezerwacie tygrysica znienacka atakuje premiera, a premier sprawnie strzela i… usypia agresywne zwierzę; środek działa momentalnie; premier jest uratowany; całuje uśpioną tygrysicę.

Prezydent Miedwiediew natomiast dzień wcześniej ogłasza miastu i światu, jakimi zasadami będzie się kierować Rosja w polityce zagranicznej. W jednym z punktów zapewnia się, że Rosja będzie bronić swoich obywateli, gdziekolwiek się znajdują.

W gorzkim tekście poświęconym tragicznej rocznicy Biesłanu Natalia Geworkian w internetowej „Gazecie.ru” pisze: Miedwiediew nie pojechał [do Biesłanu] najprawdopodobniej dlatego, że nie chce kojarzyć się z dramatem i nie chce spotkać się z reakcją matek, na którą zasłużył jego poprzednik. Biesłan to nie miła herbatka w towarzystwie serwilistycznych dziennikarzy. To życie po śmierci. Tutaj po obietnicy, że Rosja będzie bronić swoich obywateli, gdziekolwiek są, ludzie mogliby zadawać niewygodne pytania. […] Zamachy terrorystyczne zdarzają się w różnych krajach. Giną ludzie. Obywatele zaatakowanych krajów latami opłakują ofiary. A władze latami błagają swoich obywateli o wybaczenie za tę tragedię. I uczą się na tragicznych błędach. Bo tak powinny postępować normalne władze, jeśli słowa o odpowiedzialności za życie i godność obywateli nie są tylko doraźną akcją PR-owską. Rocznica tragedii to ten moment, kiedy władzom można wybaczyć łzy bezsilności. […] Biesłan był echem Czeczenii w kontekście terytorialnej integralności Rosji, o którą rosyjskie władze walczyły tak, jak teraz walczą o prawo Osetii Południowej i Abchazji na samookreślenie poza granicami Gruzji. Ani wtedy, ani teraz życie i godność własnych obywateli nie znajdowały się wśród priorytetów rosyjskiej polityki”.

Śmierć dzieci w biesłańskiej szkole to wielka jątrząca rana, która ciągle boli. I będzie boleć. Długo. Może zawsze. Boli tym bardziej, że odpowiedzialni za nią politycy wcale się do odpowiedzialności nie poczuwają. Już zapomnieli, może nigdy nie chcieli pamiętać.

Wielki teoretyk teatru Konstanty Stanisławski, kiedy widział, że aktor kiepsko gra, głośno krzyczał: „nie wierzę!”. Patrząc na zabiegi polityczne rosyjskich przywódców, musiałby krzyczeć bez przerwy.

Trudności przekładu

Zwróciłem uwagę na to, że mamy bazę, by kontynuować dialog z europejskimi partnerami. Z uwagą oglądałem konferencję prasową po szczycie [UE w Brukseli]. Sarkozy, określając system polityczny Gruzji, użył zwrotu „reżim Saakaszwilego”. O politycznym systemie Francji nikt nie mówi „reżim Sarkozy’ego”. […] Zgadzam się z panem Sarkozym. To odpowiednie określenie. A to oznacza, że mamy punkty styczne – powiedział premier Władimir Putin w rozmowie z dziennikarzami.

Prezydent Sarkozy rzeczywiście użył zwrotu „régime de monsieur Saakachvili”, ale w języku francuskim słowo „régime” oznacza po prostu „ustrój państwowy”, „system” lub po prostu „władza, rząd” i nie ma negatywnych konotacji. Podczas gdy w rosyjskim (podobnie jak w polskim) – owszem. (Nawiasem mówiąc, rosyjska propaganda, a nawet rosyjska dyplomacja z lubością używa zwrotu „reżim Saakaszwilego”, dwuznacznie i niedwuznacznie dając do zrozumienia, że „Saakaszwili musi odejść”).

Ale wróćmy do komentarza premiera Putina o szczycie UE. Moskwie i europejskim partnerom rzeczywiście trudno się dogadać, nie tylko dlatego, że nie rozumieją znaczenia stosowanych sformułowań. Europa ze swoim skodyfikowanym systemem wartości, wysokich wymagań, porządku, prymatem prawa nie potrafi znaleźć odpowiedniego języka w rozmowie z Moskwą, która werbalnie jak najbardziej uznaje wyższość prawa nad bezprawiem, ale w konkretnej sytuacji w Gruzji zastosowała prawo piąchy i na dodatek jest z tego bardzo zadowolona. Przedstawiciele rosyjskich elit głośno wysławiają sposób, w jaki Rosja rzuciła wyzwanie Zachodowi. Najazd na Gruzję miał pokazać, że Rosja może sięgnąć po militarne instrumentarium, żeby obronić swoją wyłączność w regionie i wypłoszyć Zachód ze strefy wpływów (co wyraźnie podkreślił prezydent Miedwiediew w przedstawionej dwa dni temu koncepcji polityki zagranicznej). Pokazała, że w razie „buntu na pokładzie” na obszarze WNP może podważyć granice postradzieckich państw, z którymi istnieją jakieś „niedopowiedzenia”. Wchodzimy na ruchome piaski. Moskwa swoją akcją w Gruzji i uznaniem niepodległości Abchazji i Osetii Płd. oznajmiła, że – na równi ze Stanami Zjednoczonymi – sama będzie wyznaczać standardy. Świat podzielony na strefy wpływów po Jałcie przestał istnieć. Jaka zasada zastąpi obowiązującą w okresie zimnej wojny zasadę poszanowania wyznaczonych stref wpływów? Nie bardzo wiadomo na razie. A może zasada pozostanie ta sama, tylko strefy wpływów się zmienią? Polityczni szachiści znowu rozgrywają swoją „wielką grę”. Ale czy Rosja faktycznie ma tak mocne figury, żeby się na tej szachownicy rozpychać? Może wkraczając mocno na Kaukaz, doraźnie przestraszyła dostojny Zachód, ale przegrała z Chinami mecz o Azję Centralną? Wyczekująca postawa, jaką przyjęły kraje centralnoazjatyckie – oraz sam Pekin – wobec szarży Rosji na Kaukazie i uznania gruzińskich autonomii, wskazuje, że tu jeszcze wiele może się zdarzyć. Ale to temat na oddzielną opowieść. Powróćmy do języka.

Wczoraj minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow w wykładzie dla studentów Instytutu Stosunków Międzynarodowych w Moskwie (MGIMO) ocenił, że Rosja wróciła na arenę międzynarodową jako „odpowiedzialne państwo zdolne obronić swych obywateli”, a swoją odpowiedzią na gruzińską agresję ustanowiła „standard reagowania, zgodny z prawem międzynarodowym”.

Skoro uderzenie zbrojne na państwo sąsiednie, rozjechanie go czołgami i uznanie części terytorium tego państwa za „niepodległe” jest odpowiednim „standardem reagowania, zgodnym z prawem międzynarodowym”, to strach pomyśleć, co Rosja zrobi, jeśli zechce jeszcze lekko te standardy podretuszować.

W Inguszetii jeszcze jest spokojnie

Mahomed Jewłojew był najpierw redaktorem, a potem właścicielem strony internetowej Ingushetiya.ru. Na stronie publikowano między innymi materiały ukazujące nieudolność rządzącego klanu prezydenta Murata Ziazikowa (eks-pułkownika służby bezpieczeństwa, człowieka przywiezionego w teczce przez Moskwę i wspieranego przez centrum, bardzo niepopularnego w Inguszetii), nepotyzm, korupcję, samowolę milicji i sądów, biedę, nieczyste gry polityczne. Inguska opozycja mogła tu nie tylko pisać o nieprawidłowościach, ale też wzywać do akcji obywatelskich. Jewłojew zorganizował np. akcję „Ja nie głosowałem”, podczas której, jak twierdził, zebrał deklaracje o bojkocie wyborów do Dumy Państwowej od kilkudziesięciu tysięcy ludzi, podważając tym samym oficjalne dane o 90-procentowej frekwencji. Potem zebrał 80 tys. podpisów (to mniej więcej połowa elektoratu Inguszetii) pod petycją popierającą przywrócenie na urząd prezydenta republiki jej byłego lidera Rusłana Auszewa. Strona na podstawie decyzji sądu w Moskwie została zamknięta „za zamieszczanie materiałów o charakterze ekstremistycznym”.

Jewłojew przyleciał 31 sierpnia z Moskwy do Magasu (stolica Inguszetii). Tym samym samolotem podróżował prezydent Murat Ziazikow, według relacji świadków – podczas lotu doszło do ostrej wymiany zdań pomiędzy Ziazikowem i Jewłojewem. Na lotnisku Jewłojew został zatrzymany przez milicję, siłą wciągnięty do samochodu, a następnie wyrzucony pod bramą szpitala z raną postrzałową głowy w okolicach skroni. Nie przeżył. Według oficjalnej wersji doszło do szarpaniny i przypadkowa kula śmiertelnie zraniła Jewłojewa.

Opozycja inguska podniosła larum, oskarżyła o zabójstwo władze republiki, wyprowadziła na ulice tysiące ludzi. Demonstranci domagają się uczciwego śledztwa i ustąpienia Ziazikowa. Strona Ingushetiya.ru zapowiada pikiety „przeciwko bezczynności rosyjskich władz” w Brukseli i Paryżu. Padają i dalej idące polityczne deklaracje: m.in. opozycjoniści zapowiedzieli, że jeśli rosyjskie władze nie przedsięwezmą po zabójstwie Jewłojewa odpowiednich kroków w celu wyjaśnienia zbrodni i ukarania winnych, to zwrócą się do opinii międzynarodowej z prośbą o „odłączenie Inguszetii od Federacji Rosyjskiej”.

W wersję o „przypadkowym wystrzale” nie wierzą moskiewscy obrońcy praw człowieka. Aleksandr Czerkasow z „Memoriału” powiedział dziennikowi „Kommiersant”: „Trudno uwierzyć, że Jewłojew otrzymał śmiertelną ranę, gdy stawiał opór podczas zatrzymania. On sam nie miał broni. Obrońcy praw człowieka niejednokrotnie podkreślali, że w Inguszetii stosowana jest praktyka bezprawnych egzekucji – ludzi nie zatrzymują, tylko zabijają”. Jedna z rosyjskich stron internetowych przypomniała, że Ingushetiya.ru informowała w 2007 roku, że prezydent Ziazikow zapłacił 50 tysięcy dolarów moskiewskim killerom, by zastrzelili Jewłajewa, potem – że dał łapówkę przedstawicielowi jednego z federalnych organów ścigania, by Jewłajewa zaaresztowano. Jewłajew przez ostatnie dwa lata przebywał często w Moskwie, do zamachu na niego ani do aresztowania tam jednak nie doszło (Jewłajew twierdził nawet, że wynajęty killer przyniósł mu owe 50 tysięcy dolarów z przeznaczeniem na cele dobroczynne).

Współpracownicy zabitego uprzedzają, że może dojść do wojny domowej w republice. Sytuacja jest coraz bardziej napięta.

Ziazikow prowadził strusią politykę – zwłaszcza w ciągu ostatniego roku, kiedy sytuacja bardzo się zaostrzyła, dochodziło do zamachów, zabójstw, uprowadzeń, samowoli organów ścigania – na wszystkie pytania i wątpliwości odpowiadał niezmiennie: „W Inguszetii jest spokojnie”. Podobnie zachowywali się gospodarze Kremla. Miesiąc temu z Ziazikowem spotkał się Putin. W republice wrzało, a komunikat po spotkaniu zapewniał, że „W Inguszetii jest spokojnie”. 26 sierpnia z Muratem Ziazikowem spotkał się prezydent Miedwiediew. Spotkanie poświęcone było… przygotowaniu inguskich szkół do roku szkolnego. „W Inguszetii jest spokojnie”.

Kiełbasa o muerte

Premier Putin nadrabia zaległości w kontaktach ze światową opinią publiczną. Po wywiadzie dla amerykańskiej telewizji CNN w piątek udzielił obszernego wywiadu niemieckiej ARD. O ile poprzednie wystąpienie adresowane było do nieświadomej publiczności za oceanem, o tyle ta ostatnia wypowiedź miała przemówić do rozumu mieszkańcom Starego Kontynentu. Władimir Władimirowicz w jadowicie różowym krawacie do niebieskiej koszuli emocjonalnie wyłożył oficjalną propagandową wersję wydarzeń na Kaukazie i udzielił Europie kilku przestróg i dobrych rad. To szczególnie ważne przed jutrzejszym nadzwyczajnym szczytem Unii, która ma się naradzać, jak pomóc Gruzji i jak powstrzymać Rosję przed imperialnymi zapędami.

Premier Putin wykpił europejską uległość wobec lokatora waszyngtońskiego Białego Domu. Zagrały stare skrzypce: Moskwa zawsze marzyła, aby euroatlantyckie alianse puściły w najważniejszych szwach i pilnie dolewała oliwy do ognia tam, gdzie powstawały jakieś niezgodności. „Jeśli kraje Europy dalej tak będą prowadzić politykę, to o sprawach Europy przyjdzie nam rozmawiać z Waszyngtonem” – podsumował ironicznie wywód o tym, że kraje europejskie posłusznie uznały na komendę z Waszyngtonu niepodległość Kosowa, choć było to niezgodne z międzynarodowym prawem.

Bez ironii premier gloryfikował natomiast postawę Rosji wobec Gruzji, powtórzył główne hasła kremlowskiej propagandy o zbrodniczej napaści Gruzinów na pokojowe Cchinwali pogrążone we śnie, powtórzył podawane przez źródła rosyjskie, a podważane przez niezależne organizacje międzynarodowe dane o ofiarach (mówił o dwóch tysiącach poległych podczas gruzińskiego ostrzału Cchinwali, obserwatorzy potwierdzili kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych walk w mieście – nie tylko gruzińskiego ostrzału), w uniesieniu dowodził, że Rosja miała prawo tak zareagować w obronie życia swoich obywateli. „A my co? – Nie możemy bronić życia naszych obywateli tam [w Osetii i Abchazji]? A skoro bronimy swojego życia, to kiełbasę nam zabiorą? Mamy wybierać między kiełbasą a życiem? My wybieramy życie!”.

Dlaczego premier Putin boi się o to, że ktoś odbierze mu kiełbasę? Czyżby obawiał się, że Europa może nie uwierzyć w rosyjską wersję wydarzeń? Sam premier jest przekonany na „wsie sto”, że agresorem jest Saakaszwili, rosyjskie czołgi do tej pory jeżdżą po terytorium Gruzji wyłącznie w celach pokojowych, a uznanie przez Rosję niepodległości Abchazji i Osetii w żadnym razie nie jest pogwałceniem integralności terytorialnej sąsiada, tylko środkiem bezpieczeństwa. I że Rosja ma prawo użyć pięści na cudzym terytorium, skoro tam mieszkają ludzie, którym wpierw rozdano rosyjskie paszporty. Piękny matrix. W rosyjskiej telewizji się sprawdza. Tylko Europa nie wierzy, zadaje niewygodne pytania, ma inny od rosyjskiej wersji propagandowej pogląd na temat wydarzeń na Kaukazie, nie chce podać ręki i zamierza zabrać premierowi Putinowi kiełbasę.

W czasach radzieckich kiełbasa była towarem deficytowym i mrocznym przedmiotem pożądania szerokich mas. Partyjne elity dostawały na wewnętrzne przydziały uprzywilejowane pęta „kopczonej” (podwędzanej), niedostępne w ogólnodostępnej sieci handlowej. W większych miastach można było w uniwermagach nabyć po odstaniu w długim ogonku dwa rodzaje kiełbasy, które różniły się od siebie tym, że jedna miała większe oka białego tłuszczu w różowym miąższu, a druga nieco mniejsze, różnicy w smaku nie było, smaku kiełbasy też trudno się było doszukać. Deficyt na rynku w Rosji został z biegiem lat zapełniony, głównie przez dostawy z zagranicy. Ale widocznie strach przed utratą dostępu do tego dobra w niektórych pozostał po dziś dzień.

Rosyjska prasa przez cały ubiegły tydzień spekulowała, co też Europa może wysmażyć na poniedziałkowym szczycie. Jako potencjalnie dla Moskwy najpoważniejsze i najboleśniejsze oceniono następujące warianty: możliwość wycofania z Rosji bezpośrednich inwestycji zagranicznych, wprowadzenie ograniczeń w dostępie do wysokich technologii, rezygnację przez Europę z budowy gazociągów Nord Stream i South Stream, stymulowanie przez Europę emigracji specjalistów z Rosji, utrudnienia w ruchu wizowym (pozbawienie rosyjskich polityków wiz, tak jak kilka lat temu pozbawiono europejskich wiz najwyższych urzędników Białorusi), zamrożenie aktywów przedstawicieli rosyjskiej elity, w razie większego zaognienia stosunków – wstrzymanie tranzytu do obwodu kaliningradzkiego. Całkiem spora lista możliwości. Czym może odpowiedzieć Rosja? Zakręceniem kurków z gazem i ropą. Ale wtedy sama pozbawi się kiełbasy. Bo kiedy wyschną rurociągi, to wyschnie automatycznie potok petrodolarów, który pozwala Rosji żyć. (Chyba że premierowi Putinowi właśnie chodzi o wywołanie wielkiego kryzysu, który wszystko wymłóci, wywróci do góry nogami i zmieni konfiguracje.)

Ciekawe, czy premier Putin dałby się namówić do tego, żeby postępować tak, aby wszyscy mieli kiełbasę i nie musieli dokonywać dramatycznych wyborów pomiędzy kiełbasą a życiem. I żeby Gruzini też mieli kiełbasę. I suwerenny kraj bez rosyjskich czołgów. I gwarancje bezpieczeństwa, że inwazja się nie powtórzy. I prawo do tego, żeby decydować, czy chcą należeć do UE i NATO czy do WNP i OUBZ. Obawiam się jednak, że ani premier Putin, ani prezydent Miedwiediew (który kulturalnie wycedził parę dni temu przez zęby, że zimnej wojny się nie boi) nie są gotowi, by na ten temat rozmawiać ze światem językiem cywilizowanego dialogu, raczej wybiorą lekceważące pouczanie z waszecia lub walenie gazrurką po łbie i decydowanie za Gruzję i innych sąsiadów, z kim wszyscy naokoło mają się przyjaźnić. No i dołożą starań, żeby jeszcze na złość wszystkim do WTO nie wejść, z NATO zerwać, Iranowi sprzedać reaktory, rakietę Topol odpalić, Ukrainie pogrozić palcem. A kto tego języka nie rozumie – ten kiep.

Co jutro powie Europa?

Wielki krok w chmurach

W Stanach Zjednoczonych nie ma wolności mediów, w Stanach Zjednoczonych nie ma wolności wyboru. Skąd to wiadomo? Z wywiadu premiera Rosji Władimira Putina dla zniewolonego amerykańskiego kanału telewizyjnego CNN.

Rosyjski „nac-lider” wyłożył w tym wywiadzie nieświadomym Amerykanom, że wojna w Gruzji to wynik działań amerykańskiej administracji, która chciała w ten sposób „podgrzać” opinię publiczną przed zbliżającymi się wyborami i skłonić tych, którzy się wahają, do głosowania na określonego kandydata. Na którego? Odpowiedź nasuwa się sama. Rosyjski premier po mistrzowsku uniknął wymieniania nazwisk, adresów, kontaktów (dobrze przyswoił lekcje w szkole wywiadu). Amerykańscy wyborcy dzięki wyjaśnieniom premiera Putina zdali sobie nareszcie sprawę, że są manipulowani i będą głosować tak, jak im każą jastrzębie z Białego Domu, a nie tak, jak sami chcą.

Nie można się dziwić, że żadne nazwiska nie padły. Premier Putin – jeszcze jako prezydent – wsławił się już raz tym, że wszem wobec wymieniał z nazwiska i nawet dwukrotnie gratulował popieranemu przez siebie kandydatowi na prezydenta kraju ościennego, a kandydat się lekko zblamował, wybory wpierw podfałszował, a w drugim podejściu przegrał i prezydentem nie został.

 

Kolejny passus, otwierający oczy nieszczęsnym Amerykanom, dotyczył stosowania cenzury w amerykańskiej telewizji, obecnej w niej antyrosyjskiej propagandy w ogóle i niechęci do przedstawiania prawdziwej wersji wydarzeń w Osetii w szczególe. „Przypomnijmy sobie choćby, jak wyglądał wywiad małej 12-letniej dziewczynki i jej cioci, mieszkających, o ile dobrze zrozumiałem, w Stanach Zjednoczonych, która była świadkiem wydarzeń w Osetii Południowej. W programie jednej z czołowych stacji telewizyjnych Fox News prowadzący stale jej przerywał. Ciągle jej przerywał. Jak tylko nie spodobało mu się, co ona mówi, zaraz jej przerwał, kasłał, chrypiał, skrzypiał. Jeszcze powinien w spodnie narobić, ale tak wyraziście, żeby one zamilkły” – powiedział premier Putin. Firmowa elegancja petersburskiego urwisa była zaiste bardzo wyrazista. Dzięki temu amerykańska publiczność nareszcie zdała sobie sprawę, że jest manipulowana przez amerykańskich prowadzących w spodniach o niejasnej konduicie.

 

W rosyjskiej telewizji takie niegodziwości już od lat się nie zdarzają. Tam się nie przerywa ludziom, którzy mówią coś niezgodnego z „linią naszej partii”. A to z tej prostej przyczyny, że takich ludzi się przed kamery w ogóle nie dopuszcza. Naczelny kapłan srebrnego ekranu, odkrywający w codziennych seansach nienawiści „Odnako” (Jednak) istotę paskudnych zakusów amerykańskiej soldateski, pan Michaił Leontjew, mówi wszystko, co chce. I nikt mu nie przerywa. Bo pan Leontjew mówi rzeczy słuszne z natury rzeczy. I spodnie ma w porządku. „Obecna decyzja Rosji [o uznaniu niepodległości Abchazji i Osetii] to jedyny sposób, by zagwarantować pokój i bezpieczeństwo. I nie tylko na Kaukazie. To, co się stało z Gruzją, to logiczna konsekwencja tego, przed czym przestrzegano nie raz. Ceną za wciąganie Gruzji do antyrosyjskiego bloku jest rezygnacja z integralności terytorialnej. I dotyczy to nie tylko Gruzji”. Nic dodać, nic ująć. Kogo jeszcze dotyczy? – Nie wiadomo, obejdziemy się bez nazwisk. Dobra szkoła.

Koniec programu pana Leontjewa na ogół bywa patetyczny. Np. 26 sierpnia było tak: „Rosja będzie się bić. Broniąc praw swoich obywateli, broniąc swoich interesów i przywracając realne, to znaczy uniwersalne, obowiązujące dla wszystkich, prawo międzynarodowe. I uznanie republik, których narodom według „amerykańskiego prawa” odmówiono prawa do życia, to wielki krok ku przywróceniu prawdziwego międzynarodowego prawa”.

Audycji pana Leontjewa chyba nie obejrzeli uczestnicy szczytu Szanghajskiej Organizacji Współpracy albo obejrzeli tylko pobieżnie. Bo pomimo starań prawnika, prezydenta Miedwiediewa uznania przez Moskwę niepodległości Osetii i Abchazji nie zechcieli uznać za „wielki krok ku przywróceniu prawdziwego międzynarodowego prawa” i w deklaracji końcowej zachowali daleko idącą powściągliwość. Chiny, Kazachstan, Tadżykistan, Kirgizja i Uzbekistan w deklaracji przyjętej na szczycie w Duszanbe 28 sierpnia wyraziły głębokie zaniepokojenie sytuacją wokół Osetii Południowej i wezwały strony do rozwiązania kryzysu drogą dialogu. O uznaniu dla uznania, a nawet o uznaniu dla uznających – ani słowa.

Globalne ochłodzenie?

Ostatni wpis z początku sierpnia zakończyłam wywodem, że ludzie Zachodu, pokładający nadzieje w rzekomym liberalizmie Dmitrija Miedwiediewa, nie mają się o co zaczepić. To było na dzień przed wojną w Gruzji. Przez te trzy tygodnie, jakie minęły od początku konfliktu na Kaukazie, sytuacja w tym względzie stała się jasna: Miedwiediew nie spełni pokładanych w nim naiwnych nadziei Zachodu. Zaprezentował się jako integralna część rządzącego klanu, nie ma najmniejszych wątpliwości, że wykonuje wewnętrzne postanowienia „kremlowskiego biura politycznego” i nie ma własnej – odmiennej od Putina i spółki – wizji prowadzenia polityki. Również polityki zagranicznej.

Polityka klanu natomiast nastawiona jest dziś głównie (choć nie tylko) na zniszczenie wokół granic Rosji wszelkich ośrodków, w których choćby tli się iskra odmienności. Zdaniem Ann Applebaum, Putin jako spadkobierca szkoły myślenia KGB (dodajmy jeszcze: i Miedwiediew jako spadkobierca myślenia Putina) nie jest w stanie strawić tego, że niektóre kraje postradzieckie zwróciły się ku demokracji i wybrały inną formę rządów niż reżim typu putinowskiego (nawet jeśli mają tak niedoskonała formę jak rządy Micheila Saakszwilego w ambitnej Gruzji). Putin postrzega te przemiany jako śmiertelne zagrożenie dla własnych rządów, w których demokracja była do tej pory tylko dekoracją frontonu (a teraz pewnie i ta dekoracja bez bólu odpadnie jako niepotrzebne obciążenie).

 

Militarna szarża na Gruzję, pod pretekstem obrony obywateli Federacji Rosyjskiej mieszkających w Osetii Południowej i Abchazji przed zakusami agresywnych Gruzinów i ich „niepoczytalnego, winnego ludobójstwa Fuhrera”, jak nazywa Saakaszwilego rosyjska telewizyjna propaganda, a potem butna szarża na Zachód – odżegnywanie się od kolejnych segmentów współpracy, rozdęcie do niewiarygodnych rozmiarów antyzachodniego balonu propagandowego, publiczne czczenie bożka siły – będą miały w przyszłości poważne konsekwencje.

Doraźnie Rosji udało się utrzymać kontrolę nad Abchazją i Osetią (poprzez ich uznanie Moskwa chce zapewnić sobie prawo do obecności militarnej; tak na marginesie – ciekawe, jakie obywatelstwo będą mieli mieszkańcy uznanych przez Moskwę republik – osetyjskie? abchaskie? a może tylko rosyjskie, bo takie już mają – czy to będzie w takim razie niepodległość?) i zagrać na nosie Zachodowi, bezradnemu wobec okupowania przez rosyjską armię części terytorium Gruzji wbrew obietnicom i podpisanym porozumieniom.

Swoim sąsiadom z WNP Moskwa udzieliła w Gruzji lekcji poglądowej: za prowadzenie prozachodniej polityki, za dążenie do NATO i innych struktur euroatlantyckich, za starania o uniezależnienie się energetyczne od Rosji każdego spotka zasłużona kara, a Rosja jest zdolna do użycia siły w obronie swoich interesów i dla utrzymania obszaru WNP w wyłącznej strefie wpływów. To samo musi zrozumieć i Zachód. Współpraca militarna i gospodarcza tych krajów z Zachodem jest przez Rosję traktowana jako naruszenie jej żywotnych interesów. Zachodzie, fora ze dwora.

 

Jakie mogą być długofalowe konsekwencje ostatnich konfrontacyjnych posunięć Moskwy? Jeśli chodzi o obszar WNP, to bardzo wiele zależy od postawy najważniejszych z punktu widzenia Rosji państw – Ukrainy, Azerbejdżanu, Kazachstanu i Turkmenistanu. I Gruzji.

To z kolei w dużym stopniu uzależnione jest od oferty i postawy Zachodu. Jeśli Zachód nie znajdzie sposobu, aby uzmysłowić Rosji, że jej siłowe działanie spowoduje dla niej wymierne straty gospodarcze i polityczne, to można się spodziewać, że Moskwie zasmakuje stosowanie siły w rozwiązywaniu różnych problemów i w zatrzymaniu uciekających od niej sąsiadów. Skoro nie ma bata za wesołe zabawy czołgistów na cudzym terytorium, to znaczy, że możemy tak bawić się dalej. Z kolei państwa WNP mogą się rozczarować co do Zachodu. Jeśli działania Zachodu nie będą skuteczne, Zachód przestanie być przez te kraje postrzegany jako atrakcyjna alternatywa dla Moskwy, jego wpływy osłabną. No bo po co ktokolwiek miałby narażać się używającej pięści Moskwie dla iluzorycznych pożytków płynących ze współpracy z niesłownym partnerem? Oferta Zachodu dla nich musi więc być czytelna i konkretna.

Rosyjskie władze pokazały, że są w stanie podjąć ryzyko schłodzenia relacji z Zachodem w imię odegrania straconego terenu. Czy to im się ostatecznie opłaci? Zobaczymy.

 

Putinowi w zdobyciu politycznego Olimpu i poszerzaniu obszaru władzy pomagały zawsze wojny i sytuacje kryzysowe. Na drugiej czeczeńskiej wjechał na Kreml, potem kolejne tragedie (Kursk, Nord Ost, Biesłan) wykorzystywał do stopniowego ograniczania praw obywatelskich i wzmacniania komponentu siłowego w systemie rządzenia. Jakie konsekwencje wewnętrzne dla Rosji będzie miała „wojna pięciodniowa”? Podejmując ostre działania wobec Gruzji, na potrzeby rynku wewnętrznego władze chciały zademonstrować, że Rosja powróciła na scenę międzynarodową jako pełnoprawny gracz, z którym musi się liczyć cały świat, że Rosja – podobnie jak Stany Zjednoczone – może uciec się do argumentu siły, nie oglądając się na głos opinii światowej, na ONZ i inne organizacje międzynarodowe. Obecnie wzmocniło się to skrzydło rządzącego klanu, które myśli odwetowo, stawia sobie za cel przykładne ukaranie Zachodu za lata upokorzeń, marzy o odbudowaniu imperium, nawet jeśli jest to cel nierealny. Na razie to skrzydło jest widoczne, aktywne, zachwycone sukcesem wojennym, żwawo wykonuje putinowską gimnastykę poranną pod hasłem „wstawanie z kolan”, gromi Amerykę, wyśmiewa Zachód. Nie wiemy, jakie są założone przez klan koszty konfliktu o Kaukaz ani jaką cenę społeczeństwo – i jego bogata, i jego biedna część – jest w stanie zapłacić za ułudę wielkości i wypisanie się z cywilizowanego dialogu z resztą świata. Czy droższy jej będzie szacunek (czytaj: strach) partnerów, o którym mówił niedawno prezydent Miedwiediew („Nam chodzi tylko o to, żeby nas szanowano”), za który przyjdzie zapłacić zerwaniem z Zachodem i zamknięciem się w oblężonej twierdzy, czy spokojne życie pod deszczem petrodolarów w jako takim porozumieniu z adwersarzami (bo przecież te petrodolary nie spadają z nieba, tylko spływają od tych adwersarzy właśnie)?

Zamknięcie się w oblężonej twierdzy oznaczać będzie utratę kontroli nad aktywami zgromadzonymi przez elitę na Zachodzie i zaprowadzenie w Rosji modelu wojenno-mobilizacyjnego, co zaowocuje dalszym zawężeniem już i tak bardzo wąskiego pola swobód, odsunie na bok nurt „pokojowy”, wzmocni tendencje odwetowe, ksenofobiczne, imperialistyczne.

Nie wiemy, czy klan rządzący robił takie rachuby. Kilka razy już w różnych grach politycznych przeliczył się z siłami i nieadekwatnie ocenił sytuację. Jak będzie tym razem?