Archiwum kategorii: Bez kategorii

Na początku drogi

Doroczne orędzie prezydenta Dmitrija Miedwiediewa wielokrotnie przekładano, w doniesieniach medialnych budowano oczekiwanie czegoś wyjątkowego. Skoro tyle razy odkłada się wystąpienie głowy państwa, to znaczy, że zostanie wygłoszony nadzwyczaj ważny komunikat. W komentarzach medialnych, kuluarowych rozmowach spodziewano się bez mała manifestu politycznego – deklaracji startu w wyborach 2012, założenia własnej partii, która byłaby konkurencją dla putinowskiej Jednej Rosji. Skąd takie spekulacje? Część nomenklatury i środowisk eksperckich „wydajot żełajemoje za diejstwitielnoje”, czyli wykazuje się myśleniem życzeniowym. Innych przesłanek, by spodziewać się takich potężnych wstrząsowych atrakcji, nie było.

Prezydent Miedwiediew 30 listopada przedstawił zgromadzonej na Kremlu elicie władzy zbiór ze wszech miar słusznych postulatów, które można by zebrać pod ogólnym tytułem „bliżej człowieka” – poprawa sytuacji dzieci, demografia,  socjal. Znakomite wystąpienie dobrego człowieka, powiedzmy, wiceministra zdrowia i opieki społecznej. I nie można powiedzieć, że to rzeczy nieważne: dzieci to przyszłość narodu, od stanu służby zdrowia też wiele zależy. Ale prezydent nie powiedział ani słowa o przyszłości politycznej kraju. A może nie mówiąc nic, powiedział wszystko: system się nie zmienia, władza się nie zmienia, a o tym, co będzie się działo w 2012 r., Władimir Władimirowicz jeszcze nie zdecydował. Część słuchaczy była wyraźnie zawiedziona. Z Miedwiediewem wiążą nadzieje ci, którzy nie odnaleźli się albo przestali się odnajdywać  w systemie stworzonym przez Putina. W redakcyjnym komentarzu internetowej „Gazety.ru” wskazuje się: „stworzony przez Putina system polityczny zbudowany jest tak, że żadne realne zmiany, dopóki on znajduje się u steru władzy, są niemożliwe, a jego wyjście z tego systemu nie jest przewidziane. […] Miedwiediew, który nie stał się faktycznie pierwszą osobą w państwie, nie dostał szansy, by wykazać, że może poprowadzić kraj ku przemianom. Putin natomiast jasno wykazał, że poza taktycznymi zmianami nie zamierza wprowadzać zmian systemowych. To nie leży w jego interesie. I będzie pozostawał u władzy do momentu, w którym sam zechce opuścić miejsce przy sterze. Problem polega jednak na tym, że gwarantowanie przez Putina spiżowej nietykalności jego systemu wchodzi w ostrą przeciwfazę z oczekiwaniami społeczeństwa. Dekada dobiegła końca, rządy Putina nie okazały się efektywne, a teraz system, skoncentrowany na czujnym przestawianiu krzeseł w gabinetach, aby właściwe ręce znajdowały się na właściwym przyrządzie do rządzenia i zarządzania, jest ewidentnie anachroniczny. Czy ten system przeżyje zatem rok 2012?”.

W tym tygodniu ważność daty 2012 przysłoniła zdecydowanie data 2018. Rosja otrzymała od FIFA prawo organizacji piłkarskich mistrzostw świata w 2018 roku. Radość w Rosji była wielka. Zdziwienie też. Brytyjska prasa ujawniała w przeddzień fakty korupcyjnego uwodzenia ważnych decydentów FIFA, biła w przewodniczącego Blattera i pozostałych członków decyzyjnego zgromadzenia ze wszystkich armat. Być może to jedna z przyczyn niepowodzenia, obiektywnie najlepszej, angielskiej kandydatury na organizatora mistrzostw – członkowie federacji mający prawo głosu obrazili się na Brytyjczyków. Poza tym, jak piszą znawcy, w FIFA panuje teraz moda na misjonarstwo: szerzyć idee futbolowe tam, gdzie nie są one jeszcze silne (stąd wybór Rosji, gdzie piłka jest wprawdzie bardzo popularna, ale infrastruktura zdecydowanie niewystarczająca, by zorganizować imprezę rangi mistrzowskiej, a tym bardziej wskazanie maleńkiego acz bogatego i ambitnego Kataru jako organizatora kolejnych mistrzostw). Oficjalne kręgi polityczne w Rosji odczytały decyzję o powierzeniu Rosji organizacji mistrzostw świata jako sukces, kolejny wyraz uznania świata dla kraju.

Orędzie prezydenta zbiegło się w czasie z ujawnieniem przez WikiLeaks kolejnych dokumentów z poufnej korespondencji amerykańskich dyplomatów. Druga porcja też nie zawierała odkrywczych rewelacji  – bo kogo w Rosji mogą zaskoczyć doniesienia o tym, że mer Łużkow patronował korupcji, a Siemion Mogilewicz był znanym „autorytetem”, a nie tylko właścicielem perfumerii. Rządzący Rosją tandem tym razem wyraził jednak niezadowolenie z powodu sformułowań pod swoim adresem, zawartych w depeszach amerykańskich ambasad. Dyplomaci amerykańscy podkreślali mniejsze znaczenie prezydenta Miedwiediewa w układzie rządzącym, dostrzegając hegemonię Putina… Putin w wywiadzie dla CNN powiedział mniej więcej to, żeby się Amerykanie troszczyli o swoją demokrację, bo z nią nie wszystko jest w porządku, a zostawili w spokoju rządzący Rosją tandem, bo został on wybrany przez naród.

Zasady gry w tandemie zostały ustalone, jeszcze zanim Miedwiediew został przez Putina wybrany na prezydenta. I wydaje się, że obie strony trzymają się tych zasad, nie przekraczając cienkiej czerwonej linii. Ale wszystko płynie, czasy się zmieniają, a wraz z nimi powstają nowe wyzwania, tworzą się nowe układy, punkty odniesienia. I zmienia się klimat. Jeszcze dwa lata temu nie do pomyślenia była na przykład wizyta prezydenta Rosji w Polsce, której towarzyszy ewidentne ocieplenie. Ba, jeszcze rok temu rosyjska propaganda eksploatowała antypolskie wątki, podkręcając temperaturę historycznych debat, atakując polskie inicjatywy. Klimat zmienił się przez ten rok nie tylko w odniesieniu do Polski. Może to tylko pochodna nadziei na pozytywne efekty resetu ze Stanami, w relacjach z którymi panuje ostrożny optymizm (choć obok gestów przyjaznych tandem Putin-Miedwiediew wykonuje też rytualne groźby: np. jeśli zrobicie sobie, Zachodzie, tarczę antyrakietową bez nas, to my wam podkręcimy wyścig zbrojeń), a może przejaw szerszej ogólnej tendencji.

Rosyjscy politycy zaniechali odgórnego, otwartego przywracania do łask Stalina. Miedwiediew firmuje ten odwrót – co jakiś czas daje sygnały, że uważa stalinizm za zbrodniczy system (ostatnio w Dniu Pamięci Ofiar Represji 30 października). Uchwała Dumy Państwowej z 26 listopada w sprawie potępienia zbrodni katyńskiej (jakkolwiek jeszcze bez stwierdzenia konieczności pełnej rehabilitacji ofiar zbrodni) też jest wyrazem i potwierdzeniem tendencji odwrotu od tej gloryfikacji Stalina, jaka miała miejsce w czasach prezydentury Putina. Co więcej, zapowiadana jest na styczeń narada pod auspicjami prezydenta, która ma być poświęcona destalinizacji. Czy to tylko krótkotrwały eksperyment, czy trwała tendencja? „Nasz reżim powoli dojrzewa do tego, aby przemalować ideologiczną fasadę. Poprzednia fasada w stylu liftingowanego stalinowskiego art deco wypłowiała, zresztą od samego początku było wiadomo, że to tylko tymczasowa dekoracja” – napisał w tekście „Powolne ciemnienie stalinowskich malowideł” Siergiej Szelin.

Ciemnienie faktycznie powolne. Ostrożne i niepewne. To dopiero pierwsze – owszem, szalenie ważne, ale jednak pierwsze i ciągle dalece niewystarczające – kroki ku oczyszczeniu. Rosja nie przeszła ciernistej drogi ekspiacji, lustracji, odkłamania, demitologizacji własnej tragicznej przeszłości. Z radością trzeba witać pierwsze jaskółki, ale i wyglądać kolejnych. Powodzenie rozpoczętej linii zależy w znacznej mierze od tego, co wydarzy się w 2012 roku na szczytach władzy.

Co było zakryte, jest odkryte

Portal WikiLeaks opublikował kolejną porcję dokumentów, objętych klauzulą tajności. Tym razem wywieszono w Internecie depesze placówek dyplomatycznych USA z całego świata, wśród nich wiele kłopotliwych, trochę sensacyjnych, trochę kompromitujących. Na razie panuje ogólna konsternacja, odpowiednie służby czytają i analizują te dokumenty, które odnoszą się do ich kraju. Służby prasowe rosyjskiego prezydenta i premiera odniosły się do rewelacji WikiLeaks ze stoickim spokojem. W rzeczy samej nie ma się o co niepokoić i gniewać – w ujawnionych dokumentach, dotyczących Rosji, nie ma nic, co mogłoby wstrząsnąć, zniesmaczyć, zaskoczyć, zdemaskować.

O rządzącym w Rosji tandemie amerykańscy dyplomaci w clarisach pisali ogólnie znane i wielokrotnie przewałkowane przez media rzeczy: że rządzi Putin („samiec alfa”), a Miedwiediew jest „blady i nieciekawy”, obaj zaś nie potrafią patrzeć i działać dalekowzrocznie. Putina i Miedwiediewa porównano do Robina i Batmana. Z doniesień na temat Rosji można się dowiedzieć i tego, że Rosja to kraj de facto mafijny. Nie są też rewelacją kąśliwe spostrzeżenia na temat bliskich stosunków premiera Włoch Berlusconiego z premierem Putinem. Bodaj najciekawszymi fragmentami dyplomatycznej korespondencji są depesze związane ze sprawą Iranu i sprzedaży rosyjskich kompleksów S-300, czyli transakcji, do której ostatecznie nie doszło: Rosja zmieniła zamiar, odstąpiła od dostaw, poparła forsowane przez USA w Radzie Bezpieczeństwa sankcje przeciwko Teheranowi.

Można powiedzieć, parafrazując słowa poety, że w przypadku Rosji i WikiLeaks co było odkryte (już dawno przez innych), pozostaje odkryte, a co było zakryte, nadal jest zakryte. WikiLeaks zapowiadał, że publikowane dokumenty wstrząsną potęgami światowymi – Rosją i Chinami. Na razie wstrząsają Stanami Zjednoczonymi, a Rosja się temu spokojnie przygląda. Można nawet powiedzieć, że premier Putin jest beneficjentem ostatnich publikacji: podkreślają one jego mocną pozycję. Ciekawe, co dalej.

Solo blogera

Aleksiej Nawalny uderza w system. Jako mniejszościowy udziałowiec wielkich firm upomina się o swoje prawa i prawa obywateli.

Gdzie tutaj uderzenie w system? Ano popatrzmy choćby na jego ostatnią akcję.

Prawnik z wykształcenia, doradca gubernatora obwodu kirowskiego z funkcji i zapalony społecznik z zamiłowania (w 2008 r. założył stowarzyszenie mniejszościowych udziałowców, które walczy o zwiększenie transparentności działalności państwowych firm i banków) Nawalny tropi grzechy władzy nie od dziś. Dzięki aktywności w Internecie w obronie interesów mniejszościowych udziałowców zyskał szacunek i popularność na tyle dużą, że w internetowym wirtualnym głosowaniu na mera Moskwy (po zdjęciu Jurija Łużkowa) zdobył bezapelacyjnie pierwsze miejsce.

W zeszłym tygodniu Nawalny na swoim blogu (http://navalny.livejournal.com/526563.html) umieścił dokumenty świadczące o gigantycznych „przewałach” przy budowie sztandarowego rurociągu epoki Putina Wschodnia Syberia-Ocean Spokojny (WSTO), którym rosyjska ropa naftowa ma płynąć do Chin. Z tych dokumentów, pochodzących z audytu wewnętrznego, niezbicie wynika, że kierownictwo przedsiębiorstwa Transnieft’ (transport ropy rurociągami) wypłukało z projektu budowy WSTO około 4 mld dolarów, m.in. poprzez zawyżanie kosztów poszczególnych prac składających się na projekt, zawieranie kontraktów z wykonawcami bez przetargów itd. Ten proceder nazywany jest we współczesnym języku rosyjskim „raspił babła” (dosłownie: piłowanie forsy, czyli pozyskiwanie korzyści majątkowych na państwowej posadzie z państwowych funduszy). Nawalny wyliczył, że szefostwo Transniefti obłowiło się na obywatelach Rosji, każdemu wyciągając z kieszeni 1100 rubli. Bo na rurociąg szły państwowe pieniądze.

W Internecie zahuczało – blogerzy zamieszczali linki do blogu Nawalnego, na forach wywiązała się zażarta dyskusja – setki, tysiące komentarzy. Reszta rosyjskich mediów milczy jednak jak zaklęta – w telewizji ani słowa, w gazetach drukowanych – też prawie nic, trochę komentarzy w internetowych gazetach opozycyjnych, trochę w rozgłośni „Echo Moskwy”.

Jaka była reakcja władz? Szef Izby Obrachunkowej (odpowiednik polskiego NIK) Siergiej Stiepaszyn oświadczył w wypowiedzi dla agencji RIA Nowosti, że zamieszczone dokumenty „nie są zgodne z rzeczywistością”. Jego zdaniem, kontrola Transniefti sprzed dwóch lat nie wykazała żadnych malwersacji, natomiast pomogła w optymalizacji wydatków. Słowo przeciwko dokumentom („niech Stiepaszyn ujawni swoje dokumenty, poświadczające jego słowa” – ripostował Nawalny).

Nazajutrz po opublikowaniu przez Nawalnego dokumentów premier Władimir Putin wyraził wdzięczność… nie, nie Nawalnemu za czujną obronę interesów obywateli, ale kierownictwu Transniefti za zakończenie budowy pierwszej nitki WSTO. „Za wybitny wkład w rozwój współpracy w dziedzinie energetyki pomiędzy Rosją i ChRL, a także w związku z zakończeniem odcinka rurociągu Skorowodino-granica Chin rząd Rosji wyraża wdzięczność Transniefti” – czytamy w dokumencie podpisanym przez Władimira Putina.

Dziś Nawalny zamieścił na swoim blogu film: http://navalny.livejournal.com/529941.html , w którym poszedł dalej. Wskazuje na bezpośredni patronat Władimira Putina nad całym przedsięwzięciem i w szczególności osobą byłego szefa Transniefti Siemiona Wajnsztoka (który za znakomitą pracę w Transniefti otrzymał posadę szefa goskorporacji Olimpstroj, odpowiedzialną za zbudowanie obiektów olimpijskich na igrzyska zimowe w Soczi) i jego działalnością w Transniefti. „Mamy podstawy, by twierdzić, że polityczną kuratelę nad korupcją, nad złodziejstwem [w Transniefti] sprawował osobiście premier Putin” – oświadcza w filmiku Nawalny. Filmik kończy się wyliczeniem najważniejszych projektów, które są lub będą realizowane w Rosji i sumami, które są podane jako koszty tych projektów, z dużą ilością zer. Wykorzystano w nim fragmenty reportaży telewizyjnych (m.in ze spotkania Putina i Wajnsztoka, uroczystego rozpoczęcia budowy WSTO; Nawalny nie ujawnia, skąd miał dostęp do tych kronik). Filmik dostępny jest również na youtube (http://www.youtube.com/watch?v=9L4w7aODdnQ), w ciągu jednego dnia obejrzało go 135 tys. użytkowników.

Miesiąc temu o Nawalnym pisał w internetowej gazecie opozycyjnej „Grani” politolog Stanisław Biełkowski: „Formalnie Nawalny nie jest politykiem – nie ma swojej partii, nie rwie się do udziału w wyborach, po prostu robi proste, ale potrzebne rzeczy i mówi publiczności: „jeśli chcecie, to róbcie to, co ja, a jak nie chcecie, to róbcie, jak chcecie”. W rezultacie ma całą armię zwolenników – fan-klub, o którym większość profesjonalnych polityków mogłoby tylko pomarzyć. Nawalny nie jest też opozycjonistą, nie krzyczy: „Na Kreml”, nie nazywa Putina faszystą. Ale w rzeczywistości jest o wiele większym opozycjonistą niż większość bojowników z „krwawym reżimem”. A to dlatego, że przeniknął w złodziejski świat tego reżimu: wielkie korporacyjne piłowanie kasy. W tym sensie Nawalny ryzykuje dużo więcej niż większość tytularnych przeciwników Władimira Putina. Za negowanie Putina w dzisiejszej Rosji nikogo nie posadzono, a za wtykanie nosa w wielkie pieniądze mogą wtrącić do więzienia. Albo przyłożyć tępym narzędziem po niepojętnej głowie. […] Nawalny zmusza skorumpowaną machinę wielkich korporacji, by odwróciła się twarzą do ludzi. W tym sensie działalność Nawalnego jest stricte polityczna, w odróżnieniu od wysiłków wielu profesjonalnych polityków, którzy udają, że walczą o władzę, ale tak naprawdę poszukują swojego miejsca w obecnych władzach”.

Właśnie rusza budowa drugiej nitki rurociągu WSTO. Ciekawe, czy schematy zastosowane z takim powodzeniem przy budowie pierwszego odcinka zostaną powtórzone i przy tej budowie.

I jeszcze jedno: zwolennicy metody Nawalnego napisali list do prezydenta Miedwiediewa, który deklaruje się jako zwolennik wypalania korupcji żelazem. Czy listy odniosą jakiś skutek? Na razie wezwania Nawalnego są głosem wołającego na internetowej puszczy. Ale to już i tak bardzo wiele.

Mdłości w równoległym Matrixie

Wiosną tego roku rosyjski dziennikarz Andriej Łoszak, uprzednio autor świetnych reportaży w telewizji NTW, potem w tygodniku „Ogoniok”, napisał w internetowej gazecie „Openspace” tekst, w którym przedstawił przypadki korupcji (tej chorobie szalonych łapowników ulegli m.in. przedstawiciele tak zacnej firmy jak IKEA) i innych przyjemności życia w kłamliwym systemie, zżeranym od środka przez rdzę różnych patologii. Łoszak artykuł zakończył konkluzją, że tak dalej się już nie da. Przy braku powietrza człowiek nie tylko się dusi, ale robi mu się niedobrze, zbiera mu się na mdłości i albo chce przewietrzyć pomieszczenie, albo je opuścić. Artykuł Łoszaka przeczytała cała czytająca publiczność w Rosji, zwłaszcza ta studiująca materiały zamieszczane w Internecie i sprawnie poruszająca się po sieci. Tekst był punktem odniesienia w dyskusjach, jakie toczyły się w Internecie nad kondycją rosyjskiego państwa, stylem sprawowania w nim rządów i perspektywami.

Internet jest medium, które coraz częściej wymyka się rosyjskim władzom spod kontroli, pokazując te fragmenty rzeczywistości, które wzięte za twarz telewizje nawet nie myślą pokazywać. Dzięki „wyłożeniu” w Internecie zaistniały w przestrzeni informacyjnej różne bulwersujące sprawy, skrzętnie przemilczane przez pozostałe media. W najnowszym artykule „Openspace” (z 2 listopada) pod znamiennym tytułem „Przeżyjemy bez państwa” Andriej Łoszak pisze o roli Internetu w samoorganizacji tego segmentu społeczeństwa, który ma dosyć samowoli instytucji państwowych, bezkarności skorumpowanych urzędników i milicjantów itd.

„Rosyjski inteligent dzisiaj żyje bez ideałów – pisze Łoszak. – Z jednej strony państwo, ten nekrotyczny Lewiatan na straży własnych interesów, z drugiej – naród, którego uosobieniem jest postać z „Naszej Raszy” [satyryczny program telewizyjny]: wojowniczy żłób pijący piwo przed telewizorem. Wybór dość ograniczony. I myślący ludzie rozejrzeli się wokół. I wybrali siebie. Indywidualizm jest religią ostatniej dekady. […] Prawie nas już przekonali, że jesteśmy niczym. Putin budując swój pion władzy, odsunął naród od rządzenia krajem, władza w Rosji zawsze gardziła małym człowiekiem, takim bezbronnym Akakijem Akakijewiczem Baszmaczkinem”.

Dzisiejszy Baszmaczkin wybiera więc samoorganizację, którą ułatwia Internet. „Na szczęście świat jest lepszy, niż się wydaje, gdy się nań patrzy przez przyciemniane szyby opancerzonych mercedesów. Główny powód dla optymizmu znajduje się dzisiaj w wirtualnym świecie – to blogosfera. Agencja Comscore wyliczyła, że rosyjscy użytkownicy Internetu są najbardziej aktywnymi blogerami na świecie. Rosjanie spędzają w sieciach społecznościowych dwukrotnie więcej czasu niż na Zachodzie. I nie ma się co dziwić: Internet już dawno stał się równoległą rzeczywistością, w której można znaleźć wszystko, czego nie ma w realnym życiu: wolność słowa, obywatelska aktywność, brak propagandy i tego, co się robi na użytek telewizji na pokaz. Na razie to tylko wentyl, coś w rodzaju psychoterapii. To początkowe stadium obywatelskiej aktywności. Człowiek, który zamieszcza w swoim blogu choćby tylko link do ważnej społecznie sprawy to ktoś co najmniej nieobojętny, ktoś, kto zrobił pierwszy krok, ktoś, kto wyszedł z szeregu, zaczął własną walkę. To energia, która może nadkruszyć przerdzewiałą maskę państwowego pojazdu”.

Dzięki opublikowaniu w Internecie informacji o wykręcaniu się od odpowiedzialności milicjantów-sprawców przestępstw, np. wypadków drogowych ze skutkiem śmiertelnym, sprawy skierowano do sądu. A to tylko jeden z przejawów aktywności Rosjan w Internecie.

Niedawno na marginesie komentarza do sprawy pobicia dziennikarza Olega Kaszyna pisałam o „ludziach, którym nie jest wszystko jedno”. Andriej Łoszak twierdzi w swoim artykule, że tych ludzi jest wielu, coraz więcej. Jako przykład podaje altruistyczną akcję wolontariuszy, którzy odwiedzają domy starców, wożą jedzenie i pampersy, rozmawiają z podopiecznymi placówek. Kiedy dziewczęta z tej grupy wywiesiły na swoim blogu zdjęcia z jednego z odwiedzanych domów, wybuchł skandal: dom wyglądał jak obóz koncentracyjny. Dom zamknięto. Wolontariusze nie zniechęcają się. Nadal jeżdżą do domów starców. Łoszak podaje wiele przykładów samoorganizacji społecznej, bardzo budujących, m.in. w czasie letnich pożarów, w obronie lasu w podmoskiewskich Chimkach. Kończy swój wywód: „Dzięki skokowi technologicznemu w komunikacji ludzkość obrasta miliardami niewidzialnych łączy, które tworzą sieć, ludzie są sobie bliżsi, coraz bliżsi. W takim świecie trudno jest robić ciemne geszefciki. Rosyjska władza w erze cyfrowej kooperacji wygląda jak przestarzałe analogowe monstrum”.

Jeden z komentarzy sprzed ładnych paru tygodni na temat kolejnego skandalu, który wyszedł na jaw dzięki interwencji internautów, był zatytułowany: „Albo Putin zniszczy Internet, albo Internet zniszczy system zbudowany przez Putina”. Ostro i na wyrost. Ale jednak coś się dzieje, o czym świadczy nie tylko ciekawy tekst Andrieja Łoszaka, ale choćby najnowsza sprawa Aleksieja Nawalnego (pisałam o nim przy okazji zmiany na fotelu mera Moskwy – to prawnik, który wygrał wirtualne wybory mera, organizowane przez jedną z internetowych gazet). Ale o Nawalnym – w następnym odcinku.

Oto jest głowa zdrajcy

A właściwie dwóch zdrajców. W zeszłym tygodniu czytelnicy dziennika „Kommiersant” oraz widzowie rosyjskich centralnych stacji telewizyjnych dowiedzieli się, że wpadka grupy dziesięciorga nielegałów, pracujących na zlecenie rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego (SWR), ujętych w czerwcu br. przez Amerykanów i wydalonych do Rosji, to nie wynik ich nieudolności, a zdrady pewnego wysokiego oficera SWR. Według publikacji „Kommiersanta”, zdrady miał się dopuścić pułkownik o nic nikomu nie mówiącym nazwisku Szczerbakow. Wczoraj i dzisiaj do historii z rosyjskimi szpiegami dodano jeszcze jedno nazwisko jeszcze jednego zdrajcy: niejakiego Potiejewa.

Sprawa jest, jak to w szpiegowskich bajkach bywa, zawiła. Według dziennikarzy „Kommiersanta”, Szczerbakow miał wszystkich śpiochów w garści – jako szef departamentu S (prowadzącego nielegałów) miał ich teczki. Te teczki, pisze gazeta, wywiózł do Stanów Zjednoczonych, a po zatrzymaniu wystawionych Amerykanom szpiegów przygwoździł ich tymi teczkami osobowymi. Podobno najbardziej opierał się naciskom amerykańskich służb najstarszy z nielegałów – fotograf Lazaro (w rosyjskim życiu Wasienkow), który miał takie zasługi dla rosyjskiego wywiadu, że dostał stopień generała (na czym polegały te zasługi – do dziś nie wiadomo, ale to zapewne ścisła tajemnica). Amerykanie szarpali biedaka, próbowali nakłonić torturami, by się przyznał, że jest rosyjskim agentem, ale on trwał wierny przysiędze i pary z gęby nie puścił. Dręczyciele złamali mu żebra i nogę. I dopiero kiedy do pokoju przesłuchań wkroczył pułkownik Szczerbakow i pokazał teczkę, wtedy ostatni bastion oporu padł: Lazaro przypomniał sobie język rosyjski i to, że jest jednak szpiegiem. Piękna opowieść o niezłomnym księciu rosyjskich śpiochów wzrusza jak film „Tarcza i miecz” – rzewne wyobrażenie o pracy radzieckiego wywiadu, które po dziś dzień potrąca sentymentalną strunę w sercu premiera Putina.

Po co rosyjska propaganda wskrzesza i eksploatuje w ten sposób legendę dziesięciorga nielegałów-nieudaczników? Bo przecież co jakiś czas temat ich wątpliwych wyczynów powraca: a to Anna Wasiljewna Chapman sfotografuje się dla męskiego pisemka w skąpej szpiegowskiej bieliźnie w celu rozbudzenia uczuć patriotycznych, a to premier ocierając skąpą łzę z powiek spotka się z agentami i zaśpiewa pieśń ze wspomnianego filmu „Tarcza i miecz”, a to prezydent wynagrodzi agentów wysokimi odznaczeniami państwowymi. Śpiochom nie dają spać. I oto teraz w „Kommiersancie” ukazuje się legenda tłumacząca prestiżową porażkę rosyjskiego wywiadu. Wielu komentatorów nie ma najmniejszych wątpliwości: publikacja miała za zadanie przywrócić dobre imię agentom, pozwolić uratować twarz służbie, która poniosła taki uszczerbek w wojnie wywiadów, pokazać, że to podła zdrada, a nie nieudolność były przyczyną wsypy stulecia. Może i tak, ale czy publikacja, w której nic nie trzyma się kupy, rzeczywiście może odbudować wizerunek nieudaczników i służby, która ich wysłała?

Pułkownik Szczerbakow miał, wedle dziennika „Kommiersant”, wyjechać do USA trzy miesiące przed zatrzymaniem szpiegów. Do córki, która mieszka w USA. I spokojnie jedzie, ba! pobiera z szafy pancernej ściśle tajne dokumenty i przewozi je przez nikogo nie niepokojony. Skoro miał takie dokumenty, to mógł je przecież na miejscu sfotografować, zeskanować, rozesłać mailem etc. Ale nie – płk Szczerbakow jest wierny starym metodom, pamiętającym Stirlitza: bierze teczki w naturze i zawozi je mocodawcom w Nowym Świecie. Skoro Szczerbakow faktycznie wydał śpiochów dopiero w tym roku, to dlaczego wśród materiałów zgromadzonych przez amerykańskie służby są podsłuchy rozmów podejrzanego agenta Lazaro sprzed ładnych kilku lat? Według publikacji, nieszczęsny Lazaro-Wasienkow był poddany torturom, złamano mu nogę. W telewizji pod koniec czerwca można było wielokrotnie obejrzeć zdjęcia z przekazania zdelegalizowanych agentów stronie rosyjskiej: żadna z osób nie utykała. Po co amerykańscy funkcjonariusze mieliby zresztą tłuc starszego pana? Czy miał on dostęp do jakichś niezwykle cennych materiałów? W materiałach amerykańskiego śledztwa znajduje się m.in. zapis jego rozmowy z żoną, również agentką, z której wynika, że w raportach do centrali w Moskwie Lazaro sprzedaje kit. Podobnie wątpliwie wygląda informacja, że Lazaro-Wasienkow za swoje wybitne zasługi dostał awans na generała. Jak twierdzą zajmujący się tematyką służb specjalnych komentatorzy, nielegał może co najwyżej dosłużyć się stopnia pułkownika.

Jeszcze jeden ciekawy wątek związany ze sprawą: telewizja rosyjska przypomniała wypowiedź premiera Putina z czerwca, zaraz po aresztowaniu agentów. Premier powiedział już wtedy, że wie, iż wpadka była wynikiem zdrady. „A zdrajcy źle kończą”. Ta złowroga zapowiedź Władimira Władimirowicza powróciła echem w obecnej wypowiedzi „anonimowego źródła, zbliżonego do Kremla”. Anonimowe źródło ostrzegło, by zdrajca Szczerbakow miał się na baczności, gdyż „Mercador został już wysłany” (nawiązanie do nazwiska mordercy Lwa Trockiego). Hitchcock wysiada.

Gdy już zaczęły cichnąć kpiarskie komentarze dotyczące niezbyt udanej akcji propagandowej na rzecz heroizacji ujawnionych agentów, temat zdrajcy znowu wypłynął. Najwidoczniej autorzy legendy Szczerbakowa uznali, że wersja z jego zdradą nie jest przekonująca i trzeba ją ciut podretuszować. Drugi z wytypowanych zdrajców – płk Potiejew – nie wyjechał swobodnie z Rosji (jak Szczerbakow), a został przeprawiony za ocean przez amerykańskich protektorów.

Może Szczerbakow, może Potiejew, a może byli zdrajcami, a może poszli do lasu… Zdrajcy, pieriebieżcziki, to nie jest nowość w historii szpiegostwa i wywiadu. Można by rzec, normalka. Być może usłyszymy jeszcze i o kolejnych zdrajcach, i o kolejnych bohaterach, może też obejrzymy kolejne zdjęcia Aniuty Chapman, która nie ma nic do ukrycia, może powstanie książka, piosenka, film, serial… A może jeszcze komuś ta historia ze szpiegami przyda się do zrobienia kariery, do przemeblowania sceny politycznej lub do reformy rosyjskich służb specjalnych. Ciąg dalszy zapewne nastąpi.

Nieznani sprawcy

Kolejne brutalne pobicie dziennikarza w Rosji. Oleg Kaszyn z „Kommiersanta” został w zeszłym tygodniu napadnięty pod własnym domem. Napastnicy pastwili się nad nim, uderzając pięćdziesiąt razy kawałkiem pręta po głowie, rękach i nogach. Dziennikarz w ciężkim stanie trafił do szpitala, przeszedł kilka operacji, lekarze są dobrej myśli, że wyjdzie z tego.

W telewizji i internecie można obejrzeć filmik zarejestrowany przez kamerę wideo umieszczoną nad wejściem do domu Kaszyna. Widać wyraźnie, jak dwaj mężczyźni okładają leżącego dziennikarza, ale ich twarzy niepodobna z takiej odległości rozpoznać.

Pobicie Kaszyna podniosło wysoką falę oburzenia nie tylko w środowisku dziennikarskim. Komentarze nie milkną od tygodnia. Dziennikarska brać domaga się złapania zbirów, przykładnego ich ukarania, a także zapewnienia bezpieczeństwa przy wykonywaniu zawodu.

Czy tym razem zostanie przełamana fatalna passa i zwyrodnialcy zostaną złapani? Dotąd nie udało się złapać żadnych „nieznanych sprawców” – ani tych, którzy zabili Annę Politkowską, Natalię Estemirową, Aleksandra Litwinienkę, Anastazję Barburową, Stanisława Markiełowa, ani tych, którzy pobili dziennikarza z podmoskiewskich Chimek Michaiła Biekietowa (po pobiciu nie odzyskał zdrowia, jest sparaliżowany, porusza się na wózku inwalidzkim; na dniach stanął natomiast przed sądem pozwany przez mera miasta za obrazę). Wszystkie te sprawy miały szeroki rezonans nie tylko w Rosji, ale także za granicą. Ich sprawcy pozostali nieznani i nieuchwytni. Dlaczego? Skąd ta bezsilność władz, które stroją się nieustannie w szaty mocarzy?

Śledztwo stwierdziło, że powodem pobicia była działalność zawodowa Kaszyna. O czym pisał? Z talentem o szeroko pojętych problemach społecznych. Politycznych też. Po przyjeździe do Moskwy kilka lat temu próbował swoich sił w środowisku młodzieżowym – wśród wychowanków ideologa Kremla, Władisława Surkowa. Poznał to środowisko od podszewki. Pisywał wtedy w prokremlowskiej gazecie internetowej „Wzglad”, w gazecie „Izwiestia”, potem – wyraźnie rozczarowany do kremlowskich młodzieżówek – służy swoim utalentowanym piórem czasopismu „Russkaja Żyzń”, a gdy tytuł pada, przenosi się do „Kommiersanta”.

Komu nadepnął na odcisk Oleg Kaszyn swoimi publikacjami? Komentatorka dziennika „Niezawisimaja Gazieta” Jelena Zielinska wskazuje, że Oleg Kaszyn był niezależnym dziennikarzem, niezależnym – a więc może dlatego niebezpiecznym, choć z drugiej strony nie prowadził aktualnie żadnego ważnego śledztwa dziennikarskiego, które zleceniodawca chciałby tym barbarzyńskim sposobem przerwać. Ale, jak podkreśla Zielinska, Kaszyn pisał o tym, że w Rosji zaczęło się przebudzenie, pewne ożywienie, on sam był jednym z ważnych ogniw tego procesu. Za pośrednictwem internetu ludzie z różnych środowisk wymieniali opinie, tworzyli sieć tych, którym „nie jest wszystko jedno”. Ciekawy wywód.

W komentarzach prasowych i internetowych powtarza się kilka wersji dotyczących możliwych zleceniodawców. Wskazuje się na sprawę wyrębu lasu w Chimkach (znowu Chimki) pod trasę Moskwa-Petersburg, co wywołało protest ekologów, z czego z kolei niezadowoleni byli przedstawiciele miejscowych władz oraz zaangażowani w budowę trasy i interesy z nią związane ludzie z otoczenia premiera Putina. Kaszyn był jedną z wielu osób, które o tym pisały. I nie był pierwszą ofiarą pobicia „w sprawie Chimek”. Druga wersja: zemsta gubernatora obwodu pskowskiego Turczaka, z którego Kaszyn nabijał się na swoim blogu (Turczak publicznie wyraził ubolewanie z powodu pobicia Kaszyna i życzył mu szybkiego powrotu do zdrowia).

Najczęściej komentatorzy wyciągają wersję trzecią: zleceniodawcą może być boss prokremlowskich młodzieżówek Wasilij Jakiemenko, bliski współpracownik Władisława Surkowa. Kaszyn, jak napisałam powyżej, znał to środowisko bardzo dobrze. Kilka miesięcy temu napisał w tygodniku „Kommiersant Włast’” szkic o tym, jak prokremlowskie młodzieżówki sprawnie przejęły hasła nac-bołów Eduarda Limonowa, radykała, lewicowego prawicowca (to nie przejęzyczenie, chociaż może bardziej właściwe byłoby określenie lewacki prawicowiec), szowinisty i politycznego awanturnika. Jakiemienko uznał publikacje na temat swoich ewentualnych powiązań z pobiciem Kaszyna za potwarz i pomknął do sądu, by pociągnąć do odpowiedzialności tych komentatorów, którzy wysunęli takie przypuszczenia. Pan Jakiemienko jest dość drażliwy na swoim punkcie – chętnie podaje do sądu tych, którzy krytykują jego metody wychowawcze i in.

Ciekawe doniesienie nadeszło dzisiaj ze Stanów: republikanie w Izbie Reprezentantów zażądali od prezydenta Obamy zweryfikowania polityki „resetu” z Rosją – „krajem, gdzie dochodzi do bestialskich pobić dziennikarzy”. Protestują nie tylko republikanie w dalekiej Ameryce, ale także wzburzeni współobywatele pobitego dziennikarza – dziś w Moskwie odbyła się kilkusetosobowa demonstracja na placu Puszkina.

Prezydent Miedwiediew zapowiedział, że dołoży wszelkich starań, aby sprawców wykryto. Obiecał to już kilkakrotnie. W internecie nie brakuje głosów, że Miedwiediew staje się nadzieją tych, którym – jak Kaszynowi – „nie jest wszystko jedno”. Niektórzy chcą w tym widzieć nawet zaczątki neo-pierestrojki.

Jak oni się nudzą

Premier Władimir Putin regularnie dostarcza rodakom rozrywki – a to przejedzie się wypasionym motocyklem w skórzanej kurtce, a to ładą kaliną, a nawet dwiema. O jego przejażdżce za sterami myśliwca napisano do tej pory poematy, artykuły i tomy analiz. Premier usypiał też kilkakrotnie groźne zwierzęta jednym sprawnym wystrzałem z dubeltówki miotającej środki usypiające. Zdjęcia z wakacyjnej sesji – premier konno w kowbojskim kapeluszu i szpanerskich okularkach z odsłoniętym torsem gladiatora – zrobiły furorę na całym świecie. W Woroneżu – i zapewne nie tylko tam – można nabyć gustowny talerzyk z fotografią z tych Putinowskich wakacji (tylko czy godzi się jednak spożywać kotlety z talerza z wizerunkiem premiera?). Kiedy latem tego roku płonęły lasy pod Moskwą, premier (który nie ma licencji pilota) zasiadł za sterami drugiego pilota w samolocie, zrzucającym wodę nad obszarami objętymi przez ogień, by zdusić pożogę (w Internecie można było przeczytać potem relacje ochotników, którzy w tym czasie gasili pożar na ziemi: na widok samolotu premiera padli na twarz, obawiając się, że zostaną zalani, ale nie spadła na nich ani kropla wody; premierowi wyrzucano natomiast, że robi sobie PR na nieszczęściu).

Dziś w Petersburgu premier wsiadł do bolidu Formuły 1. Po wysłuchaniu krótkiego instruktażu wcisnął gaz i pomknął z prędkością dwustu czterdziestu kilometrów na godzinę. Premier testował bolida na specjalnie przygotowanej trasie, tylko raz wyrzuciło go nieco na zakręcie. „Całkiem nieźle jak na pierwszy raz” – podsumował po przejażdżce premier. W połowie października premier oświadczył, że z organizatorami wyścigów Formuły 1 ustalono, że jeden z etapów odbędzie się w Rosji. W przyszłości współpraca ma się rozwijać, Rosja pretenduje do tego, by w latach 2014-2020 zyskać prawo przeprowadzania u siebie imprez Formuły 1.

Prezydent Miedwiediew ma na swoim PR-owskim koncie nieco mniej efektowne jazdy: z prezydentem Ukrainy jeździł kilka tygodni temu pobiedą, a podczas wizyty w Kazaniu zasiadł za kierownicą wielkiego kamaza, chociaż nie ma prawa jazdy uprawniającego do prowadzenia takich pojazdów. Trudno sobie wyobrazić prezydenta na grzbiecie wierzchowca – Miedwiediew dobrze się za to prezentuje przy laptopie lub z Ipodem w dłoni. Jeden z moich rosyjskich przyjaciół stwierdził kiedyś, oglądając kolejny spektakl z atrakcyjnym udziałem głowy państwa czy szefa rządu: „Jak oni się muszą nudzić, skoro ich kręcą takie dziecinne zabawy”.

Widać, że rządowi PR-owcy stają na głowie, żeby wymyślać coraz bardziej efektowne pojazdy, na których jeździ elitarny tandem. Czemu mają służyć te spektakle? Z jednej strony zapewne zaprezentowaniu, że przywódca jest zdrowy, silny, odważny i sprawny, z drugiej strony są rozrywką dla ludu, z trzeciej mają wykazać, że przywódca jest równym gościem, a zarazem kimś postawionym ponad rzeszą śmiertelników – bo któż na własne życzenie może zasiąść za sterami naddźwiękowego myśliwca? PR-owcy nie zaryzykowali jednak w tym roku kolejnej sesji z roznegliżowanym premierem pływającym delfinem w zimnej rzece, jak to drzewiej bywało. Prasa całego świata rozpisywała się natomiast na temat podejrzanego siniaka na obliczu rosyjskiego premiera podczas jego niedawnej wizyty w Kijowie. Co ciekawe, rzecznik prasowy premiera kategorycznie zdementował istnienie tajemniczych sińców na kościach policzkowych: „To nie siniec, to tak padało światło”. Jeden z komentatorów internetowej „Gazety.ru” napisał, że niezależnie od tego, czy „tak padało światło” czy niezwykła faktura premierowskiej skóry była efektem niezbyt udanej operacji plastycznej, widać, że premier się starzeje. I nie chodzi nawet o przemijającą młodość fizyczną, ludzką (komentatorzy zwracają uwagę, że premier źle psychicznie znosi posuwanie się w latach), ale o polityczną świeżość. Formuła zaczęła się wyczerpywać. I nie jest to Formuła 1.

Tymczasem bębenka trzeba stale podbijać. Dokąd i na czym następnym razem? Wszystko już było, rzekł ben Akiba. Teraz to została już chyba tylko rakieta kosmiczna.

Święto, święto i po święcie

4 listopada jest w Rosji od pięciu lat obchodzony jako Dzień Jedności Narodowej. Miał przesłonić bolszewicką tradycję świętowania dnia rewolucji październikowej 7 listopada – siódmy nie jest już wyróżniany czerwonym drukiem w kalendarzach. Święto nawiązuje do daty (czysto umownej, jak twierdzą historycy) wygnania z Kremla „polskich interwentów” w 1612 roku. Miało też znamionować koniec Smuty.

Czy „nowa świecka tradycja” zakorzeniła się w świadomości Rosjan? Badania państwowego ośrodka WCIOM mówią, że nie. 4 listopada jest postrzegany jako ustanowiony przez władze odgórnie dzień świąteczny, ale ludzie nie za bardzo wiedzą, w jakiej sprawie: tylko jeden procent Rosjan uważa to święto za ważne dla siebie, aż 80 procent nie umiało wyjaśnić, na cześć jakiego wydarzenia historycznego obchodzi się to święto. W ubiegłych latach w programach telewizyjnych, propagujących nowe święto czy podczas oficjalnych uroczystości gęsto pojawiały się „z podkręceniem” wątki antypolskie. W tym roku zostało to wyciszone do minimum.

Zastanawiające jest to, że rzucone odgórnie hasło jedności narodowej zostało podjęte przez dwie diametralnie różne grupy aktywnych Rosjan (przeważnie w bardzo młodym wieku): wszelkiej maści radykalnych nacjonalistów, rasistów i ksenofobów oraz prokremlowskie młodzieżówki. Wczoraj w Moskwie odbyły się dwa marsze.

Jeden zgromadził około pięciu tysięcy uczestników (według ocen organizatorów – 15 tys.) i odbył się pod hasłami „Rosjanie, łączcie się!”, „Wyzwolimy Rosję”, „Przyszłość należy do nas”, „Wolna Rosja – rosyjska władza”, „Moskwa to rosyjskie miasto”. Władze Moskwy zezwoliły na przeprowadzenie demonstracji w dzielnicy Lublino (jedna z wielu moskiewskich „sypialni”-blokowisk). Demonstranci wykrzykiwali nacjonalistyczne hasła, wznosili w górę prawą rękę w geście pozdrowienia (z wysuniętymi dwoma palcami, a nie wyprostowaną dłonią). Na czele kolumn maszerowali przywódcy różnych radykalnych ugrupowań – wyróżniał się m.in. brodaty lider zdelegalizowanego Sojuszu Słowiańskiego Dmitrij Diomuszkin (Demushkin) i przewodniczący organizacji nawołującej do wyrzucania z Rosji imigrantów Aleksandr Biełow.

O demonstracji nacjonalistów nie było ani słowa w dziennikach telewizyjnych. Wiele miejsca poświęcono oficjalnemu marszowi, który – co ciekawe – też się odbył pod hasłem „Russkij marsz” (wcześniej tak zatytułowane marsze odbywali wyłącznie nacjonaliści).

Na ten oficjalny marsz przyszło/przyjechało/(a przede wszystkim)było dowiezionych/ 20 tysięcy aktywistów prokremlowskiej młodzieżówki „Nasi”. Uczestnicy piętnowali tych, którzy sprzedają alkohol nieletnim, handlują narkotykami, kupczą ciałami młodych dziewcząt itp. Zdjęcia z ich podobiznami niesiono w pochodzie na tabliczkach z napisami „Hańba Rosji”. Przeciwstawiono im weteranów wojny, których portrety podpisano „Cześć Rosji”. W demonstracji nie dało się zauważyć ani jednej rosyjskiej flagi. Padał deszcz, wiał wiatr, radości ani entuzjazmu jakoś nie było.

Święto 4 listopada ma jeszcze jeden wymiar: cerkiewny. I głównie ten wymiar starano się wczoraj w relacjach głównych kanałów państwowej telewizji uwypuklić. Na placu Czerwonym odbyło się uroczyste poświęcenie odrestaurowanej naściennej ikony nad jedną z bram Kremla. Poświęcenia dokonał patriarcha Cyryl. Podkreślano, że to szczególnie ważne w dniu poświęconym ikonie Matki Boskiej Kazańskiej, cudami słynącej obrończyni miasta i kraju.

Na Kremlu odbyło się uroczyste wręczenie odznaczeń dla zasłużonych dla rosyjskiej kultury cudzoziemców (wśród odznaczonych była m.in. wiecznie dziewczęca Mirelle Matthieu, a także tłumacz poematu Puszkina „Eugeniusz Oniegin” na język abchaski) i przyjęcie. W przedsięwzięciu brał udział prezydent Miedwiediew.

W kilku miastach miejscowe władze wpadły na nieco mniej pompatyczne pomysły: w Krasnojarsku młodzież wypełniła wielką mapę Rosję narysowaną na głównym placu miasta, w niebo wypuszczono setki baloników w trzech kolorach narodowej flagi, a w Jekaterynburgu ugotowano największy pieróg z mięsnym farszem, który po ugotowaniu w ogromnym kotle wszyscy społem zjedli niezależnie od narodowości i koloru skóry.

Pięć lat to bardzo mało, aby powstały i utrwaliły się nowe rytuały święta. „Ona nie może się tak nazywać – Tradycja” – mówił bohater niezapomnianego „Misia”. Na razie święto 4 listopada jest takim „misiem” właśnie. Na dodatek, jak się wydaje, autorzy pomysłu już zapomnieli, po co to święto ustanowili – doraźne cele polityczne mają to do siebie, że się często zmieniają. A nacjonaliści się cieszą.

Rosyjskie nekropolie (3)

Cmentarz Wostriakowski w Moskwie przedzielony jest asfaltową szosą. Po jednej stronie znajduje się duży cmentarz żydowski, po drugiej – cmentarz z prawosławną cerkiewką, jednający ludzi różnych wyznań i bezwyznaniowców.

Pojechałam tam kilka lat temu, korzystając z nadarzającej się okazji (cmentarz jest daleko od centrum miasta i trudno tam dojechać). Nie bez trudu odnalazłam grób Andrieja Sacharowa – autora radzieckiej bomby wodorowej, a w późniejszych latach dysydenta, walczącego z władzą radziecką, obrońcę praw człowieka, szykanowanego i represjonowanego. Grób noblisty jest skromny – zwykła czarna płyta z prostym napisem.

Kilka alejek dalej znajdują się kwatery okazalsze, o, dużo okazalsze niż nagrobek Sacharowa. To groby „bratkow” – gangsterów, którzy w latach 90. kosili się bezpardonowo w walkach o strefy wpływów. Wielkie granitowe rzeźby lub płyty z wysieczonymi portretami naturalnej wielkości. Panowie w garniturach, golfach, skórzanych kurtkach, kapeluszach, czapkach z daszkiem, z gołą głową. Niegustowne podobizny, wielkie jak legendarne łańcuchy ze złotymi krzyżami noszone do malinowych marynarek (taki szyk rosyjskich mafiosów). Czasem oprócz postaci na rysunkach wyobrażane są symbolicznie lub dosłownie okoliczności przedwczesnej śmierci (np. samochód mknący szosą). Daty urodzenia i śmierci (na ogół w wieku młodym i bardzo młodym). Obok imienia i nazwiska często pseudonim używany w środowisku gangsterskim. Na grobach piękne kwiaty, ogromne wieńce, przepyszne wiązanki z napisami w rodzaju „Śpij spokojnie, nigdy cię nie zapomnimy. Chłopcy z ferajny”.

Kiedy wyciągnęłam aparat fotograficzny, żwawym krokiem podszedł do mnie stojący nieopodal mężczyzna. „Schowaj to, tu nie wolno fotografować” – powiedział głosem nie znoszącym sprzeciwu. Na moje naiwne „dlaczego?” powtórzył z naciskiem uprzedni komunikat. A zatem zdjęć z tamtej wyprawy nie mam.

Takich wystawnych grobowców postrzelanych bosów i żołnierzy mafii jest na różnych rosyjskich cmentarzach bardzo wiele. Są zadbane, często podświetlane, zimą – regularnie odśnieżane. No i, jak widać, ochraniane przed zniszczeniem i okiem nazbyt ciekawych odwiedzających. Gangsterzy wykupili na wielu prestiżowych cmentarzach najlepsze kwatery, wystawili zmarłym „bratkom” wspaniałe pomniki. W podmoskiewskich Rakitkach mafiosi wykupili cały cmentarz.

Rok temu na cmentarzu Wagańkowskim w Moskwie odbył się pogrzeb jednego z najważniejszych bosów rosyjskiej mafii, zabitego w zamachu Wiaczesława Iwańkowa, pseudonim Japonczik (pisałam o tym na blogu). Za dębową trumną honorowy poczet „bratkow” niósł rosyjską trójkolorową flagę. Gazety pisały, że pogrzeb z taką oprawą musiał kosztować co najmniej milion rubli. Uroczystość była jedną z wiadomości dnia, relacje z Wagańkowskiego znalazły się we wszystkich wydaniach dzienników telewizyjnych. Wysoka ranga – szacun i respekt społeczeństwa i mediów.

Na tym samym cmentarzu pochowani zostali bodaj najgłośniejsi bosowie mafijni lat 90. – bracia Kwantriszwili (ich grób ozdobiony gigantyczną rzeźbą anioła trzymającego w rękach dwa wieńce znajduje się dosłownie pięć metrów od grobu Władimira Wysockiego). W zlokalizowanej po przeciwnej stronie ulicy ormiańskiej części cmentarza można podziwiać wielkie pomniki nagrobne innych sławnych braci – Oganowów, „worów w zakonie”, wyeliminowanych przez rywalizujący klan.

Jeśli chodzi o okazałość i pompatyczność wszystkie moskiewskie pomniki nagrobne przebił petersburski „autorytet” Konstantin Jakowlew, znany jako Kostia Mogiła. Według „Niezawisimej Gaziety” prześwietny grobowiec na Cmentarzu Północnym w Petersburgu kosztował dwieście tysięcy dolarów: wokół bielusieńkiej niczym śnieg figury Jakowlewa straż pełnią anioły różnej wielkości, Kostia obejmuje prawosławny krzyż, wokół jego nóg wije się żmija. W przedmafijnym życiu Kostia był szeregowym grabarzem na innym petersburskim cmentarzu – Południowym. Swój pseudonim zawdzięczał temu, że potrafił wykopać grób w rekordowo krótkim czasie.

Władywostok też zapisał swoją kartę w najnowszej historii przestępczości: na grobie tamtejszego „wora w zakonie” Micho widnieje inskrypcja: „Tu śpią dobro i sprawiedliwość”. Wzruszające, nieprawdaż? Ale to jeszcze nie szczyt możliwości. Kilka lat temu w Petersburgu przeprowadzono konkurs-plebiscyt na najlepszy nagrobek dla „nowego Ruskiego”. W kategorii „najlepsze epitafium” zwyciężyło proste stwierdzenie: „Ja umarłem, ale mafia jest nieśmiertelna”, a w kategorii „najbardziej oryginalna rzeźba” wygrała nagrobna stela w kształcie telefonu komórkowego z napisem „Abonent niedostępny” (grób niejakiego Muchy Białego).

Rosyjskie nekropolie (2)

Dlaczego na cmentarz Nowodziewiczy w Moskwie w latach 70. i 80. można było wchodzić wyłącznie „za przepustkami” (wydawano je członkom rodzin ludzi pochowanych na tym cmentarzu, czasem czyniono wyjątek wobec innych)? Trudno powiedzieć, nikt się oficjalnie z tego zakazu nie wytłumaczył. Czego obawiały się władze, blokując dostęp do historycznego cmentarza, na którym spoczywa wielu wybitnych przedstawicieli świata kultury, polityki, kosmonautów, konstruktorów, lekarzy, sportowców?

W 1971 roku zmarł były gensek Nikita Chruszczow, w dniu jego pogrzebu na Nowodziewiczym zmieniono trasy autobusów kursujących normalnie w okolicach cmentarza. Nekropolię otaczał kordon milicji. Rządziła wtedy w ZSRR ekipa Leonida Breżniewa, który bezkrwawo obalił Chruszczowa i przejął pełnię władzy w partii i państwie. Przywódców ZSRR, najwybitniejsze postaci bolszewickiego Panteonu chowano pod murem Kremla, za mauzoleum Lenina. Dla Chruszczowa miejsce się tam, jak widać, nie znalazło. Znamienne.

Obok Lenina przez kilka lat w mauzoleum spoczywał i zabalsamowany Stalin, ale gdy Chruszczow po XX zjeździe zaczął zwalczać kult Stalina, śmiertelny Wódz Narodów został z mauzoleum dyskretnie usunięty i pochowany pod murem kremlowskim, gdzie spoczywa do dziś.

A zatem Chruszczow został pochowany na cmentarzu Nowodziewiczym. Jego nagrobek zaprojektował wybitny rzeźbiarz Ernst Nieizwiestny – wyróżnia się on na tle innych czystą formą, ciekawym pomysłem, oryginalnością. Dlaczego ludzie radzieccy nie mogli bez przepustki obejrzeć tej rzeźby nagrobnej?

A może nie chodziło wcale o Chruszczowa? Albo nie tylko o Chruszczowa. Na cmentarzu Nowodziewiczym pochowano m.in. Nadieżdę Alliłujewą, drugą żonę Stalina, która targnęła się na życie. Jej grób zdobi przepiękna alabastrowa rzeźba.

Przechadzki po tej nekropolii to wyprawy w przeszłość, a w Rosji kto kontroluje przeszłość, ten kontroluje teraźniejszość, zastój epoki Breżniewa nie przewidywał dla ludności swobodnego dostępu do historii. Zamiast historii był mit. Może zatem historia wypisana na nagrobkach mogła zanadto wzburzyć umysły tych, którzy mieli błogo spać kołysani kłamstwem epoki „małej gnijącej stabilizacji”? W końcu jednak pod koniec lat 80. cmentarz otwarto dla zwiedzających, a nie tylko odwiedzających mogiły krewnych. Można było wreszcie bez reglamentacji odwiedzić groby wybitnych pisarzy – m.in. Michaiła Bułhakowa, Antoniego Czechowa, Wasilija Szukszyna (z pięknym portretem tego pisarza-aktora na rzeźbie nagrobnej), Ilji Ilfa, muzyków – Dymitra Szostakowicza, Siergiusza Prokofjewa, Fiodora Szalapina, Aleksandra Skriabina, ludzi filmu i teatru – Siergieja Eisensteina, Michaiła Romma, Wsiewołoda Pudowkina, Grigorija Aleksandrowa. Lista znakomitości jest długa. O każdej z tych osób można napisać książkę.

Wiele losów, wiele tragedii, wiele zagadek. Marszałkowie niezwyciężonej armii, ofiary katastrofy zeppelina, ludowi komisarze, ich zdeptane przez los żony (np. żona Michaiła Kalinina, Jekatierina, więźniarka Gułagu, oskarżona o terror, szpiegostwo i oczernianie Stalina czy żona Wiaczesława Mołotowa, Polina Żemczużyna skazana na łagier za związki ze światowym syjonizmem), a tuż obok ofiar – tuzy bezpieczeństwa państwowego czasów pogardy – m.in. sławny Andriej Wyszyński. Nowodziewiczy to także miejsce wiecznego spoczynku słynnego chirurga Nikołaja Burdenki – przewodniczącego komisji badającej zbrodnię katyńską (komisja doszła do wniosku, że zbrodni dokonali Niemcy).

Historia nie odpoczywa, dzieje się na naszych oczach, na cmentarzu Nowodziewiczym przybywa mogił. Tu pochowano pierwszego prezydenta Rosji – Borysa Jelcyna. Jego nagrobek Moskwianie uznali za niezbyt udany – trójkolorowa flaga Rosji, jaka okrywa grób, została wykonana z drobnych płytek ceramicznych, co krytyczni mieszkańcy Moskwy skojarzyli z wystrojem… łazienki.

W ostatnich latach znaleźli tu miejsce wiecznego spoczynku dwaj wielcy rosyjscy aktorzy – Wiaczesław Tichonow – niezapomniany książę Bołkoński z „Wojny i pokoju” Bondarczuka i – przede wszystkim – szlachetny i romantyczny szpieg Stirlitz z „Siedemnastu mgnień wiosny” oraz Oleg Jankowski, który zagrał wspaniałe role w filmach Andrieja Tarkowskiego. W 2007 roku spoczął na Nowodziewiczym wielki wiolonczelista Mścisław Rostropowicz.

Jednym z najsympatyczniejszych zakątków cmentarza jest część, w której znajdują się groby artystów sceny, komików i artystów cyrku. Arkadij Rajkin, który bawił do łez miliony Rosjan, stoi lekko zadumany i jak zawsze ujmująco uśmiechnięty. W bok od głównej alei znajduje się grób Jurija Nikulina, wspaniałego artysty filmu i cyrku, Nikulin przysiadł sobie w nieodłącznym kapelusiku na ramie nagrobka, pali papierosa, towarzyszy mu pies sznaucer. Ciepłe i ludzkie.

Gdybyście się Państwo chcieli wybrać na przechadzkę po cmentarzu Nowodziewiczym – to dziś nie ma żadnych przeszkód. Można się tam udać, nawet nie ruszając się z domu: http://novodevichye.narod.ru