Archiwum kategorii: Bez kategorii

Miasto, masa, metro

W tekście, który napisałam dziesięć lat temu o moskiewskim metrze, wiele rzeczy się zdezaktualizowało, ale wiele nadal jest aktualnych. Artykuł można wydobyć z Tygodnikowego archiwum: http://www.tygodnik.com.pl/numer/277739/labuszewska.html

Ulice centrum Moskwy są wiecznie zakorkowane, orbitujące wokół centrum olbrzymie osiedla-sypialnie – położone daleko. Mieszkańcowi metropolii nie pozostaje więc nic innego, jak korzystać z metra. Linie „podziemki” oplatają miasto jak ramiona ośmiornicy (właściwie dwunastośmiornicy, moskiewskie metro ma dwanaście linii) – zawsze mam to skojarzenie, kiedy patrzę na schemat sieci stacji. Bez tego schematu z kolei trudno zorientować się w topografii miasta – metro jak w Moskwie gigantycznym drogowskazem. 

Pisałam dziesięć lat temu o otoczeniu stacji – siermiężnym zaopatrzeniu, hałasie, żebrakach i mieszkańcach Kaukazu, obficie spluwających pod nogi. Siermiężne zaopatrzenie pozostało, poprawiła się jakoś fast foodów, zniknęła duża część prowizorycznych kramików, jest przestronniej i czyściej („Czysto? Nie, czyściej”, jak mawiali Starsi Panowie). Budki z papierosami, bułeczkami z konfiturą i kosmetykami nadal królują, ale zdecydowanie lepiej wyglądają. W samym metrze, na wielu stacjach, zwłaszcza w centrum, znajdują się sieciowe bary z tanimi daniami na ciepło i zimno. Wokół stacji zawsze można znaleźć błękitne lub zielone przenośne toalety, którymi opiekują się niewiasty pobierające 25 lub 27 rubli (ok. 2,5 zł) za skorzystanie z wonnej kabiny. To i tak wielki postęp wobec braku toalet w samym metrze.

Zmienił się skład społeczny żebraków. Zniknęli śpiewający wojenne pieśni na stacjach czy w przejściach pomiędzy stacjami weterani wojenni, znacznie mniej jest romskich dzieci, z metra zostali wysiedleni też bezdomni. Po wagonach metra wędrują teraz ludzie w różnym wieku i o różnym stopniu obszarpania i apelują o dofinansowanie operacji małej córeczki albo powołując się na wiarę prawosławną ze świętą ikonką w dłoni, proszą o wsparcie ogólne albo o pieniądze na leki.

Metro jest nadal słupem ogłoszeniowym – zmienił się natomiast „asortyment” reklam – tych wielkich, oficjalnych na kolorowych tablicach i tych nieoficjalnych, wyklejanych pokątnie na budkach telefonicznych i ścianach. W tej drugiej kategorii wszechobecna w minionej dekadzie ezoteryka ustąpiła miejsca pragmatyzmowi: kredyty dostępne od ręki, wynajem mieszkań, dyplomy wyższych uczelni, kursy prawa jazdy. Oficjalne reklamy zajmują ściany nad schodami ruchomymi – zapraszają do ekskluzywnych sklepów, po zakupy do centrów handlowych, na pokazy lotnicze, do cyrku.

Jedno się nie zmieniło – moskiewskie  metro nadal przerzuca z jednego punktu miasta do drugiego miliony pasażerów dziennie. Według statystyk, dziennie jeździ metrem około 10 mln, niezły „pasażyropotok” (jest takie ładne rosyjskie słowo, oznaczające liczbę pasażerów). W latach 2011-2020 ma być zbudowane kolejne 124 km linii metra.

(Zapraszam do obejrzenia albumu ze zdjęciami).

Igor Rosnieftowicz Sieczin

Wicepremier, wszechmocny Igor Iwanowicz Nastojaszczij [Prawdziwy], jak nazywano go w kuluarach zbliżonych do najwyższych sfer, zostawił niedawno rządowe posady. Dmitrij Miedwiediew nie zaprosił go do gabinetu, na czele którego został postawiony. Wielu ekspertów orzekło, że Igor Sieczin wypadł z łaski.

Ale jego ostatnia nominacja na prezesa gigantycznego naftowego koncernu Rosnieft’ nie wygląda na wypadanie z łaski. Co więcej Igor Sieczin, wierny pretorianin prezydenta Putina do zadań specjalnych, został jeszcze i sekretarzem nowej, wyposażonej w szerokie pełnomocnictwa, prezydenckiej komisji mającej dbać o rozwój sektora paliwowego. Bezpośrednią kuratelę nad komisją objął prezydent osobiście. Rząd będzie miał niewiele do powiedzenia w sprawie zawiadywania kluczowym segmentem rosyjskiej gospodarki, generującym największe wpływy do budżetu – cała władza spoczęła w ręku Putina i Sieczina. Panowie znają się nie od dziś – pracowali w KGB, pracowali w merostwie Petersburga, pracowali na Kremlu i w Białym Domu (siedziba rządu), pracowali nad sprawą Chodorkowskiego i jego Jukosu, pracują nad naftową kurą znoszącą złote jajka. Dobry, sprawdzony duet.

Dziś odbył się dialog per procura pomiędzy Igorem Sieczinem i znanym opozycyjnym blogerem, prawnikiem Aleksiejem Nawalnym. Nawalny, jeszcze zanim został najpopularniejszym liderem ulicznych protestów w Moskwie, od 2008 roku jako mniejszościowy udziałowiec m.in. Rosniefti, TNK-BP czy Transniefti studiował dokumentację tych największych rosyjskich koncernów. I znajdował w niej nieścisłości, świadczące o grubych przewałach. Domagał się transparentności biznesu, zbadania, dlaczego i jakimi drogami rozchodzą się państwowe pieniądze. Na dzisiejszym zgromadzeniu akcjonariuszy Rosniefti Igor Sieczin oznajmił, że Nawalny pracuje na rzecz Hermitage Capital. Ot, został wynajęty przez konkurencję i bruździ z zawodu, a nie z obywatelskiego powołania, jak się może naiwnym szaraczkom wydawać.

Hermitage Capital jeszcze nie skomentował rewelacji Sieczina. Dziwnym zbiegiem okoliczności akurat na dniach w USA miała być głosowana ustawa o „liście Magnitskiego”, adwokata pracującego w Rosji na rzecz Hermitage, który zmarł w areszcie śledczym w niejasnych okolicznościach (został aresztowany, gdy wykrył potężne nadużycia). Na „liście” mają się znaleźć nazwiska osób zamieszanych w sprawę, nie dostaną one amerykańskiej wizy. To temat na oddzielną rozprawkę.

Wróćmy do Nawalnego i Sieczina. Bojowy bloger natychmiast skomentował wypowiedź prezesa Sieczina na swój temat w Twitterze: „Niech tam ktoś przekaże Sieczinowi, że wcześniej byłem przeświadczony, że jest on żulikiem, a teraz się okazało, że jeszcze jest debilem”. Wysoki poziom dyskusji merytorycznej, nieprawdaż?

Sieczin na dzisiejszym zgromadzeniu akcjonariuszy zapewnił, że 25-procentowa dywidenda zostanie, na osobistą prośbę prezydenta, wypłacona akcjonariuszom. Rosnieft’ będzie rósł w siłę, a ludziom związanym z koncernem będzie żyło się w związku z tym dostatniej. O prywatyzację nie ma się co troskać – wszystko znajduje się pod kontrolą – zapewniał Igor Sieczin. I to nie tylko rządu, a samego Kremla.

No, można powiedzieć, że faktycznie uspokoił tym samym zaniepokojonych akcjonariuszy, którzy boją się o swoje udziały. Jak coś jest pod podwójną kontrolą – i rządu, i Kremla – to bać się nie należy, tamtejsze naftowe ORMO czuwa.

Kraj miłujący pokój

Rosja nie lubi takich rankingów – takich, które mierzą poziom korupcji, swobody słowa, wolności zgromadzeń i tak dalej. Z roku na rok plasuje się na listach na odległych pozycjach. Zapewne i Światowy Indeks Pokoju sporządzany przez amerykański Institute for Economics and Peace (IEP) niespecjalnie się spodoba. W tegorocznym raporcie Rosja została sklasyfikowana na 153. miejscu (na 158 państw).

Indeks powstaje na podstawie analizy 24 kryteriów, to m.in. wysokość budżetu wojskowego w stosunku do poziomu PKB, poziom przestępczości zorganizowanej, liczba skazanych odbywających kary pozbawienia wolności, zagrożenie terroryzmem.

W przypadku Rosji niepokoi poziom wydatków wojskowych, niespokojna sytuacja w republikach Kaukazu Północnego (wysokie zagrożenie terroryzmem), militaryzacja gospodarki, wysoki odsetek osób więzionych.

W Gazecie.ru komentujący Indeks Siemion Nowoprudski przypomina starą piosenkę Izaaka Dunajewskiego „jesteśmy pokojowo nastawionymi ludźmi, ale nasz pociąg pancerny stoi na zapasowym torze”. „W Rosji do tej pory i we władzach, i w powszechnej opinii pokutuje przekonanie, że silny kraj to taki, którego się boją. Pragnienie, by się nas bali, widać i w codziennym życiu, i w polityce zagranicznej. To dwie połowy jednego agresywnego pola, w którym funkcjonujemy”. Lansowana w czasach ZSRR „walka o pokój” nadal pozostaje aktualna. „Mam wrażenie – konstatuje Nowoprudski – że nasz pociąg nie tylko nadal stoi na tym opiewanym w piosence zapasowym torze, ale my wszyscy mieszkamy w jego wagonach, pociąg jest przestarzały i zardzewiały”.

Rosyjska armia od kilku lat się reformuje. Zdania są podzielone co do tego, jakie to przynosi owoce – czy reforma uzdrawia niedobrą sytuację, czy pogrąża siły zbrojne w trwającym od lat kryzysie. Jasne są deklaracje polityczne: Rosja ma mieć silną armię, mogącą dać odpór potencjalnym napastnikom. Ważny pozostaje też komponent jądrowy (Moskwa stara się utrzymać parytet z USA). W 2008 roku Rosja wygrała wojnę z Gruzją, w oderwanych gruzińskich prowincjach założyła bazy wojskowe. Kompleks wojskowo-przemysłowy, jak w Rosji nazywa się zbrojeniówkę, nawet w latach kryzysu był dopieszczany przez władze, zimna i głodu nie zaznał. W programach informacyjnych rosyjskiej telewizji często nadawane są wiadomości nawiązujące do tematyki wojskowej. Wczoraj prezydent Putin odwiedził bazę lotniczą w Kraju Krasnodarskim i zapewnił, że do 2020 roku Rosja wyda na wyposażenie wojskowego lotnictwa 4 bln rubli, zakupi sześćset nowych samolotów bojowych i tysiąc śmigłowców. I jeszcze zapewnił, że Rosja jest gotowa odpowiedzieć na amerykański system obrony przeciwrakietowej. Ogólna wartość państwowych zamówień na uzbrojenie do roku 2020 ma wynieść, według Putina, 20 bln rubli.

Polska w Światowym Indeksie Pokoju znalazła się na 24. miejscu pomiędzy Singapurem a Hiszpanią. Pierwszą pozycję od lat zajmuje Islandia – najbezpieczniejszy i stwarzający najmniejsze zagrożenie dla otoczenia kraj świata.

Biały album

Po pisarzach i plastykach muzycy skrzyknęli się na akcję poparcia dla akcji protestu. Pisarze organizowali spacery po centrum Moskwy, malarze – wystawy na hulających bulwarach, muzycy natomiast zorganizowali „Biały album”. Ich projekt polega na zebraniu od muzyków zaangażowanych piosenek. Niepokornych utworów można posłuchać (i przeczytać teksty) między innymi tu: http://slon.ru/russia/muzykanty_zapisali_200_pesen_v_podderzhku_oppozitsii-797641.xhtml

Jak mówili autorzy pomysłu muzyk rockowy i dziennikarz Aleksandr Lipnicki i muzyk Wasilij Szumow, zebrano materiał na co najmniej cztery albumy, zgłoszenia zbierane są jeszcze do jutra. A na jutro zapowiedziana jest kolejna manifestacja „Marsz milionów”. Pierwsza manifestacja „pod rządami” nowej ustawy o zgromadzeniach publicznych, przewidującej drakońskie kary pieniężne za najmniejsze naruszenia podczas demonstracji. Duma Państwowa jechała z tą ustawą jak na pożar, przyjęto ją głosami Jednej Rosji w trybie superekspresowym, prezydent Putin podpisał ją w biegu na kolanie. Żeby tylko zdążyć przed 12 czerwca. To sygnał od władz: kochani, dość tego protestowania.

Dziś przeprowadzono przeszukania w mieszkaniach liderów ruchu Białej wstążki – Aleksieja Nawalnego, Siergieja Udalcowa, Ilji Jaszyna i Ksieni Sobczak. Policja interesowała się komputerami, telefonami komórkowymi i innymi nośnikami. Na jutro opozycjoniści dostali wezwania do złożenia zeznań w Komitecie Śledczym (chociaż jutro jest w Rosji dzień wolny od pracy, więc teoretycznie urzędy nie pracują, ale, jak widać, przesłuchiwać będą). Natychmiast w Internecie padło hasło: „Okkupaj Sledstwiennyj Komitiet”. Na blogach pojawiły się wpisy: „teraz to ja na pewno pójdę na demonstrację, chociaż wcześniej nie miałem tego w zamiarze”.

Co chce powiedzieć władza protestującym? Że to koniec zabawy w kotka i myszkę, koniec przyzwolenia na protest, że zaczyna się rewanż, przykręcanie śruby, „koniec złudzeń, panowie”? Władza nie ma najmniejszej ochoty na dialog, coraz wyraźniejszy jest w jej poczynaniach kurs na wyciszenie protestów. Choć te wcale nie chcą się wyciszać.

Grażdanskaja Płatforma znaczy Platforma Obywatelska

W Rosji działa już Solidarność – opozycyjna partia, nie skrywająca fascynacji polskim związkiem zawodowym. Dziś o utworzeniu Platformy Obywatelskiej oznajmił Michaił Prochorow. Rosyjska Platforma Obywatelska ma być 500-osobową partią Prochorowa bez samego Prochorowa. Dość osobliwa to konstrukcja. Ale po kolei.

Michaił Prochorow, jedynka na liście najbogatszych rosyjskich biznesmenów, rok temu wjechał na białym koniu na rosyjską scenę polityczną. Miał stanąć na czele prawicowej partyjki Prawoje Dieło (Słuszna Sprawa), wprowadzić ją do parlamentu w grudniowych wyborach, aby uwierzytelnić pozorowaną wielopartyjność systemu. Projekt Prochorowa, za którym stał ówczesny główny inżynier dusz Władisław Surkow, stał się zakładnikiem wewnętrznych wojenek podjazdowych pomiędzy aparatczykami najwyższego szczebla. Prochorow zabrał się do roboty, przyciągnął uwagę tak skutecznie, że przedobrzył – zaczął odbierać głosy partii władzy Jedinaja Rossija, która lawinowo traciła poparcie (nie tylko z powodu uroku Prochorowa). Prochorowa po kilku tygodniach tych partyjnych rozkoszy z białego konia wysadzono, partię mu odebrano, wysublimowana koncepcja Surkowa przegrała, wygrał bardziej toporny projekt Wiaczesława Wołodina, zakładający tworzenie efemerycznego, wiernopoddańczego Ogólnorosyjskiego Frontu Narodowego, popierającego na całym froncie Putina i wszystko, co się z nim wiąże.

Obrażony i przerażony Prochorow przepadł, a gdy zaczynano o nim już zapominać, po wyborach do Dumy i ulicznych demonstracjach protestu przeciwko ich sfałszowaniu raptem wyskoczył jak diabełek z pudełka i oznajmił, że jednak przemyślał sprawę i jednak zostaje w polityce, i jednak wystartuje w wyborach. Prasa pisała, że tak mu się nagle odmieniło po telefonie z Kremla. Tak czy inaczej – wystartował. I zdobył trzecie miejsce. Objawił się jako jedyna nadzieja – człowiek nie tak oczywiście wplątany w układ jak cała reszta kandydatów, człowiek nowy, a więc z jednej strony nieobeznany z arkanami polityki, ale też mający na nią świeże spojrzenie. To wystarczyło, by liczna grupa wyborców oddała mu swój głos. Niechętna Putinowi Moskwa głosowała na Prochorowa masowo. Oligarcha chodził zimą na uliczne demonstracje, nawet przemawiał, był przyjmowany z pewnym dystansem, ale nie wygwizdywany. To już bardzo dużo w dzisiejszej sytuacji w Rosji.

A potem wykonał zanurzenie. „Kapitanie Nemo, gdzie pan zniknął” – pisali zawiedzeni blogerzy. Mijały dni, tygodnie, miesiąc, potem drugi, jeszcze jeden, a Nemo nurkował i nurkował, choć ewidentnie na niego czekano. W Internecie opublikowany został list oburzonych wyborców, którzy przypominali Prochorowowi jego obietnice walki o czystość wyborów itd. Dziennikarze, którzy mieli okazję rozmawiać z Prochorowem, mówili mi, że on pewnie już dał sobie spokój z polityką. „Jemu oczy się świecą tylko wtedy, kiedy rozmawiamy o biznesie albo biatlonie (Prochorow jest szefem federacji biatlonowej), albo koszykówce (przy wzroście 204 cm uprawianie tej dyscypliny to sama radość). Polityka go nie interesuje. Już bardziej w polityce rozeznaje się jego siostra”. Irina Prochorowa faktycznie jest fantastycznym „plusem dodatnim” Michaiła Dmitrijewicza – mądra, rozsądna, wykształcona, zrównoważona. Siedziała dziś na konferencji prasowej obok brata, który ogłaszał dziwne założenia swojej Platformy Obywatelskiej.

Partia ma liczyć pięćset osób. Tylko pięćset – tyle wymaga nowa ustawa o partiach. Ale to wcale nie oznacza, że będzie ona nieliczna i słaba. Te pięćset osób to będzie aparat partyjny, dbający o istnienie partii. Ważniejsza niż sama partia będzie rozbudowana otoczka – ludzi wspierających Platformę Obywatelską. Sam Prochorow legitymacji partyjnej nie przyjmie, pozostanie właśnie w tej otoczce. Będzie palił, ale nie będzie się zaciągał. Do partii nie zaciągnie się też Irina Dmitrijewna, będzie wspierać z otuliny. „To ma być partia realnych liderów” – zapowiedział bezpartyjny lider partii (takie cuda już rosyjska scena partyjna przerabiała – przez lata Putin będący liderem partii Jedinaja Rossija nie był jej członkiem, dopiero teraz niedawno jej najnowszy wódz, Dmitrij Miedwiediew, otrzymał legitymację i bardzo się z tego cieszył). Pytany przez dziennikarzy o ideologię partii Prochorow pływał w temacie i nic konkretnego z siebie nie wydusił. Chociaż nie – zapewnił, że na pewno nie będzie współpracował z nacjonalistami. Platforma Prochorowa ma nieść techniczną pomoc regionalnym aktywistom partii w regionach i „humanizować środowisko” (według słów Iriny Prochorowej), cokolwiek miałoby to znaczyć. Sam Prochorow nie wykluczył, że weźmie udział w wyborach mera Moskwy w 2015 roku.

 

But średniego rygoru

Skazany w kwietniu przez amerykański sąd na karę 25 lat pozbawienia wolności za nielegalny handel bronią z organizacją FARC, uznawaną za terrorystyczną, Rosjanin Wiktor But będzie odsiadywać wyrok w więzieniu o lżejszym rygorze. Wniosek w sprawie złagodzenia rygoru złożyła obrona „handlarza śmiercią”, który ciągle jeszcze znajduje się w Nowym Jorku, w oczekiwaniu na przewiezienie do miejsca odsiadki. Jak ustalił sąd, miejscem odbywania kary ma być więzienie Marion w stanie Illinois, a nie jak wcześniej wskazywano Florence w stanie Kolorado. W Marion odsiadują wyroki przestępcy skazani za handel narkotykami czy przestępstwa na tle seksualnym. Cele są jedno- lub trzyosobowe. Dozwolone są kontakty pomiędzy więźniami. Prawie wczasy w porównaniu z Florence, gdzie większość skazanych siedzi w pojedynczych celach o wymiarach 2 metry na 3,5 metra, ma prawo opuścić cele tylko na godzinę w ciągu doby, kiedy to może uprawiać ćwiczenia fizyczne lub samotnie spacerować.

W tym tygodniu warunki odbywania kary przez Buta były tematem rozmów prokuratorów generalnych Rosji i USA. „But nie jest niebezpiecznym terrorystą recydywistą, toteż powinien być przetrzymywany w normalnym więzieniu, adekwatnie do ciężaru popełnionego przestępstwa” – oświadczył po spotkaniu z amerykańskim kolegą prokurator FR Jurij Czajka. Media zaczęły z mety dociekać, czy może dojść do ekstradycji Buta do Rosji. Teoretycznie But ma szanse na odbywanie kary w więzieniu na ojczyzny łonie, korzystając z dobrodziejstw konwencji o przekazaniu skazanych. Dotychczas w praktyce amerykańsko-rosyjskiej z prawa tego skorzystano raz – w sprawie wysokiego urzędnika ONZ Władimira Kuzniecowa, oskarżonego o przewały finansowe; został on w 2005 roku przekazany stronie rosyjskiej. Jednym z warunków wszczęcia procedury ekstradycyjnej jest przyznanie się oskarżonego do winy. But natomiast utrzymywał i w śledztwie, i w czasie procesu, i po procesie, że jest niewinny jak biały baranek.

Pod koniec maja zapadł wyrok w sprawie współpracownika i partnera biznesowego Buta, brytyjskiego biznesmena z RPA Andrew Smuliana. Smulian współpracował ze śledztwem, co sąd uwzględnił i skazał go na karę tylko pięciu lat pozbawienia wolności. Zeznania Smuliana stały się podstawą oskarżenia w sprawie Rosjanina. Smulian ostentacyjnie zachowywał się w areszcie wzorowo – uczył się łaciny i hebrajskiego, czytał Tołstoja i Biblię i wszelkimi sposobami starał się pokazywać, że nie ma przed sądem nic do ukrycia. But – wręcz przeciwnie – równie ostentacyjnie podkreślał, że nie ma najmniejszego zamiaru współpracować z amerykańskim wymiarem sprawiedliwości, dręczącym go jak średniowieczna inkwizycja niesprawiedliwością swą za oczywistą niewinność. Rosyjski MSZ po wyroku wystąpił z krytyką orzeczenia amerykańskiego sądu, nazwał je nieuzasadnionym i obiecał dołożyć starań na rzecz powrotu Buta do Rosji. Od 2008 roku, od momentu aresztowania Buta w Tajlandii i jego pełnej napięcia ekstradycji z Bangkoku do USA, media spekulowały, co But miałby do powiedzenia Amerykanom. Wskazywały na jego domniemane powiązania na najwyższym szczeblu politycznym (But handlował bronią, nie pietruszką, a na to, jak twierdziły media, musi być przyzwolenie góry), znajomość z dawnych lat z Igorem Sieczinem (do niedawna wicepremierem, bliskim współpracownikiem Władimira Putina) etc. Dziś już wiemy, że Wiktor Anatoljewicz farby Amerykanom nie puścił i że ciągle liczy na wyciągnięcie go z amerykańskiej ciupy. Przestrzega jednak stronę rosyjską przed pójściem na ugodę: „Trzeba znać amerykańskie sztuczki. Stany na pewno będą się domagać, aby Rosja składając wniosek [o ekstradycję] jednocześnie też uznała mnie za przestępcę! A ja nie chcę wracać z piętnem przestępcy! To dla mnie sprawa pryncypialna. Chcę wrócić do domu z czystym sumieniem. Cieszy mnie tylko to, że o mojej sprawie myślą i na Kremlu, i w rządzie, i w MSZ”.

Z piętnem przestępców, ba, zabójców, kilka lat temu powróciło do kraju dwóch funkcjonariuszy rosyjskich służb specjalnych, którzy w 2004 roku w Katarze pomogli przenieść się na tamten świat byłemu prezydentowi Czeczenii-Iczkerii Zelimchanowi Jandarbijewowi (podłożenie bomby w aucie). W Katarze dostali dożywocie, w Rosji zostali powitani jak bohaterowie, z ceremoniałem wojskowym. Ich dalsze losy skryła gęsta mgła.

Pewnie jeszcze przez jakiś czas sprawa Buta będzie przedmiotem rozmów na linii Moskwa-Waszyngton. Amerykanie dali sygnał, że nie uważają sprawy za zamkniętą i mogą się zgodzić na przekazanie Buta Rosji pod pewnymi warunkami. I o tych warunkach i piętnie Buta przyjdzie jeszcze porozmawiać.

Scenariusze dla Rosji

Michaił Dmitrijew i jego Centrum Badań Strategicznych (CSR) w zeszłorocznym raporcie o sytuacji w Rosji prognozowali, że w okresie wyborczym zaczną się protesty. Wtedy Dmitrijew był w swoich przewidywaniach odosobniony. Kiedy okazało się, że przeczucie i przemyślenia go nie myliły, każde kolejne opracowanie CSR momentalnie znajduje się w centrum zainteresowania. Dziś opublikowano raport Centrum „Społeczeństwo i władza w warunkach kryzysu politycznego”, przygotowany na zamówienie Komitetu Inicjatyw Obywatelskich (utworzonego przez eksministra finansów Aleksieja Kudrina).

Dokument liczy 87 stron. Autorzy spodziewają się zaostrzenia sytuacji, szczególnie jeśli kolejna fala kryzysu gospodarczego przytopi rosyjską gospodarkę. Ale po kolei.

Większość Rosjan nie chce zaostrzania sytuacji wewnętrznej, dlatego nie rwie się do udziału w protestach. Ta bierność nie oznacza wszelako poparcia dla Putina – głosowali na niego w wyborach, owszem, lecz tylko dlatego, że na liście kandydatów nie było nikogo lepszego. Rosjanie chcą przewietrzenia „korytarzy władzy”, czyli zmian na szczytach. Są zmęczeni starymi formami i stylem kontaktów na linii władza-społeczeństwo, nie przyjmują już populistycznych zapewnień. Jednocześnie nie mają zaufania do nazbyt w ich odbiorze radykalnych opozycyjnych przywódców protestów; generalnie radykałom, nacjonalistom i populistom większość mówi nie. Wspólnym mianownikiem krytyki pod adresem władz tak ze strony klasy średniej, jak i mniej zamożnych warstw społecznych, jest przekonanie, że władze w pierwszym rzędzie powinny uregulować fatalną sytuację w służbie zdrowia, edukacji, usługach komunalnych i sądownictwie. Abstrakcyjnej walki z korupcją na tej liście brak. Mimo przewagi postaw zachowawczych, najbardziej prawdopodobny jest jednak radykalny scenariusz rozwoju sytuacji. Zdaniem Dmitrijewa, miejska klasa średnia jest dla Putina stracona – najbardziej aktywna część społeczeństwa nie będzie go popierać. Na tym kryzysie zaufania do władz może skorzystać partia komunistyczna (choć jej lider postrzegany jest nawet przez sympatyków jako polityczny emeryt). Według badań Centrum idealnym liderem protestu byłby mężczyzna w wieku 40-50 lat, z doświadczeniem w kierowaniu ludźmi. Powinien przedstawić konkretny program działania, a nie pływać w ogólnym temacie walki z korupcją itp. I nie powinien uciekać się do radykalnych posunięć.

Prognozę podzielono na cztery scenariusze. Za najmniej prawdopodobny CSR uznało „przyspieszoną modernizację”, która miałaby polegać na formowaniu koalicji zwolenników modernizacji we władzach i wśród protestujących. Scenariusz jest mało prawdopodobny, twierdzą autorzy, gdyż obie strony już się za bardzo zagalopowały, następuje raczej eskalacja wzajemnych oskarżeń niż dążność do wypracowania wspólnego stanowiska, ponadto protesty nie mają lidera, który mógłby przystąpić do dialogu z władzami. Dlatego bardziej prawdopodobne są trzy inne scenariusze: „Inercyjny rozwój”, „Radykalna transformacja” i „Polityczna reakcja”. „Inercyjny” scenariusz zakłada stopniowe wygaszanie aktywnych protestów, choć nie będzie to oznaczać wygaszenia kryzysu politycznego ani powstrzymania nieuchronnego procesu prowadzącego do zmiany elity politycznej. Według ekspertów jednak i ten scenariusz ma poważną konkurencję w postaci „radykalnej transformacji” (CSR uważa to za bardzo prawdopodobny scenariusz rozwoju wydarzeń) – protesty nie ucichną, wręcz przeciwnie – nasilą się, co doprowadzi do szybkiej utraty kontroli politycznej przez władze i wymusi przyspieszoną transformację systemu władzy. Jednakże władze zrobią wszystko, aby tej kontroli nie utracić. Scenariusz „Reakcja polityczna” zostanie zrealizowany w razie zaostrzenia protestów i rozwiązań siłowych. Przy tym wariancie zwolennicy modernizacji we władzach i w szeregach opozycji zostaną odsunięci na dalszy plan, co oznaczać będzie wstrzymanie reform.

Jeden z ekspertów Jewgienij Gontmacher uważa, że wszystkie opisane przez CSR scenariusze zostaną zrealizowane po kolei – wpierw inercyjny, potem reakcyjny (Putin przykręci śrubę), następnie radykalny (dezorganizacja zarządzania państwem, chaos, zmiana reżimu), wreszcie – spóźniona modernizacja.

Tak czy inaczej – będzie bujało łódką. Z drugiej strony, czyli ruchu protestu też dojrzewają ważne pytania. Z tym że już nie do władz, a do samych siebie. Anton Oriech w internetowej gazecie „Jeżedniewnyj Żurnał” pyta: a kiedy przejdziemy wreszcie od słów do czynów, od fajnych form wyrażania protestu do treści? Właśnie brak konkretnych działań Oriech uważa za jedną z przyczyn zmniejszania się liczby protestujących. „Można ile wlezie pocieszać się, że reżim się chwieje, że jego dni są policzone, a czas pracuje przeciwko niemu, ale ten czas bezlitośnie mija i dla nas. Wodzowie, ruszajcie mózgiem!”.

Rząd Władimira Władimirowicza

Formalnie premierem jest Dmitrij Miedwiediew. I to on poprowadził dziś pierwsze posiedzenie gabinetu ministrów. Ale zanim to posiedzenie zwołano, odbył się rytuał przedstawiania członków rządu przez… tak, zgadli Państwo, przez Władimira Putina.

Prezydent Władimir Putin nie pojechał na drugą półkulę do „druga Baracka” na szczyt G8 ani do Chicago na szczyt NATO, bo – jak oficjalnie poinformowano – pracował nad składem rządu. Do USA poleciał Dmitrij Miedwiediew, który jako premier przecież wcale nie musiał się troszczyć o dobranie sobie ministrów. Okazał pełne zaufanie do pana prezydenta. I pan prezydent zapewne nie zawiódł tego zaufania – na czas powrotu premiera wszystkie ministerialne posady zostały obsadzone. Gazety nazywają formowanie rządu „tajną operacją specjalną” – nikt nic nie wiedział i się nie dowiedział, na jakiej zasadzie dokonano wyboru kandydatów, jakie były kryteria itd. Chociaż to akurat od lat wiadomo.

Dzienniki rosyjskiej telewizji zaczynają się dziś od relacji ze specjalnej narady, na której prezydent Putin przedstawiał ministrów. Wyczytywał z kartki „familiu-imia-otczestwo”, minister wstawał, kłaniał się. O, teraz się znamy. Większość ministrów znamy z poprzedniego rozdania. Niektórych starych nie ma w nowym składzie. Między innymi skompromitowanego na wszystkie strony Raszyda Nurgalijewa, ministra spraw wewnętrznych i powszechnie nielubianą i krytykowaną za robienie prywatnych biznesów na zdrowiu ludności Tatianę Golikową, minister zdrowia. Stanowiska zachowali minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow i minister obrony Anatolij Sierdiukow (natomiast jego teść, Wiktor Zubkow, wicepremier, nie znalazł posady rządowej). Lekko zszokowane jest środowisko ludzi kultury – ministrem „kulturalnym” będzie Władimir Miedinski, deputowany Jednej Rosji, autor serii książek „Mity o Rosji”, przedstawiający w nich kontrowersyjne poglądy; jego praca doktorska wywołała skandal i oskarżenia o plagiat. „Pod ministrem Miedinskim ministerstwo kultury stanie się ministerstwem propagandy” – wieszczy Marat Gelman, znany animator kultury.

Rząd zatem został sformowany. W komentarzach co do oceny wagi zespołu Miedwiediewa nie ma jedności: wielu komentatorów uznało, że rząd będzie technicznym wykonawcą woli Kremla, a nawet podrzędnym „chłopcem do bicia”, który zbierze cięgi za wszystkie niepowodzenia. Niektórzy komentatorzy chcą jednak dostrzec w ministrach samodzielnych polityków. Jedno można powiedzieć: ekipa administracji prezydenta Putina (którą poznamy zapewne niebawem) będzie miała tak czy inaczej głos decydujący. Według opinii Lilii Szewcowej z Centrum Carnegie, „Putin potwierdził, że nie ma zaufania do Miedwiediewa. Technicznym premierem będzie nie Miedwiediew, a doświadczony Igor Szuwałow [wicepremier]”. Skład rządu świadczy, zdaniem Szewcowej, że wszystkie dotychczasowe linie i trendy zostaną zachowane – w polityce makroekonomicznej czy polityce społecznej (zachowanie paternalizmu), zadaniem rządu będzie także zachowanie militaryzacji budżetu państwa. „Putin formując gabinet zdołał zachować równowagę interesów klanowych”.

Ciekawą akcję na marginesie głównego nurtu dzisiejszych politycznych nominacji przeprowadził dziś Wasilij Jakiemienko, szef Rosmołodioży (agencja federalna ds. młodzieży, w randze ministerstwa), pomysłodawca (do spółki z Władisławem Surkowem) projektu Nasi – prokremlowskiej młodzieżówki, która wsławiła się akcjami na pograniczu nie tylko dobrego smaku, ale i prawa, nazywana „Putinjugend” albo „naszystami” (skojarzenia nieprzypadkowe). Otóż, pan Jakiemienko postanowił opuścić rząd i przystąpić do tworzenia „Partii Władzy” – na razie w cudzysłowie, a wkrótce bez cudzysłowu, jak zapewnił na konferencji prasowej. Krytycy organizacji młodzieżowych działających pod kremlowskim pantoflem zawsze podnosili, że te młodzieżówki powołane są po to, by przeciwdziałać kolorowym rewolucjom. Ależ nie, nie, nie, skądże, Nasi są po to, by aktywizować młodych ludzi w całym kraju – odpowiadali Jakiemienko i współtowarzysze neokomsomolskiej niedoli. A dziś Jakiemienko ni z tego ni z owego zwierzył się dziennikarzom, organizacje młodzieżowe pod jego kierunkiem powstały właśnie po to, by przeciwdziałać tej kolorowej zarazie. Teraz już nie ma czemu przeciwdziałać, więc on się wypisuje. Jakiemienko z lekceważeniem odniósł się do dzisiejszego ruchu protestu. Bazą nowej partii Jakiemienki ma być „kreatywna klasa”; partia ma uczynić Rosję taką, jaką ją widzą inżynierowie, designerzy, przedsiębiorcy – zapowiedział Jakiemienko. Należy się domyślać, że protestujący na ulicach i placach nie są godni, by dołączyć do tego ekskluzywnego kreatywnego towarzystwa pod kierunkiem pana Jakiemienki. Zjazd założycielski nowej partii ma się odbyć jesienią. Jak zapewniają aktywiści młodzieżówek, to nie będzie jedyna partia, jaka wypączkuje z płodnych Naszych. Ma powstać na przykład partia Mądra Rosja. Zapowiada się naprawdę świetnie.

Igor Bunin z Centrum Technologii Politycznych nie pozostawia złudzeń co do przyszłości partyjnych pomysłów Jakiemienki i jego wychowanków: zero szans. „Chłopak stracił pracę w rządzie, trzeba mu znaleźć zajęcie. Chłopak jest aktywny, przyniósł projekt, powiedzieli mu: świetnie, rób. Zwłaszcza że chłopak ma gdzieniegdzie poparcie. Na ten projekt chłopak weźmie kasę. To taka nowa tendencja zarabiania pieniędzy na robieniu partii”.

Majdan latający

„Straciłam prawie wszystko” – poskarżyła się w wywiadzie dla portalu Slon.ru Ksienia Sobczak, popularna dziennikarka telewizyjna, prezenterka, przedstawiana przez media jako lwica salonowa, córka Anatolija Sobczaka (mera Petersburga w szalonych latach dziewięćdziesiątych, niegdysiejszego szefa Władimira Putina). Kojarzona z glamourem Sobczak dość nieoczekiwanie znalazła swoje miejsce w szeregu spacerujących po Moskwie opozycjonistów i zaangażowała się politycznie. Ostatnio została nawet zatrzymana, stanęła przed sądem, orzeczono wobec niej karę grzywny. Ale nie o takich stratach Ksienia Anatoljewna mówiła w wywiadzie – straty dotyczą „chlebowych” imprez (wręczanie nagród, koncerty na cześć i z okazji) i programów telewizyjnych, które jeszcze niedawno z powodzeniem prowadziła; w należącej do niej restauracji pojawiają się inspekcje sanitarne i strażackie, a klienci w mediach skarżą się na serwowane w knajpie Sobczak ryby drugiej świeżości. Podobne kłopoty mają wspierający opozycjonistów deputowani Dumy Państwowej ojciec i syn Gudkowowie: ich firma ochroniarska znalazła się pod lupą odpowiednich organów, które tylko patrzeć jak znajdą coś, co sparaliżuje działalność firmy, z przyczyn obiektywnych, rzecz jasna.

Koczujące przez cały tydzień z miejsca na miejsce „obozy protestu” początkowo zostawiono w spokoju – ten najsłynniejszy na Czystych Prudach trwał kilka dni (zlikwidowany przez policję po skardze złożonej przez mieszkańców pobliskich domów, którzy, jak w starych sowieckich czasach, rzekomo nie mogli znieść śmieci i hałasu). Ale kolejny obóz na placu Kudrinskim został „zaczyszczony” szybko, potem na Nikitskim bulwarze, na Arbacie, na Barykadnej – już bardzo szybko. Znowu zatrzymania uczestników, brutalne wleczenie pod ręce, wpychanie do suk policyjnych, milczenie w odpowiedzi na pytanie „Za co, za rozdawanie kanapek?” itd. Duma miała w piątek obradować nad zaostrzeniem kar za udział w nielegalnych zgromadzeniach, ale debatę chwilowo odłożono.

Jednym słowem – władze nękają niepokornych, a niepokorni poszukują nowych form protestu. Wiele tysięcy zebrał niedzielny spacer literatów, skrzyknięty przez popularnego pisarza Borysa Akunina i poprowadzony przezeń przez ulice centrum Moskwy. Demonstrantów nikt nie szarpał i nie zatrzymywał. „Na demonstrację chodzić teraz będę tylko z Akuninem, z nim jest bezpiecznie” – zapowiedziała Ksienia Sobczak. Na weekend zapowiadane są analogiczne spacery poetów (zbiórka pod pomnikiem Mandelsztama, czytanie wierszy) oraz muzyków.

I ciągle wisi w powietrzu pytanie: co dalej? Co dalej z jednej i drugiej strony – strony demonstrantów i strony władzy. Młode pokolenie szybko się polityzuje, nie chce się trzymać z daleko od toru, nie chce się podporządkować kanonom dotychczasowej i coraz bardziej nieaktualnej umowy społecznej (władza rządzi, społeczeństwo nie zagląda jej przez ramię). „Na razie nie łączy ich żadna polityczna partyjna platforma, a konsoliduje ostra niechęć do życia w istniejącym systemie i imperatyw, żeby o tym głośno mówić” – napisała w redakcyjnym komentarzu internetowa „Gazeta.ru”.

Dalej „Gazeta.ru” analizuje analogie z okresem pierestrojki w drugiej połowie lat osiemdziesiątych: „Jeśli system nie ma przed sobą przyszłości, to powinien pomyśleć o strategii zejścia ze sceny. Nastroje społeczne dziś przypominają tamte, kiedy zbliżający się koniec systemu sowieckiego socjalizmu czuło się z narastająca wyrazistością. Ówczesna władza nie znalazła sposobu na zreformowanie systemu, ale przynajmniej nie przeszkadzała w samoorganizacji rosyjskiego społeczeństwa, poszukiwaniu nowych pomysłów, tworzeniu nowych struktur. Dzięki temu powstał nowy aktyw polityczny, istnienie którego pozwoliło przejść przez taki tektoniczny wstrząs jak zmiana ustroju bez wielkiej krwi. […] Dzisiejszy system działa według zasady: z nikim nie rozmawiać, w niczym nie ustępować, każdy konflikt zaostrzać. To strategia nieadekwatna wobec dzisiejszej sytuacji”. Trzeba poszukiwać nowych dróg, zrezygnować z przykręcania śruby i duszenia w zarodku inicjatyw społecznych. Zdaniem komentatorów, ten nowy kurs jest także w interesie grupy trzymającej władzę, w przeciwnym razie ta władza może być zagrożona.

Według badań ośrodków socjologicznych, ponad połowa respondentów chce, by Putin zmienił styl rządzenia (w Moskwie takiej odpowiedzi udzieliło 66%), nawet w lojalnej grupie tych, którzy głosowali na Putina, tylko 39% chce powrotu do starego stylu. Zdaniem ekspertów, to oznacza, że coraz szersze kręgi społeczne dostrzegają (odczuwają), że system, który z czkawką, ale dawał sobie radę w ubiegłej dekadzie, w dzisiejszych wymagających czasach już sobie nie radzi i sobie nie poradzi. Obawa o to właśnie (że sobie nie poradzi) jest jednym z głównych powodów „kołysania łódką”.

Jak powiedział kiedyś Włodzimierz Lenin „Kadry rieszajut wsio” (kadry decydują o wszystkim). Wczoraj Putin zaproponował stanowisko przedstawiciela prezydenta w uralskim okręgu federalnym Igorowi Rurykowiczowi Chołmanskich. Pan Chołmanskich wsławił się tym, że podczas ostatniej „bezpośredniej linii” (sztandarowy projekt medialny Putina: ludzie z całej Rosji raz do roku piszą i dzwonią, zadają pytania, a Putin przez zombojaszczik odpowiada) zaoferował się, że „z chłopakami przyjedzie do Moskwy i rozgoni te demonstracje” (manifestacje protestu po wyborach do Dumy, przeciwko fałszerstwom). Chołmanskich był do tej pory naczelnikiem wydziału w słynnym zakładzie Urałwagonzawod w Niżnym Tagile, który choć w nazwie ma produkcję wagonów, to produkuje w celach pokojowych głównie czołgi. Po owym wystąpieniu w telewizji Chołmanskich założył komitet poparcia kandydata Władimira Putina podczas wyborów prezydenckich. Teraz prezydent się odwdzięcza.

Słowo rzecznika i pustka

Władimir Putin – i jako prezydent, i jako premier – sam chętnie się wypowiada, lista jego bon motów jest długa, specyficzny dowcip i cięte riposty od lat dostarczają tematów do wałkowania na łamach gazet i forach internetowych. Tymczasem jego rzecznik Dmitrij Pieskow ostatnio wyszedł z cienia szefa i zabłysnął samodzielnie jako gwiazda i mistrz mowy rosyjskiej. W rozmowie z deputowanym Dumy Państwowej, sympatyzującym z ruchem białej wstążki, Ilją Ponomariowem, który zwracał uwagę, że na moskiewskiej demonstracji 6 maja omonowcy brutalnie rozprawiali się z uczestnikami, Pieskow powiedział, że [w odwecie] za rannego omonowca wątrobę manifestantów trzeba wetrzeć w asfalt. Plastycznie, przemawia do wyobraźni.

Nikt się oficjalnie nie zdystansował od gastrycznych apetytów Pieskowa. Czy tak będzie wyglądał dialog ze społeczeństwem? – zastanawiają się komentatorzy. Słowo moskiewskiej ulicy mocno zabrzmiało w przeddzień inauguracji „prezydenta pustki”, jak się o Putinie pisze na zbuntowanych murach, pustki na ulicach podczas uroczystości zaprzysiężenia może nawet jeszcze mocniej. Już kolejny dzień na Czystych Prudach trwa wiosenny karnawał protestu, choć główni liderzy – Aleksiej Nawalny i Siergiej Udalcow – zostali aresztowani (na marginesie, agencje przekazują trwożne informacje o ich przesłuchaniach i szykowaniu dla nich oskarżenia o naruszanie porządku, co zagrożone jest karą nawet dwóch lat pozbawienia wolności).

Ciekawe dane dotyczące oglądalności inauguracji w telewizji opublikował poczytny „Moskowskij Komsomolec”. A przypomnę, że transmisję z Kremla przeprowadziło 6 (słownie sześć) najważniejszych rosyjskich kanałów telewizyjnych. Obejrzeć umiłowanego przywódcę miał więc szansę każdy. Ale, jak się okazało, nie każdy chciał z tego przywileju skorzystać. Pierwszy w rankingu „Pierwyj Kanał” zanotował 23-procentową frekwencję, reszta stacji – znacznie mniejszą. Dla porównania – zaprzysiężenie Dmitrija Miedwiediewa w 2008 roku transmitowane przez „Pierwyj” oglądało 42 procent widzów. Dla uzupełnienia obrazka – wieczorną transmisją meczu hokejowego, w której świeżo zaprzysiężony prezydent strzelił gola – obejrzało zaledwie 2 procent audytorium. Czyżby wierny elektorat, któremu przez lata rządów Putina fachowo błyskano specjalną broszką przez „zombojaszczik” (jak nazywa się w opozycyjnym slangu telewizję), odwracał się powoli od ekranu?

Na jeszcze jedną osobliwość początku trzeciej (czy, jeśli kto woli, czwartej) kadencji Putina zwrócił uwagę na łamach „Nowej Gaziety” Kiriłł Rogow: „Pustka i trwożliwa nieokreśloność wynikają nie z powodu niedojrzałości opozycji, a z milczenia elit. Tam, gdzie kończy się uliczny wiec, zaczyna się strefa pustki. Protesty uliczne wyznaczają temperaturę niezadowolenia społecznego i jego nerw”. Elita, która powinna mediować pomiędzy protestującymi a Putinem, stwarzać polityczne pole dla zaistnienia opozycji, „siedzi w krzakach i nic nie robi. Albo potajemnie przychodzi do opozycji i proponuje jej pieniądze. Z jednej strony to skutek obowiązującej w putinowskim systemie zasady „korupcja w zamian za lojalność”, z drugiej – doktryny, którą kieruje się sam Putin: „żadnych ustępstw wobec społeczeństwa, pójść na ustępstwa to tyle, co podjąć dialog i pójść na ustępstwa wobec terrorystów. Samo istnienie opinii społecznej on rozpatruje jako ekstremizm. Ponadto brutalność wobec demonstrantów tak naprawdę w myśleniu Putina jest adresowana właśnie do elit – ma jej pokazać bezsensowność protestu. Strasząc elity i stwarzając strefę pustki wokół protestujących Putin ma nadzieję zmarginalizować opozycję”. W przeszłości to się udawało. Czy uda się tym razem? Rogow mówi: jedna sprawa spałować demonstrację, a druga to zabić ducha czasu, który jest już inny, hołduje innym standardom, ideom, wymogom.