Archiwum kategorii: Bez kategorii

Co będzie z „pomyłką Stalina”?

Kijowski Majdan i to, co się tam dzieje, nie schodzi z pierwszych stron rosyjskich gazet, zaprząta też uwagę rosyjskich polityków.
Dziś Duma Państwowa przyjęła uchwałę o wydarzeniach na Ukrainie. Zdaniem rosyjskich deputowanych odpowiedzialność za radykalizację protestu ponosi opozycja oraz wspierający ją politycy z Zachodu, którzy bezpardonowo wtrącają się w wewnętrzne sprawy suwerennego kraju. Duma wyraziła natomiast pełne poparcie dla działań rosyjskich władz wspierających Ukrainę – udzielenie kredytu, obniżenie cen gazu.
Jedyną frakcją, która nie podniosła ręki za uchwałą, była LDPR Władimira Żyrinowskiego. Dlaczego? Bo LDPR nie popiera wydawania pieniędzy z rosyjskiego budżetu na wspieranie zagranicy, choćby tak bliskiej jak Ukraina. Żyrinowski w wypowiedzi dla mediów nazwał Ukrainę „pomyłką Stalina”. Jego zdaniem regiony wschodnie powinny zostać w 1945 r. wcielone do Rosji, a zachodnie stać się ukraińską republiką radziecką ze stolicą we Lwowie.
Pisarz Eduard Limonow z kolei na stronie gazety „Izwiestia” wzywał do aresztowania przywódców opozycji, gdyż „stali się przestępcami”. Jego zdaniem, nic złego się nie stanie, jeżeli Ukraina rozpadnie się na lewobrzeżną i prawobrzeżną.
Oficjalne czynniki rosyjskie mówią jednym głosem. Te same stwierdzenia, które przyklepała Duma, padają z ust przedstawicieli rosyjskiego MSZ. I minister, i wiceministrowie, a także do kompletu szef komisji spraw międzynarodowych Dumy mówią o ingerencji Zachodu w sprawy ukraińskie. Minister Ławrow wyraził też gotowość pośredniczenia w uregulowaniu ukraińskiego sporu. O ile Rosja zostanie o to poproszona. Na razie taka prośba z Kijowa nie nadeszła.
Rosyjska telewizja informacyjna Rossija 24 na bieżąco pokazuje relację z Kijowa. Nie tylko w reportażach tej telewizji, ale także w innych mediach podkreślane jest to, że sytuacja na Majdanie wymknęła się spod kontroli, że nastroje się zradykalizowały, że na ulicach Kijowa rządzą nacjonaliści, że protest staje się coraz bardziej agresywny, że Zachód miesza, że liderzy Majdanu stracili autorytet. Opowiadanie o anarchii i agresji uczestników Majdanu obliczone jest zapewne na to, by w widzach/czytelnikach nie zakiełkowała sympatia dla manifestujących. A ona ewidentnie wcześniej kiełkowała, np. w blogosferze – rosyjscy entuzjaści, popierający proeuropejskie dążenia Ukrainy, jeździli na Majdan i zachwycali się atmosferą, solidarnością, Rusłaną śpiewającą hymn. „Dlaczego u nas to niemożliwe?” – zastanawiali się. Teraz Majdan został przesłonięty przez wydarzenia na ulicy Hruszewskiego.
Co ciekawe, sprawa ofiar śmiertelnych Majdanu nie jest przez rosyjskie media eksponowana. Zauważyli to i skomentowali jedynie nieliczni (m.in. Anton Oriech na blogu napisał: „Do dzisiejszego ranka można było opowiadać sobie wesołe kalambury o katapulcie, można było śmiać się ze słowa „tituszka” […], ale wesołe hasła i śmieszne fotki stają się na nie miejscu, kiedy zaczynają ginąć ludzie. […] Jak tylko pojawiają się ofiary, pojawiają się i zabójcy”).
W rosyjskim oficjalnym przekazie medialnym, szczególnie w komentarzach pojawiają się też rozważania, czy możliwy jest wariant siłowy zakończenia protestu (rozjechanie Majdanu przez siły porządkowe, mimo oporu) oraz czy na Ukrainie dojdzie do wojny domowej. Dziś trudno prognozować rozwój sytuacji na Ukrainie – dynamika wydarzeń jest niesamowita. Można się natomiast zastanowić, dlaczego opinia publiczna w Rosji jest urabiana przez media w taki sposób, by z akceptacją powitać ewentualne siłowe rozwiązania na Ukrainie. Zdaniem wielu ekspertów, gdyby ukraiński prezydent poszedł na takie rozwiązanie, znalazłby się w międzynarodowej izolacji i musiałby się pocieszać w siostrzanych ramionach Rosji. Osłabiony w ten sposób Janukowycz miałby bardzo ograniczone pole manewru w grach z Rosją, musiałby przyjąć jej warunki.
Obecnie na Majdanie znów stoi nieprzebrany tłum, w pobliżu płoną zwały opon, z trybuny liderzy opozycji składają sprawozdanie ze spotkania z Janukowyczem. „Władza przekroczyła czerwoną linię, zginęli ludzie”, mówią, „Władza kompletnie nic nie rozumie, ma za nic obywateli, ma za nic ofiary”. Choć dziś Dzień Jedności Ukrainy, do porozumienia daleko.

Ansar al-Sunnah grozi Soczi

Ugrupowanie – a może tylko mała grupka, która przedstawia się jako Ansar al-Sunnah – wzięło na siebie odpowiedzialność za zorganizowanie grudniowych zamachów w Wołgogradzie. Nie Doku Umarow, który żyje lub nie żyje (http://labuszewska.blog.onet.pl/2014/01/18/smierc-po-raz-osmy/).
Wiadomość obiegła światowe media, większość skojarzyła zamachowców z iracką jaczejką Al-Kaidy o tej samej nazwie; agencje powtarzały jedna za drugą, że chodzi o międzynarodówkę islamistyczną z Iraku. Ale obejrzenie zamieszczonego przez Ansar al-Sunnah na Youtube filmiku wskazuje na inny adres zamachowców: Dagestan. A więc rosyjski Kaukaz Północny. To stąd mieli się wywodzić członkowie grupy, przedstawieni w materiale jako Sulejman i Adburahman – zamachowcy samobójcy, którzy detonowali ładunki w Wołgogradzie (na filmie widać, jak przygotowują w domowych warunkach bomby, oklejają się nimi itp.). Według Radia Swoboda, dagestańska grupka Ansar al-Sunnah została powołana w ramach Imaratu Kaukaz specjalnie, by przygotowywać zamachy w Rosji. Filmik zawiera też zapowiedź przeprowadzenia zamachu podczas igrzysk olimpijskich w Soczi.
Andriej Sołdatow, który specjalizuje się w tematyce służb specjalnych, twierdzi, że islamistyczne ugrupowania często używają tych samych nazw. Słowo „ansar” ma w nazwie wiele z nich (to „pomocnicy”, tak nazywano mieszkańców Mediny, którzy udzielili schronienia Prorokowi po jego ucieczce z Mekki). Jego zdaniem, autorzy zamachu w Wołgogradzie nie mają nic wspólnego z Irakiem. Materiał filmowy zamieszczony na Youtube ma napisy w języku rosyjskim. Zawiera pogróżki pod adresem mieszkańców Rosji. Obliczony jest zatem na „rynek” rosyjski.
Warto zwrócić uwagę, że żaden z dwóch wymienionych terrorystów-samobójców nie jest konwertytą Pawłem Pieczonkinem, któremu śledztwo przypisywało dokonanie zamachu na dworcu w Wołgogradzie. Ciekawe, co się teraz dzieje z rzeczonym Pieczonkinem.
Wszystkie te hipotezy dotyczące zamachów, terrorystów, Imaratu trudno jednoznacznie zweryfikować. Poruszamy się więc po grząskim gruncie domysłów i sprzecznych sygnałów. Jeżeli faktycznie dwaj panowie z Dagestanu prezentujący się na filmie z Youtube na tle flagi z groźnym napisem dokonali zamachów w Wołgogradzie, a Doku Umarow – ani jego następca, jeśli sam emir faktycznie nie żyje – nie poświadczył tego osobiście, to może być to potwierdzeniem tezy o rozproszeniu radykałów, którzy nie stanowią zwartej organizacji, a związani są ze sobą luźno, symbolicznie. Namierzenie pojedynczych fanatyków, którzy pragną wysadzić się w miejscu publicznym „gdzieś w Rosji”, jest szalenie trudne, wydaje się wręcz niemożliwe.
Nadal nic pewnego pod oliwkami. A w Dagestanie kolejna operacja specjalna, kolejne walki, kolejne ofiary. Suchy komunikat agencyjny brzmi: „w trakcie operacji zneutralizowano trzech bojowników”.

Śmierć po raz ósmy

W Czeczenii znowu chodzą słuchy, że Doku Umarow, samozwańczy emir Kaukazu, przywódca islamskiego radykalnego podziemia walczącego o oderwanie Kaukazu Północnego od Rosji i utworzenie tam państwa wyznaniowego, nie żyje. Pogłoski potwierdził 16 stycznia prezydent republiki Ramzan Kadyrow. O śmierci Umarowa mówił już w połowie grudnia, teraz przedstawił argumenty. Według słów Kadyrowa, Umarow miał być „już dawno temu” zlikwidowany w trakcie jednej z licznych w północnokaukaskich republikach operacji specjalnych, obecnie pozostaje tylko odnaleźć jego ciało. Ponadto Kadyrow powołał się na nagranie rozmowy zwierzchników jaczejek podziemia w Kabardo-Bałkarii i Dagestanie, którzy mieli przez telefon omawiać kwestie schedy po zgonie Umarowa; jeden z nich optował za tym, by miejsce nieżyjącego Umarowa zajął pochodzący w Czeczenii niejaki Asłanbek Wadałow (wyznaczony pono przez samego Umarowa na następcę w wypadku jego śmierci) lub szef dagestańskiego oddziału „emiratu”. Zdaniem Kadyrowa, rozmowy „emirów” to świadectwo, że islamiści zajęci są obecnie dzieleniem stref wpływów w strukturach dowódczych; „olimpiada im nie w głowie, dlatego wszystkie rozmowy o zagrożeniu bezpieczeństwa igrzysk są bezpodstawne” – podsumował.
Podziemie na razie nie zareagowało na słowa Kadyrowa. Cytowane przez agencje informacyjne źródła w rosyjskich służbach specjalnych nie potwierdzają enuncjacji Kadyrowa.
Oświadczenie Kadyrowa to ósmy komunikat o śmierci Umarowa. Poprzednie wiadomości okazywały się mocno przesadzone: Umarow zmartwychwstawał, publikował w internecie apele do walki, brał na siebie odpowiedzialność za kolejne ataki terrorystyczne itd. (m.in. za wysadzenie „Newskiego Expressu”, zamach na lotnisku Domodiedowo w Moskwie, natomiast za przypisywane mu zamachy w Wołgogradzie z końca grudnia odpowiedzialności nie wziął). Ostatnie wezwanie, znane z internetu, pochodzi z lata tego roku, kiedy „emir Kaukazu” wzywał do udaremnienia igrzysk w Soczi.
To ciekawy moment. Kadyrow przedstawia domniemaną śmierć Umarowa jako dowód na to, że igrzyska w Soczi są bezpieczne. Dowód byłby wiarygodny, gdyby „Imarat Kaukaz” (emirat Kaukazu) był zorganizowaną pionowo strukturą, z czytelną hierarchią podległości. Zdaniem ekspertów od Kaukazu jednak radykalne podziemie kaukaskie ma strukturę płynną, rozproszoną, nici łączące poszczególne oddziały i oddziałki są splątane, cienkie, trudne do wychwycenia. Zwierzchnictwo Umarowa nad radykałami jest umowne, symboliczne.
Aleksiej Małaszenko z moskiewskiego Centrum Carnegie napisał, że „prawie wierzy” w śmierć Umarowa: „Dlaczego? – Bo Umarow zrobił swoje, Umarow może odejść. Misja Umarowa była ważna. Po pierwsze dlatego, że jego Imarat Kaukaz przedstawiono (i nadal się przedstawia) jako scentralizowaną strukturę, a jego samego jako niekwestionowanego przywódcę tej struktury. […] Wojna przeciwko Umarowowi podnosi znaczenie siłowików, którzy prowadzą z nim wojnę. Ponadto przypisywano mu zamachy, o których on sam nawet nie wiedział. Po drugie Doku występował z efekciarskimi apelami, które usprawiedliwiały stosowanie wszelkich dostępnych środków walki z terroryzmem. Oświadczenie Umarowa z lipca ub.r. [o atakach na igrzyska] stało się argumentem na rzecz wprowadzenia w Soczi niebywałych restrykcji dotyczących bezpieczeństwa. […] To wyglądało na profesjonalną prowokację. Po trzecie, śmierć Doku przyniosła organizatorom olimpiady niemało korzyści. Proszę zajrzeć do jakiegokolwiek zagranicznego periodyku: wszystkie piszą, jakim szatanem był ten wątły mizerota, stanowiący zdaniem większości zagranicznych dziennikarzy i analityków największe zagrożenie dla hokeistów i turystów. Więc skoro głównego herszta pozbawiono życia, to drodzy goście przybywajcie do Soczi bez strachu. […] Po olimpiadzie Doku może znowu zmartwychwstać”.

Krucjata protodiakona

Andriej Kurajew jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Od dwudziestu lat chętnie występuje w mediach, m.in. w popularnych periodykach przybliża społeczeństwu tradycje związane z prawosławnymi świętami, w telewizyjnych talk-show dyskutuje na tematy teologiczne i nie tylko, wypowiada się na aktualne sporne tematy, często spór świadomie podsycając, często wyrażając opinie niezgodne z oficjalnym stanowiskiem Patriarchatu Moskiewskiego, pisze blog, publikuje książki i artykuły, prowadzi szeroko zakrojoną działalność misyjną. Do niedawna wykładał na Moskiewskiej Akademii Duchownej. Na początku stycznia został z niej usunięty. Formalnie z powodu opuszczania zajęć i „nazbyt przebojowych” wypowiedzi w mediach.
Sam zainteresowany, a także większość komentatorów twierdzi jednak, że to nie zaniedbywanie wykładów ani aktywność w przestrzeni medialnej sprawiły, że stracił posadę. W grudniu ub.r. protodiakon Kurajew opublikował na swoim blogu szczegóły inspekcji protojereja Maksima Kozłowa (nazywanego w Cerkwi poza oczy „Wielki Inkwizytor”) w kazańskim seminarium duchownym. Inspekcję zarządzono w związku ze skargami kleryków, którzy stali się ofiarami molestowania seksualnego ze strony członków władz uczelni. Protojerej Kozłow potwierdził winę prorektora – ihumena Cyryla (Iluchina). Ihumen stracił stanowisko.
Na tym jednak się nie skończyło. Po wyrzuceniu z akademii protodiakon Kurajew dał do zrozumienia, że uważa swoje zwolnienie za odwet „gejowskiego lobby” w Cerkwi. Zaczął umieszczać na blogu kontrowersyjne publikacje dotyczące skandalu obyczajowego w seminarium w Kazaniu i nie tylko tam. Nazywa to „dezynfekcją” Cerkwi. Publikacje te są szeroko cytowane i komentowane w rosyjskiej blogosferze i mediach.
„Seminarium nie przygotowuje do stanu kapłańskiego. Nie daje wiedzy. Za to daje specyficzne pościelowe doświadczenie – pisze bez owijania w bawełnę Andriej Kurajew w blogu. – Przyjęcie do gejowskiej loży następuje już na pierwszym roku. Zwykle do nowego kleryka podchodzi asystent rektora i pyta: jesteś z nami czy przeciwko nam. Bez żadnych konkretów, bez przymuszania. Po prostu opisywane są przywileje, które dostaniesz, jeżeli będziesz z nami”. Bloger twierdzi, że po tych publikacjach zaczęło się do niego zgłaszać wielu ludzi, którzy podczas nauki w seminarium duchownym stali się obiektami zainteresowania duchownych o orientacji homoseksualnej.
Skandaliczne publikacje i wypowiedzi protodiakona uznawane są przez część komentatorów za element wewnętrznej wojny różnych skrzydeł walczących o wpływy w Cerkwi: konserwatywnego i postępowego. Trudno te teorie spiskowe zweryfikować. Oficjalnie Cerkiew nie wypowiada się na ten temat. Dziś prawosławny publicysta Aleksandr Szumski w artykule opublikowanym na stronie „Russkaja Narodnaja Linia” nazwał Andrieja Kurajewa zdrajcą i odszczepieńcem oraz wyraził przypuszczenie, że duchowny ma jakieś „pornozaćmienie” umysłu, a rosyjskie i zagraniczne kręgi liberalne wkrótce uczynią zeń swój sztandar w walce z Cerkwią i obwołają go „Pussy Riot numer dwa” (nawiasem mówiąc Kurajew spotkał się kilka dni temu z uwolnionymi z kolonii karnych uczestniczkami nabożeństwa punkowego w Świątyni Chrystusa Zbawiciela; w przeszłości podczas ich procesu wielokrotnie zabierał publicznie głos, biorąc „Puśki” w obronę).
Natalia Geworkjan w komentarzu dla Radia Swoboda zwraca uwagę na inny aspekt sprawy: „Seks-skandal w seminarium w Kazaniu […] ma miejsce w kraju homofobicznym. Kurajew doskonale o tym wie, jako że sam w niemałym stopniu przyczynił się do tego, aby kraj właśnie takim się stał. Wstrząsające są opowieści seminarzystów. […] Ale ilu z tych, którzy dowiedzieli się o skandalu [w kazańskim seminarium], zastanowi się nad obłudą Cerkwi? O wiele mniej niż tych, którzy jeszcze bardziej będą po tym nienawidzić gejów. Cerkiew przeniesie z jednego seminarium do drugiego winnych [uwodzenia kleryków] wykładowców, ale problem tym samym przecież nie zniknie, Kurajew się wylansuje, a homofobia stanie się jeszcze większa. […] Kurajew to swego rodzaju cerkiewny Snowden i jego działalność wywołuje równie gorące spory jak postępowanie byłego pracownika amerykańskich służb specjalnych”.

Stary Nowy Rok 2014

Między kalendarzem gregoriańskim i juliańskim różnica obecnie wynosi trzynaście dni i tak będzie do 2100 roku (potem różnica zwiększy się do czternastu dni). Państwo rosyjskie od czasów cara Piotra I zaczyna nowy rok – jak w Europie – od stycznia (wcześniej odliczanie nowego roku zaczynało się 1 września, „od stworzenia świata”); od stycznia 1918 roku żyje według kalendarza gregoriańskiego (nowego stylu). Rosyjska Cerkiew używa nadal kalendarza juliańskiego (starego stylu).
W Rosji 13 stycznia obchodzi się – trochę pół żartem, pół serio – tak zwany Stary Nowy Rok, swoisty przeżytek zmiany kalendarza z juliańskiego na gregoriański. Symbolicznie dzień ten kończy okres świąteczny zaczynający się 31 grudnia. W latach ZSRR wiele z tradycji związanych z Nowym Rokiem zostało utraconych. Po rewolucji zaniechano obchodzenia Bożego Narodzenia (według juliańskiego kalendarza przypadającego na 7 stycznia), próbowano oduczyć rządzący proletariat upajania się „opium”, za jaki oficjalnie uznano religię. Tradycję strojenia choinki obwołano „burżuazyjnym przeżytkiem”. Dopiero w 1935 roku partia dała zielone światło: można witać radośnie Nowy Rok. Część wypartych z przestrzeni publicznej tradycji bożonarodzeniowych przywrócono/wprowadzono/przeszczepiono jako tradycje noworoczne. To było święto dla rodziny, która zbierała się przy stole, dzieci mogły się cieszyć choinką i prezentami. Każde dziecko dorastające w latach trzydziestych w Kraju Rad wiedziało, że choinkę dał dzieciom towarzysz Stalin. Dopiero w 1947 r. 1 stycznia stał się dniem wolnym od pracy. Pojawiły się też nowe świeckie-sowieckie tradycje: sałatka Olivier, kremlowskie kuranty oznajmiające północ, nadawane początkowo przez radio, a potem przez telewizję na cały kraj i szampan. Potem powstały noworoczne filmy, które co roku są obowiązkowo tłuczone przez wszystkie telewizje (np. „Ironia sud’by” z Barbarą Brylską, pisałam o tym m.in. tu: http://labuszewska.blog.onet.pl/2009/12/31/z-biegiem-lat-z-biegiem-dni/).
Ze Starym Nowym Rokiem też związane są stare zwyczaje, które od kilku lat próbuje się w Rosji przypominać. I dzień ten staje się coraz popularniejszym świętem. Odżywają zapomniane tradycje kulinarne. „Małania”, jak nazywa się też nieoficjalnie 13 stycznia (według starego stylu to imieniny Małanii-Melanii), a potem następujący 14 stycznia Wasyl (dzień św. Wasilija) lubią dobrze zjeść: faszerowane karpiki, pieczone prosiaki, fantazyjnie doprawiony drób, bliny, kiełbasy.
To jeszcze jeden miły powód, by życzyć sobie pomyślności, z czego skwapliwie korzystam. Jeszcze raz: wszystkiego najlepszego.

Kalendarz ze Stalinem

Na początku każdego roku powstaje problem, jaki wybrać kalendarz ścienny: pejzaże górskie, pieski, malarstwo włoskie, a może Marilyn Monroe. W zeszłym roku opatrzyły się stare samochody, więc może na ten rok sprawimy sobie sflaczałe zegary Salvadora Dali albo fotki z „Rzymskich wakacji”…
Rosjanie też lubią kalendarze ścienne – i marynistykę Ajwazowskiego, i widokówki starej Moskwy, i z nieskromnymi kobietami szkice nastrojowe. Rekordy popularności swego czasu biły kalendarze z wizerunkiem umiłowanego przywódcy. Studentki dziennikarstwa MGU w 2010 roku przygotowały specjalne wydanie kalendarza erotycznego, w którym popierały Władimira Władimirowicza pełną piersią. Ich koleżanki z wydziału wydały w odpowiedzi protest-kalendarze: sfotografowały się np. z zaklejonymi ustami, by zaprotestować przeciwko kneblowaniu mediów itd.
Wydawnictwo Dostoinstwo (Godność) skutecznie rozszerza paletę kalendarzy: od trzech lat z powodzeniem wydaje biograficzny kalendarz ścienny „Stalin” (http://www.politkniga.ru/product/biograficheskij-kalendar-stalin-na-2013-god/). Na każdej karcie podobizna Ojca Narodów – od czasów seminaryjnej młodości po oficjalne portrety w mundurze generalissimusa – oraz krótka nota, przybliżająca najważniejsze wydarzenia z życia Stalina (http://www.newsru.com/pict/big/1622075.html). Stalin na sprężynce kosztuje jedyne 250 rubli. Można go zamówić przez Internet. „Z dumą przedstawiamy kalendarz ścienny, to doskonały prezent dla weteranów i osób zainteresowanych historią” – zachwalają wydawcy. Przez dwa ostatnie lata nikt jakoś w przestrzeni publicznej nie zwrócił uwagi na ten ponury wyraz chorej miłości do tyrana. W tym roku wybuchł skandal. Wszelako nie chodziło o napiętnowania samego faktu wydawania tego kuriozum, ale o to, że drukiem kalendarza ze Stalinem zajęła się drukarnia… Ławry Troicko-Siergijewskiej, jednego z najważniejszych monasterów Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej.
Blogosfera w Rosji rozwałkowała temat na cienki placek. „Duchowni mają chyba syndrom sztokholmski: kochają swego prześladowcę” – powtarzano w licznych komentarzach. Rzeczywiście to karkołomna konstrukcja: cerkiewna drukarnia wykonuje usługi na rzecz upamiętnienia prześladowcy i kata Cerkwi i prawosławnego duchowieństwa, człowieka, który nakazał wysadzenie w powietrze Świątyni Chrystusa Zbawiciela w Moskwie.
Dziś pojawiły się wyjaśnienia, że dyrektor drukarni stracił posadę za wykonanie skandalicznego zlecenia.

Oziero nie tonie

Ekonomiści mniej lub bardziej oddaleni od władzy, a nawet ci do niej zbliżeni zaczynają coraz głośniej mówić, że Rosja mimo gromkich zapowiedzi władz nie może się wygramolić z jamy kryzysu, w który wpadła po 2008 roku. Wróżą, że rok 2014 będzie jeszcze chudszy. Zaklęcia prezydenta nie działają. Ale jak mówi stare rosyjskie porzekadło – „komu wojna, a komu mat’ rodna”. Czyli jedni na kryzysie tracą, a drudzy się tuczą.
Jak wynika z pobieżnego przeglądu aktywów, członkowie najwierniejszej grupki wspierającej Władimira Putina i siebie – kooperatywy Oziero plus najbliżsi – nie stracili na kryzysie. W 2013 roku żwawo rozglądali się po świecie i kupowali nowe cegiełki do budowli swych imperiów biznesowych.
I tak, bracia Jurij i Michaił Kowalczukowie w minionym roku „poszli w media”: kupili akcje gazety „Izwiestia”, dom wydawniczy Trzy Korony, wydający najpopularniejszą gazetę Petersburga, holding Profmedia (m.in. trzy stacje TV), za pośrednictwem Gazprommedia/Gazprombank kontrolują inne popularne telewizje i rozgłośnie radiowe. Kowalczukowie zainteresowali się też telekomunikacją i wykupili 50% akcji czwartego co do wielkości operatora komórkowego w Rosji Tele2Rossija.
Kolejni panowie bracia, którzy kiedyś wraz z prezydentem walczyli w klubie na tatami, Arkadij i Borys Rotenbergowie rozwijali się w dziedzinie telekomunikacji, obsługi portów lotniczych. Mogli się cieszyć otrzymaniem lukratywnych zleceń (Borys Rotenberg buduje, niezgoda z nim rujnuje). Nie pogardzili sferą kultury: kupili wielkie wydawnictwo, które też otrzymuje lukratywne zlecenia od państwa i tłucze na tym miliardy rubli rocznie. Stara miłość do sportu nie rdzewieje, więc do spółki z Giennadijem Timczenką (który słynie z tego, że podaje do sądu dziennikarzy, nazywających go „przyjacielem Putina”) wykupili akcje fińskiego klubu hokejowego Jokerit i kompleks sportowy. Sam Timczenko zakupił akcje wielkich firm budowlanych, obecnie szykuje się do walki o kontrakt na zbudowanie naziemnego odcinka gazociągu South Stream (ciekawe, czy wygra).
Igor Sieczin, prezes największego koncernu naftowego Rosji Rosnieft’, zakupił 794 863 akcje swego koncernu. Kilka dni później dokupił jeszcze kilkaset tysięcy kolejnych. To był rok, dobry rok – śpiewał kiedyś Seweryn Krajewski.
A teraz nastąpił Nowy Rok – czas wytchnienia, odprężenia. Największe święto w Rosji. Nawet w Związku Radzieckim na Nowy Rok były dwa dni wolnego po szumnym Sylwestrze. Teraz styczniowa śpiączka trwa jeszcze dłużej, bo zaraz prawosławne Boże Narodzenie – też dni wolne od pracy, a potem jeszcze tak zwany stary Nowy Rok, 13 stycznia to 1 stycznia według starego kalendarza, więc znowu okazja do balowania. Bracia Rotenbergowie, Kowalczukowie, Timczenko, Sieczin, ministrowie, deputowani Dumy, senatorowie, gubernatorzy, bankierzy, członkowie zarządów mniej lub bardziej ważnych spółek albo wyjechali w Alpy czy na Seszele, albo zaszyli w dobrze strzeżonych willach. Życie polityczne na ten czas na ogół zastyga. Wakacyjnego kalendarza nie zakłóciły nawet tragiczne wydarzenia w Wołgogradzie. Jedynie Władimir Putin przyjechał do szpitala, w którym leczone są ofiary wybuchów.

Śledzik pod kołderką

Rosja zaczęła witać Nowy Rok – mieszkańcy dalekowschodnich regionów już piją szampana. Na noworocznych suto zastawionych stołach króluje nieśmiertelna sałatka Olivier, ryba w galarecie z chrzanem oraz sielodka pod szuboj, co w wolnym przekładzie można oddać jako „śledzik pod kołderką”.
Legenda głosi, że autorem przepisu jest moskiewski kupiec, właściciel sieci traktierni Anastas Bogomiłow. Goście jego lokali często pili na umór, a upiwszy się, rozpoczynali rozmowy o przyszłości ojczyzny, w latach wielkiego przełomu po rewolucji październikowej na tym tle dochodziło do bójek. Aby konsumenci nie targali się nieustannie za czuby z powodów politycznych, Bogomiłow wymyślił zakąskę, która pozwalałaby zjednoczyć przedstawicieli różnych warstw i klas.
Oto czarowna sałatka. Marynowanego śledzia kroi się w nieduże wąskie paski i układa na posiekanych lub startych na tarce gotowanych ziemniakach. A na śledzika narzuca się rzeczoną kołderkę: marcheweczka ciach-ciach-ciach, cebulka, jabłuszko, jajka na twardo, buraczki gotowane – ingrediencje muszą być rozdrobnione: starte na tarce lub rozkruszone, lub pokrojone w wąskie paseczki. Wszystko to pokrywa się warstwą majonezu i odstawia w chłodzie na kilka godzin, by dojrzało. Śledzik dzieli się swoim aromatem i smakiem z kołderką i wzajemnie. Leżakowanie nie może trwać krócej niż dwie godziny. Rasowy śledzik pod kołderką powinien stać tak długo, aż majonez nabierze barwy buraczków.
W recepturze kulinarno-politycznego kupca Bogomiłowa wszystkie ingrediencje miały swój symboliczny wymiar. Śledź – ulubione danie robotników, cebulka, kartoszka i marchewka – wkład chłopstwa, wszystko pokryte burakami, wyobrażającymi sztandar proletariatu. Nie zapomniano o wrogu Rad – zachodniej burżuazji, którą w sałatce reprezentował majonez. Rybka lubi pływać, więc śledzika zalewano obficie wódeczką. Ale już w dobrej politycznie atmosferze. Bogomiłow nie ograniczył się do sporządzenia samej potrawy, zadbał również o jej odpowiednio nacechowaną nazwę. Słowo SZUBA (mające w języku rosyjskim różnorakie znaczenie: m.in. okrycie wierzchnie, futro, kożuch) użyte w nazwie dania było tak lubianym w czasach rewolucji skrótowcem: „SZowinizmowi i Upadkowi – Bojkot i Anatema”.
Wyposażeni w tak doskonałą recepturę pojednania już możemy otwierać szampana, żegnać wszystko, co nie udało się w starym roku i życzyć sobie i innym dużo lepszego Nowego Roku. Wszystkim Państwu życzę pomyślności i szczęścia w roku 2014! Oby nam się! Do Siego Roku!

Trolejbus na linii frontu

To już więcej niż strach, to panika. Szok w przeddzień powitania Nowego Roku, kolejny wstrząs przed zbliżającymi się wielkimi krokami igrzyskami w Soczi.
Jeszcze nie opadł kurz po wczorajszym zamachu na dworcu kolejowym w Wołgogradzie (http://labuszewska.blog.onet.pl/2013/12/29/dworzec-grozy/), a dziś doszło do kolejnego potwornego aktu terroru w tym mieście. Tym razem w godzinach szczytu wybuchł trolejbus jadący z centrum do dzielnicy Siedem Wiatrów. W godzinach szczytu – a więc w pojeździe, który jest zatłoczony. Według wstępnych danych zginęło co najmniej czternaście osób. Karetki pogotowia powiozły dziesiątki rannych do znajdującego się w Siedmiu Wiatrach szpitala – tam przywieziono też wczoraj ofiary zamachu na dworcu. Jako najbardziej prawdopodobną wersję ataku Komitet Śledczy podaje zdetonowanie ładunku przez zamachowca samobójcę. Siła wybuchu była potężna – trolejbus rozerwało.
Początkowe informacje, że zamachu na dworcu 29 grudnia dokonała kobieta, nie potwierdziły się. Analiza zapisu z kamer prowadzi do wniosku, że atak przeprowadził mężczyzna. Trzydziestodwuletni Paweł Pieczonkin z miasta Wołżsk w Republice Mari Eł. Pieczonkin pracował jako felczer, w 2012 roku przeszedł na islam. Półtora roku temu dołączył do radykalnego podziemia islamskiego w Dagestanie, od nowych towarzyszy otrzymał nowe imię: Ansar Ar-rusi. Bombę na dworzec w Wołgogradzie Ar-rusi przyniósł w plecaku. Również dziś w trolejbusie wysadził się najprawdopodobniej mężczyzna. To nowy wyraźny trend: już nie „czarne wdowy”, już nie kaukascy fanatycy, a przekabaceni konwertyci o słowiańskim wyglądzie, chłopcy z plecakami przewieszonymi niedbale przez ramię.
Na razie nikt nie wziął na siebie odpowiedzialności za przeprowadzenie zamachów. Nie wypowiedział się też prezydent Putin, który ograniczył się do wysłania do Wołgogradu szefa Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Komentatorzy oczekują, że Putin odniesie się do zamachów w orędziu noworocznym wygłaszanym 31 grudnia przed północą.
Wyznaczoną wczoraj trzydniową żałobę w Wołgogradzie wydłużono dziś do pięciu dni, w mieście odwoływane są imprezy noworoczne. Żałoba obejmuje tylko obwód wołgogradzki, reszta kraju szykuje się do świętowania Nowego Roku. To największe, najweselsze święto w Rosji, obchodzone hucznie – i w rodzinnym gronie, i na imprezach masowych pod gołym niebem, i na wielkich balach w eleganckich salach. W największych miastach Rosji wzmocniono jedynie kontrolę bezpieczeństwa. Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej zwróciła się do prezydenta z prośbą o ogłoszenie 1 stycznia dniem ogólnonarodowej żałoby. Na razie pewne zmiany w siatce planują stacje telewizyjne (mniej programów rozrywkowych). W Petersburgu odwołano noworoczne fajerwerki.
Komentatorzy i blogerzy coraz częściej zadają pytanie: jak mogło dojść do tych zamachów, skoro mamy takie znakomite, wszechstronnie wyszkolone, wyposażone we wszelkie możliwości inwigilacji społeczeństwa służby specjalne? Andriej Sołdatow, dziennikarz specjalizujący się w tematyce służb specjalnych, w wywiadzie dla portalu Lenta.ru powiedział: „działania FSB i policji w Wołgogradzie to połączenie populizmu i rozpaczy […] trudno to uznać za skuteczną walkę z terroryzmem. Trzeba się liczyć z tym, że zamachy w Wołgogradzie są manewrem odwracającym uwagę od większej operacji, szykowanej w innym miejscu, o wiele ważniejszym niż Wołgograd, i w o wiele większej skali. […] W czasie, gdy przez ostatnie dziesięć lat rosyjskie służby reformowano i przygotowywano do odpierania ataków wielkich uzbrojonych grup napastników, kaukaskie podziemie islamistyczne też przeprowadziło swoje reformy – zamiast struktur quasi-wojskowych tworzono małe (5-6 osób) zwrotne, dynamiczne jaczejki”. Natomiast w rosyjskich służbach brakuje wyszkolonych specjalistów do walki z działającymi w pojedynkę zamachowcami samobójcami. Zdaniem Sołdatowa, lider kaukaskich terrorystów Doku Umarow ma teraz wystarczający potencjał ludzki, by dokonywać zamachów nie tylko na Kaukazie Północnym, ale nawet w centralnej Rosji. Dziennikarz zwrócił uwagę na jeszcze jedną istotną rzecz: kryzys zaufania. Nie tylko społeczeństwa do służb, ale i wewnątrz FSB. „Przyczyną braku zaufania pomiędzy poszczególnymi szczeblami jest korupcja”. Temat rozwija w swoim blogu Andriej Malgin: „Prawdziwej walki z terroryzmem w Rosji nie ma i nie będzie […]. Służby same siebie dyskwalifikują. Są zaprogramowane na zarabianie pieniędzy, na wspomaganie politycznych gierek, na wszystko, tylko nie na zapewnienie obywatelom bezpieczeństwa. Jedyny funkcjonariusz FSB, jakiego osobiście znam, służący w departamencie, który powinien zwalczać kaukaski ekstremizm, przez cały czas zajmuje się rejderstwem (wymuszanie „wyskakiwania” z własności) w Moskwie, jest chłopcem na posyłki bossów czeczeńskiej diaspory. Do pracy przychodzi, żeby się podpisać, swoją pensję oddaje naczelnikom, którzy opłacają z kolei swoich zwierzchników”.
Zapowiadany już po wczorajszym zamachu obywatelski protest przeciwko terroryzmowi w Wołgogradzie (niezbyt liczny – Gazeta.ru informuje o około dwustu manifestantach, choć w Internecie udział deklarowało 12 tys.), zwoływany za pośrednictwem portali społecznościowych, został dziś rozpędzony przez OMON. Zatrzymano 25-50 uczestników.

Dworzec grozy

Nie ma spokoju pod oliwkami – w Wołgogradzie znów doszło do zamachu terrorystycznego, zginęło co najmniej piętnaście osób (według niektórych źródeł osiemnaście), w tym jedno dziecko. Ładunek miał siłę 10 kilogramów trotylu, zawierał elementy metalowe, które zwiększyły moc rażenia. Dwa miesiące temu samobójczyni z Dagestanu Naida Asijałowa zdetonowała ładunek wybuchowy w wołgogradzkim autobusie komunikacji miejskiej (zginęło siedem osób), tym razem szahidka wysadziła się na dworcu, przy metalowej bramce wejściowej. Jak podają na gorąco śledczy, zamachu na dworcu dokonała najprawdopodobniej Oksana Asłanowa, również pochodząca z Dagestanu. Obie kobiety podobno się znały. Asłanowa była żoną jednego z liderów islamskiego podziemia „generała” Waliżdanowa, który zginął w trakcie operacji sił specjalnych; po jego śmierci ponownie wyszła za mąż za bojownika.
Media powołując się na źródła w organach ścigania Dagestanu, informują, że już w listopadzie za Asłanową rozesłano list gończy. Podejrzewano, że po szkoleniu, jakie przeszła w obozach islamistów, może dokonać zamachu samobójczego. Listy rozesłano jeszcze za dwiema innymi znajomymi Naidy Asijałowej.
Komentatorzy nie mają wątpliwości: kolejny zamach w Wołgogradzie to już nie przypadek – to więcej niż przestroga. Zwraca się uwagę na bliskość Wołgogradu, Kaukazu Północnego i Soczi. Zamach mógł być kolejną demonstracją siły radykalnego podziemia islamskiego, które ogłosiło, że zamierza oderwać Kaukaz Północny od Rosji i utworzyć tam państwo wyznaniowe – Imarat (emirat) Kaukaz, a doraźnie – wysadzić w powietrze spokój i bezpieczeństwo zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi. Zwraca uwagę jeszcze i to, że służby specjalne mające za zadanie udaremnianie zamachów, znów tym razem zaspały. Według oficjalnych statystyk – w mijającym roku 2013 udaremniono dwanaście aktów terroru. Ale do wielu spektakularnych, w których zginęli ludzie, jednak doszło.
Jedna z wersji, którą śledztwo bierze pod uwagę, wiąże dzisiejszy zamach z niedawną likwidacją przez rosyjskie służby specjalne w Dagestanie Islama Atijewa – jednego z bliskich współpracowników lidera kaukaskich dżihadystów, Doku Umarowa. Zamach na dworzec miałby być aktem zemsty islamistycznego podziemia za Atijewa lub za śmierć Dmitrija Sokołowa, konkubenta Naidy Asijałowej (samobójczyni z autobusu).
Portal Vkontakte dwie godziny po zamachu zaczął zwoływać ludzi na spontaniczny wiec, który ma się odbyć jutro, 30 grudnia. Naczelnym hasłem ma być żądanie dymisji gubernatora Siergieja Bożenowa i pani mer miasta Iriny Gusiewej. Przedstawiciele wołgogradzkiego ratusza występują przeciwko tej inicjatywie, obawiając się, że zgromadzenie przekształci się w wystąpienia antykaukaskie. Już po październikowym zamachu w mieście zapanowała panika i podniosły się antykaukaskie nastroje.
Rosyjski historyk, specjalizujący się w tematyce islamskiej Gieorgij Mirski uważa, że powiązanie zamachów, do których dochodzi w Rosji, z przygotowaniami do igrzysk w Soczi nie jest oczywiste. Islamistów napędza nienawiść niezależnie od kalendarza olimpijskiego. „Czy to wojna religijna? – pisze Mirski w blogu. – Islam versus chrześcijaństwo? Starcie cywilizacji? Nie. Dżihadziści, zabijający na rozkaz bin Ladena Amerykanów, nie uważają ich za chrześcijan. Dla nich Amerykanie i Europejczycy (włączając Rosjan) to ludzie bezbożni i zepsuci, całkowicie amoralni. Zabijać ich trzeba nie dlatego, że są niewierni, tzn. nie są muzułmanami, a dlatego że ich wartości nie tylko stoją w sprzeczności z islamem, ale grożą rozmywaniem wartości islamskich. Ręce precz od islamu, od islamskiej wspólnoty, od rdzennie islamskich ziem – tak faktycznie brzmi hasło islamistów-dżihadystów. Fanatycy poświęcają życie w imię islamu, tak w każdym razie myślą i z radością idą na śmierć. Tak naprawdę radykalny krwawy islamizm to nowotwór na ciele wielkiej religii. Nic w oczach całego świata nie dyskredytuje islamu tak mocno jak islamizm, dżihadyzm. Ale jest pewna zasadnicza różnica pomiędzy akcjami terrorystów w Ameryce i Europie i zamachami w Rosji. T a m oni nie stawiają sobie za cel rozwalenia Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, t u ich zadaniem jest doprowadzenie do rozpadu Rosji”. Zdaniem Mirskiego, organizatorzy zamachów chcą nie tyle zastraszyć ludzi, ile podsycić nastroje antykaukaskie, które w rezultacie mogą doprowadzić do oderwania Kaukazu – a potem także innych muzułmańskich republik (Tatarstan, Baszkiria) – od Federacji Rosyjskiej.
Na pewno nie ma łatwego wytłumaczenia, a tym bardziej nie ma łatwego wyjścia z tej zaplątanej sytuacji, jaka wytworzyła się w południowym okręgu federalnym Rosji. Problemów jest moc – kaukaski tygiel wrze nie od dziś.
W obwodzie wołgogradzkim ogłoszono żałobę w dniach 1-3 stycznia. To straszna tragedia i wielki wstrząs, wyrazy współczucia dla rodzin ofiar.